Ochroniarz przy wejściu, Damian, jak głosił identyfikator przytroczony do klapy marynarki, zmierzył Marka wzrokiem od stóp do głów. Marek stał spokojnie, czekając. W środku, w ogromnym holu pachnącym liliami, dostrzegł brunetkę w czarnej sukni, która odwróciła głowę w jego stronę. Uśmiechnął się do siebie, wiedząc, że to jedna z nich – formacja, do której trafiał jeden na kilkuset kandydatów.

Zakochał się w niej od razu, z tą charakterystyczną dla siebie pewnością. Później wróciła do niego, gdy ich syn Kuba miał sześć tygodni, a Marek pamiętał wyraz jej twarzy, gdy stała w drzwiach. Potem odeszła do Krakowa. Marek codziennie rano zawoził Kubę do szkoły podstawowej przy ulicy Środkowej, niezależnie od pogody.
Aż pewnego dnia zadzwonił telefon – głos po drugiej stronie należał do mężczyzny, którego nie słyszał od ponad czterech lat. Te same ręce, które kiedyś robiły zupełnie inne rzeczy. Marek umył ręce, poprosił sąsiadkę o opiekę nad Kubą i zaczął myśleć. Spotkał się z nim – kobieta o spokojnych, inteligentnych oczach, przyzwyczajona do trudnych rozmów, zaprowadziła ich do gabinetu.
Zakrzewski wyciągnął rękę i powiedział, że Marek jest jedynym człowiekiem, którego zna, który potrafi wejść do każdej sytuacji bez wzbudzania alarmu i którego nie można kupić. Chcę, żebyś pojechał do Gdańska. Marek wziął złożoną kartkę i schował ją do kieszeni obok serca. We wtorek rano pociągiem z Warszawy Centralnej dojechał do Gdańska.
znał adres liceum, do którego uczęszczała Zofia Zakrzewska, córka mężczyzny, który go wezwał. Po południu siedział w kawiarni przy długim targu, obserwując ją przez dwadzieścia minut – miała siedemnaście lat, twarz ojca, ostre kości policzkowe. Zauważył, że gdy chłopak przy jej stoliku mówi, ona odchyla się do tyłu. Następnego ranka podszedł do niej.
Zofia wróciła do zeszytu. Marek powiedział tylko: Zadzwoń do ojca. Nie dlatego, że musisz wracać do domu. Zostawił pieniądze za kawę i wyszedł.
Wieczorem zadzwonił do Zakrzewskiego: Zofia zadzwoni do ciebie dziś wieczorem. Jutro wróci do Warszawy. Do warsztatu, do Kuby, do żurku w niedzielę i kanapek z żółtym serem – do życia, które wybrał świadomie. I które za każdym razem, gdy wracał, było dokładnie tym miejscem, jakim chciał, żeby było.
Domem.


