W kuchni na małym stole pod oknem leżały próbki zaproszeń, wydrukowana lista gości i notes z wydatkami, który z każdą zapisaną stroną bardziej ciążył Barbarze na sercu. Ślub miał się odbyć na początku września, a do tego czasu zostało niewiele ponad dwa miesiące. Nie należeli do ludzi, którzy wydawali pieniądze bez zastanowienia – każdą złotówkę odkładali z myślą o wspólnej przyszłości. Do tego podróż poślubna do Sopotu, na którą udało im się uzbierać prawie 6000 złotych.

Barbara wciąż powtarzała sobie, żeby nie brać wszystkiego do siebie, zwłaszcza gdy teściowa rzucała uwagi przy każdej okazji. Słyszała je już po przymiarce sukni, kiedy Jadwiga obejrzała ją od stóp do głów i powiedziała z uśmiechem: „Ładna, tylko trochę zwyczajna. Wojciech zawsze miał słabość do eleganckich kobiet. No cóż, najważniejsze, żeby wam odpowiadała”.
Barbara kochała Wojciecha i wierzyła, że po ślubie wszystko się uspokoi, że Jadwiga w końcu przyzwyczai się do myśli, że syn ma własne życie. Ale los przygotował coś zupełnie innego. Pewnego wieczoru zadzwoniła teściowa. „Barbaro, mogłabyś do mnie przyjechać?
” – powiedziała krótko, a w jej głosie było coś, czego Barbara nie słyszała wcześniej. Kiedy weszła do środka, od razu poczuła zapach cynamonu i pieczonych jabłek, ale atmosfera wcale nie była ciepła. Jadwiga usiadła naprzeciwko, spleciona dłonie położyła na stole i powiedziała: „Są powody do niepokoju. Wojciech może przez pewien czas nie być zdolny do pracy”.
Słowa dotarły do niej, ale nie chciały ułożyć się w żadną sensowną całość. Do centrum wracała tramwajem, czując, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. Wieczorem otworzyła notes z oszczędnościami, ale nie mogła zmusić się do liczenia. Wojciech wszedł do mieszkania później niż zwykle, a ona nie miała siły zaczynać rozmowy.
On przeszedł do okna, patrzył gdzieś w dal, a w końcu powiedział cicho: „Basia, pomogę ci też z dokumentami do NFZ i ZUS. A jeśli będzie trzeba, przeprowadzę się do ciebie albo ty zostaniesz tutaj”. Te słowa dodały jej otuchy, ale nie na długo. Weszła do jego matki i stanęła w progu, czując, że każdy krok w tym domu jest jak stąpanie po minie.
Jadwiga uważnie spojrzała na Barbarę, a potem podeszła do ściany i zdjęła plan usadzenia gości. Kilka minut później wyszła, mówiąc, że rano zadzwoni do hotelu. Barbara zdążyła już odwołać podróż do Sopotu, ale nie przez same pieniądze. Raczej przez to, że jeszcze niedawno wyobrażała sobie spacer po molo, wspólne śniadania i kilka spokojnych dni tylko we dwoje.
Nie miała teraz głowy do sporów. Przestała zaglądać do sklepu z ubraniami i przestała pytać o wszystko, bo odpowiedzi i tak niczego nie zmieniały. Wojciech tymczasem nadal chodził do pracy. Wstawał rano, zakładał koszulę, brał kluczyki do samochodu i wracał wieczorem jak dawniej.
Gdy Barbara pytała o jego zdrowie, odpowiadał ogólnie albo odsyłał ją do matki, a to bolało bardziej niż milczenie. Dawnego popołudnia Teresa niemal siłą wyciągnęła ją do małej kawiarni niedaleko rynku. „Masz 20 minut” – powiedziała, ale Barbara wiedziała, że to nie o czas chodzi. Kilka dni później Jadwiga przyszła do nich bez zapowiedzi.
Usiadła w fotelu, wyprostowana, i powiedziała: „Matka ma prawo wiedzieć, czy kobieta, która chce wejść do rodziny, nie ucieknie przy pierwszych trudnościach”. Barbara próbowała odpowiedzieć spokojnie, ale gardło jej się ściskało. „Jeszcze trochę i wszystko wróci do normy” – powiedziała cicho, choć sama w to nie wierzyła. Wojciech spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
„Do normy? No miałem na myśli, że wszystko się wyjaśni, ale przecież wcześniej mówili o długim leczeniu, o możliwej utracie pracy, o stałej pomocy”. Barbara poczuła, jak coś pęka jej w środku. W niedzielę przyjechała do Jadwigi kilka minut po drugiej.
Teściowa przyjęła ją w salonie, a na stole leżały już jakieś dokumenty. „Nie bardzo rozumiem, do czego pani zmierza” – powiedziała Barbara, ale Jadwiga odpowiedziała bez mrugnięcia okiem: „Co? Musiałam wiedzieć, czy jesteś z nim naprawdę, czy tylko do czasu, aż wszystko dobrze się układa. Możecie spokojnie wrócić do przygotowań” – dodała i wstała od stołu, jakby to kończyło sprawę.
Barbara została sama w pokoju, czując, że chce jej się krzyczeć. Przez kilka tygodni budziłam się z myślą, że człowiek, którego kocham, może potrzebować pomocy do końca życia, a ja muszę zdecydować, czy zostanę, czy ucieknę. W końcu powiedziała Wojciechowi wprost: „Ona nie była do ciebie przekonana. To była tylko próba”.
Wojciech milczał przez długą chwilę, a potem powiedział: „Wrócimy do przygotowań. Zadzwonimy do sali, ustalimy nowy termin”. Ale ona już czuła, że to nie wystarczy. „Zadzwonię do fotografa, cukierni i hotelu” – powiedziała, ale głos jej drżał.
Na przystanku długo czekała na autobus do centrum. Najpierw zadzwoniła do właściciela sali weselnej, ale w połowie rozmowy rozłączyła się i stała nieruchomo, patrząc na telefon. Wiedziała, że Jadwiga od początku była pewna, że to ona wybiera żonę dla syna, że to ona zdecyduje, czy Barbara zostanie przyjęta do rodziny i czy ślub w ogóle się odbędzie. Ale ostatnie słowo od początku należało tylko do Barbary.
I właśnie teraz, po raz pierwszy w życiu, zamierzała to powiedzieć na głos.


