Rok 1933, Niemcy. Reżim nazistowski, który właśnie przejął władzę, zaczął tworzyć sieć ośrodków przetrzymywania. Ich celem było uwięzienie i zastraszenie wszystkich, których uznano za wrogów państwa. W tych miejscach, nazywanych obozami koncentracyjnymi, zamykano przede wszystkim przywódców ruchów politycznych, społecznych i kulturalnych, stanowiących zagrożenie dla nowej władzy.

Wiele kobiet zgłaszało się na ochotniczki do służby w SS. Rekrutowano je przez ogłoszenia w niemieckich gazetach, wzywające do okazania miłości Rzeszy. Dla młodych dziewcząt wstąpienie do Związku Niemieckich Dziewcząt było narzędziem indoktrynacji. Jedną z takich kobiet, które z czasem stały się strażniczkami obozowymi, była Wanda Klaff, urodzona w Gdańsku w 1922 roku.
Wanda Kalacińska, bo tak nazywała się przed zmianą nazwiska, trafiła do obozu Stutthof. Był to pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny utworzony poza granicami Rzeszy, zaraz po wybuchu II wojny światowej. Deportowano do niego dziesiątki tysięcy ludzi, głównie Polaków, a także Żydów. Więźniowie ginęli tam w wyniku ciężkiej pracy, głodu i egzekucji.
Przez obóz przeszło około stu tysięcy osób, z których ponad połowa straciła życie. Wanda Klaff, jako nadzorczyni, pełniła służbę w podobozach, między innymi w Rusocinie. Kierowała grupą około trzystu kobiet, które pracowały przy układaniu szyn i naprawie torów kolejowych. Któregoś dnia jedna z więźniarek nie nadążała z pracą.
Wanda, zamiast udzielić jej pomocy, podeszła do esesmana. Eskalowało to do tego, że kobieta została pobita łopatą do nieprzytomności. Te, które nie wytrzymywały trudów pracy, Wanda zgłaszała przełożonemu. Nie wiedziała wówczas, jaki los je czeka.
Dopiero po tygodniu dotarła do niej straszna prawda. Wyselekcjonowane kobiety były wysyłane do komór gazowych w Stutthofie, gdzie ginęły. Mimo tej wiedzy, nadal wyznaczała słabsze więźniarki do transportów śmierci. Wyczerpane kobiety zastępowano młodymi i zdrowymi.
Pod koniec wojny, gdy armia radziecka zbliżała się do obozu, rozpoczęły się ewakuacje. Więźniów pędzono wzdłuż Bałtyku, a setki z nich zmuszono do wejścia do morza i rozstrzelano. To był tak zwany marsz śmierci, w którym zginął co drugi więzień. Po wojnie Wanda Klaff została osądzona.
Jako strażniczka odpowiadała za śmierć wielu ludzi. Została skazana na karę śmierci. Wyrok wykonano publicznie, co przyciągnęło ogromny tłum. Byli więźniowie, w pasiakach, zgłaszali się na ochotników, by być katami.
Zakładali skazanym na szyję pętle ze sznurka, a egzekucja przez duszenie trwała od dziesięciu do dwudziestu minut. Po egzekucji ciała strażniczek przewieziono do Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku. Miały służyć jako pomoc dydaktyczna podczas zajęć z anatomii.
Tak zakończyła się historia kobiety, która zamiast litości wybrała okrucieństwo.


