Byłem na plaży w Normandii, gdy nagle woda zaczęła się gotować od kul. Moje ręce drżały na karabinie, a w słuchawce bunkra łączności usłyszałem tylko jedno słowo: „Inwazja”. Tysiące żołnierzy szło…

Byłem na plaży w Normandii, gdy nagle woda zaczęła się gotować od kul. Moje ręce drżały na karabinie, a w słuchawce bunkra łączności usłyszałem tylko jedno słowo: „Inwazja”. Tysiące żołnierzy szło...

Pobiegłem do bunkra łączności oddalonego o dwadzieścia metrów i wrzasnąłem do środka, że zaczęła się inwazja. Wiedziałem, że to nie żadne ćwiczenia ani alarm. Te setki jednostek pływających na horyzoncie mówiły same za siebie. Za chwilę cała plaża miała zamienić się w piekło.

Thumbnail

Tysiące żołnierzy wchodziło do zimnej wody sięgającej im do piersi, a nawet do ramion. Szli w uporządkowanych kolumnach, jakby chcieli oszczędzić siły przed tym, co ich czekało na piasku. Po chwili pobiegłem z powrotem do swojego karabinu maszynowego i otworzyłem ogień. Strzelałem do wszystkiego, co poruszało się w wodzie i na plaży.

Gdy mgła opadła, zobaczyłem ich wyraźnie – dziesiątki postaci, które padając, szukały osłony. Intensywność ostrzału rosła z każdą sekundą. W ciągu kilku minut dochodziło do aktywacji kolejnych punktów oporu wzdłuż całej linii. Widziałem zaledwie około pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu żołnierzy, którzy na własną rękę biegali i próbowali znaleźć jakieś bezpieczne miejsce.

Ogień był jednak tak gęsty, że niemiecka obrona zaczynała ponosić pierwsze straty. Do czasu nadejścia kolejnej fali używałem głównie karabinu maszynowego. Co jakiś czas sięgałem po karabin K98K, bo pozwalał mi celniej trafiać pojedynczych żołnierzy, a jednocześnie dawał karabinowi maszynowemu chwilę na ostygnięcie. Wyprułem całą taśmę amunicji i czekałem, aż Willy załaduje następną.

To było wszystko, co zostało z naszych piętnastu tysięcy nabojów. Byli wszędzie wokół, w promieniu jakichś dwudziestu metrów. Hałas był ogłuszający, a powietrze gęste od dymu i pyłu. Niemcy zakładali, że do ewentualnego desantu dojdzie w trakcie przypływu, żeby alianci mieli jak najmniej terenu do pokonania.

Ale oni przypłynęli mimo wszystko, a my musieliśmy ich powstrzymać. Nasza jednostka przydzielona w Normandii do 916. pułku od marca do czerwca przeszła przyspieszone przeszkolenie. Mieliśmy do dyspozycji nieliczne armaty kalibru 50 i 88 mm, moździerze, działka przeciwlotnicze 20 mm, a nawet takie kuriozum jak tak zwany pancerm przy WN68 – stacjonarną wieżę z prototypu czołgu VK30.

01. To wszystko miało bronić odcinka, który w rzeczywistości był częścią szerokiego wału atlantyckiego – jednego z ostatnich projektów Erwina Rommla. Rommel doprowadził do rozmieszczenia w sumie sześciu i pół miliona min, choć planował aż dwadzieścia milionów. Każda dywizja była realnie potrzebna na froncie wschodnim, a tutaj trzymaliśmy pozycje z ośmiuset tysiącami ludzi związanych frontem, który jeszcze nie istniał.

W dowództwie panowała niepewność, gdzie i kiedy dojdzie do lądowania. Wybraliśmy wprawdzie najkrótszą drogę do punktu oporu o numerze 62, ale nikt nie wiedział, czy to wystarczy. Po chwili Hein wysłał swojego ordynansa z wiadomością do dowództwa. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim przyjdą rozkazy.

W międzyczasie dołączyliśmy do reszty i ruszyliśmy przez las. Mieliśmy ze sobą także wziętego do niewoli Amerykanina. Szedł z nami, spokojny, jakby pogodził się z losem. W niewoli spędził trzy lata, a w czterdziestym siódmym roku wrócił do Niemiec jako wolny człowiek.

Zatrzymaliśmy się na skraju lasu, obserwując kolejne fale nadchodzących wojsk. Wiedziałem, że to dopiero początek. Każda godzina miała przynieść coś nowego – więcej ognia, więcej chaosu, więcej śmierci. Ale w tamtej chwili nie myślałem o tym.

Patrzyłem na morze, na tych ludzi, którzy wciąż szli do przodu, i wiedziałem, że już nic nie będzie takie samo.