Stałem w kuchni i słyszałem słowa, ale one nie docierały od razu tam, gdzie powinny. Ogórki w słoiku stuknęły cicho o szkło, jakby nawet one wiedziały, że stoję tam jak ostatni głupi. Potem wszedłem do klatki. Im wyżej szedłem, tym bardziej miałem wrażenie, że wchodzę nie do mieszkania córki, tylko do miejsca, z którego już mnie dawno wymeldowano.

Miałam do ciebie zadzwonić. Na lodówce numer do firmy transportowej. Ile ja takich toreb w życiu nosiłem do Sylwii, Boże kochany. Jedzenie, lekarstwa, koperty z pieniędzmi, zabawki, zeszyty, farby do szkoły, potem narzędzia, przedłużacze, śrubokręty, kołki do półek, wszystko.
A teraz zamiast do domu poszedłem do świetlicy. Pracowałem tam do późnego popołudnia. Potem położyłem telefon na stole ekranem do dołu. I wróciłem do pracy.
Do domu przyszedłem, kiedy za oknami zaczęło się ściemniać. Nie wiedziałem już, czy mówię do domku, do Neli, czy do tej części siebie, którą też odstawiono na przechowanie, bo komuś w nowym życiu zabrakło miejsca. My za kilka dni wyjeżdżamy do Irlandii. Do świetlicy poszedłem pieszo.
Krystyna podeszła do mnie od razu. Panie Henryku, jeśli pan musi do córki, proszę iść. Potem przeszedłem do lamp nad sceną. Wieczorem, kiedy byłem już w domu, ktoś zadzwonił do drzwi.
Zajrzałem do środka. Nela pobiegła do domku na stole. Nela szeptała coś do lalek w domku. Dokumenty trzeba zawieźć do tłumacza.
Świetlicy pachniało kawą, ciastem i pastą do podłogi. Dzieci podbiegły do mnie z dużą papierową kartką, przywozami. Nela podbiegła do mnie z lepkimi palcami od szarlotki. Mogę go zabrać do samolotu?
Nela przytuliła się do mnie mocno. Tylko człowiek w moim wieku ma już tak, że ważne sprawy budzą go same, bez budzika. Wklejałem zdjęcia do późnej nocy. Wcisnąłem jej album do rąk.
Patrzyłem jak odchodzą do kontroli. Nie pobiegłem za nimi wzrokiem do końca. Potem poszedłem do świetlicy. Tato, przeczytałam list.
Schowałem telefon do kieszeni.


