Usiadłem w rozklekotanym, wiejskim autobusie, zerkając na świeżo wydrukowaną umowę. Praca brzmiała dumnie — specjalista do spraw logistyki w porcie w Gdyni — ale wiedziałem, że czeka mnie codzienna harówa przy ekranie: śledzenie tras kontenerowców, nudne raporty i nic więcej. Jedyna jasna myśl to moja siedmioletnia Maja, którą wychowywałem sam po tym, jak jej matka uznała, że wiązanie się z kimś takim jak ja to błąd jej życia. Wiozłem w kieszeni list od babci, która przed śmiercią zapisała mi mały domek w górach.

Niby nic wielkiego, ale to była moja jedyna nadzieja, że dam radę zapewnić Mai lepsze życie poza ciasnym blokiem.


