Karolina dotarła do przeszklonego biurowca w centrum Warszawy dokładnie 19 minut przed najważniejszą rozmową kwalifikacyjną, jaką miała odbyć od wielu miesięcy. W poczekalni siedziało już ośmioro innych kandydatów, nerwowo przeglądających swoje notatki, ale ona czuła, że coś jest nie tak z tym miejscem. Gdy wyczytała w myślach swoje przyszłe odpowiedzi, do sali wszedł mężczyzna w garniturze, który od razu przykuł jej uwagę – nie ze względu na elegancję, ale na coś, co krzyczało o finansach. Zapytał, co właściwie skłoniło ją do takich wniosków, a ona odpowiedziała prosto, że jego garnitur zdradza twarde podejście do pieniędzy.

Mężczyzna uniósł brew, wyraźnie zaintrygowany, ale Karolina podeszła do tego jeszcze śmielej. Przyjrzała mu się od stóp do głów i z całkowitym spokojem dodała, że powinien wspomnieć o swoim fatalnym krawacie, jeśli chce zrobić dobre wrażenie. W tym momencie w holu pojawiła się elegancka recepcjonistka, która wyczytała jej imię i nazwisko, zapraszając ją do środka wielkiej sali obrad. Mężczyzna skinął głową z lekkim uśmiechem, a Karolina ruszyła pewnym krokiem w stronę ciężkich dębowych drzwi.
Gdy znaleźli się w pustym korytarzu, odwróciła się gwałtownie i rzuciła z wyrzutem, że przecież mógł jej powiedzieć prawdę o tym, kim naprawdę jest. Bartosz, bo to był on, uśmiechnął się szeroko i wyjaśnił, że jego firma właśnie tworzy mały wewnętrzny zespół do spraw nowej strategii dla specjalnego projektu, który ma potrwać dokładnie 12 tygodni. Dodał, że potrzebuje kogoś, kto nie boi się mówić prawdy wprost, nawet jeśli ta prawda dotyczy jego krawata. W poniedziałkowy poranek Karolina pojawiła się w biurze gotowa na swój pierwszy dzień, trzymając nowy identyfikator i z determinacją kierując się do swojego biurka.
Przez pierwszy tydzień nauczyła się trzech ważnych rzeczy o stylu zarządzania swojego szefa: był wymagający, ale sprawiedliwy, nie znosił fałszu i potrafił docenić odwagę. Po jednym ze spotkań współpracowniczka złapała ją z niedowierzaniem przy windach, ostrzegając przed takim lekkomyślnym odzywaniem się do najwyższego szefostwa. Karolina tylko wzruszyła ramionami, bo wiedziała, że Bartosz właśnie tego od niej oczekuje. Pewnego popołudnia przyszedł do niej, trzymając dwa parujące kubki kawy i usiadł naprzeciwko.
Zauważyła, że doskonale wie o problemach recepcjonistki i potrafi zostać w biurze do późna, gdy tylko jego zespół pracował w nadgodzinach. Kiedy pewnego chłodnego wieczoru pracowali oboje nad pilnym raportem, Bartosz w końcu nie wytrzymał i zapytał wprost o jej dziwny nawyk chomikowania jedzenia. Karolina zaśmiała się i odpowiedziała, że woli być przygotowana na każdą ewentualność, a on skwitował z udawanym bólem, że czuje się zdewastowany utratą poczucia własnej wyjątkowości, po czym z uśmiechem wrócił do arkuszy kalkulacyjnych. Patrycja, jej siostra, stwierdziła stanowczo, że skoro ten zapracowany człowiek przyjechał z Warszawy, to musi zostać na ciepłą kolację.
Po sytym posiłku Bartosz bez wahania wstał i pomógł odnieść naczynia do kuchni, co zrobiło na Karolinie ogromne wrażenie. Wracając do swojego biurka, zastanawiała się z goryczą, czy ktokolwiek uwierzy, że jej szef, prezes całej firmy, sam zmywa talerze. Jeśli ostateczną decyzję o awansie podejmie człowiek, do którego czuła coś więcej niż tylko szacunek zawodowy, to czy to coś zepsuje? Ich rozmowy zredukowały się do sztywnych, profesjonalnych zwrotów.
Gdy po raz pierwszy celowo zwróciła się do niego oficjalnie, Bartosz obejrzał się zdezorientowany. Tym razem w holu nie czekał na nią prezes i nikt nie rozśmieszał jej żartami o krawatach. Siedziała w bezruchu przez dłuższą chwilę, po czym wysłała do siostry krótkiego SMS-a z informacją o wygranej w trudnym plebiscycie. Potem spojrzała na drzwi swojego biura i zobaczyła Bartosza, który stał w progu z tym samym uśmiechem co pierwszego dnia.
To był prawdziwy, nieudawany uśmiech pełen radości i dumy, który zbliżył ich do siebie bardziej niż kiedykolwiek przypuszczali.


