Mój syn Damian pożyczył od sąsiadki, pani Marii, dwadzieścia tysięcy złotych na inwestycje w kryptowaluty. Powiedział, że to „pewna okazja”, że rynek zaraz wystrzeli. Pani Maria, starsza kobieta, która całe życie odkładała na czarną godzinę, dała mu te pieniądze, bo go lubiła. A ja stałem wtedy w kuchni i myślałem, że to tylko głupia decyzja, że młody się wygłupi.

Nie wiedziałem, że ta pożyczka to dopiero początek czegoś znacznie gorszego. Kilka dni później Damian wpadł do domu bez zapowiedzi. Miał za sobą studia, pracę, własne mieszkanie. Ale gdy wszedł, ledwo na mnie spojrzał.
Poszedł prosto do sypialni mojej żony, Zofii. Usłyszałem ich głosy, najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. Zofia krzyknęła coś o „złamanym obietnicach”. A potem zobaczyłem Damiana wychodzącego z jej toaletki z buteleczką olejku do masażu o zapachu róży.
To był ten olejek, który Zofia dostała od swojej matki, a który ona sama kupiła w drogerii, bo „potrzebowała czegoś relaksującego”. Damian schował go do kieszeni i powiedział, że musi coś sprawdzić. Nie zapytałem wtedy. Może powinienem.
Tego samego wieczoru pojechałem na zakupy. Nie do domu. Najpierw zajechałem do sklepu z chemikaliami przemysłowymi. Potrzebowałem czegoś, co wygląda jak olejek do masażu.
Wziąłem z półki słoik z oregano – nie, to nie było oregano. To był klej przemysłowy. Na etykiecie było napisane: „Nie wpuszczać do wody. Twardnieje po kontakcie z ciepłem.
” Przybliżyłem do nosa, czując ostrą, chemiczną woń. Potem znalazłem maść z papryką. Wylałem tę mieszankę do dwóch małych tubek, jak pastę do zębów. Wsadziłem do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Pojechałem do domu Don Jana. Nie znałem go dobrze, ale słyszałem o nim. To był człowiek, który wydawał się miły, ale za jego uśmiechem kryła się ciemna strona. Wszedłem do jego kuchni, a on stał przy stole, oparty o blat, z kieliszkiem wódki.
Obok niego jego żona, Zuzanna, odwrócona do ściany, płakała. Don Jan nie zwrócił na mnie uwagi, nawet gdy stanąłem w progu. – Damian pożyczył od pani Marii dwadzieścia tysięcy – powiedziałem spokojnie. – Ona nie ma na emeryturę.
Ona potrzebuje tych pieniędzy. Don Jan podniósł głowę. Jego wzrok był zimny. – Twój syn to błazen – mruknął.
– Myślał, że zrobi na tym majątek. Teraz trzeba nauczyć go, że długi się spłaca, nawet jeśli trzeba zapłacić krwią. – Nie pozwolę na to – odpowiedziałem, zaciskając pięści. – Nie masz wyboru, stary – warknął, sięgając po telefon.
– Jakieś inne wieści z twojej chalupki? Wtedy usłyszałem za sobą kroki. To była Zofia. Wpadła do kuchni, cała czerwona ze złości.
– Co ty tu robisz? – wrzasnęła. – Myślałam, że jesteś w garażu. Damian właśnie…
– urwała, patrząc na Don Jana. – Twój mąż przyszedł do mnie z ultimatum – powiedział Don Jan z ironią. – Tak jak gdyby to miało cokolwiek zmienić. Zofia wyciągnęła rękę i uderzyła mnie w twarz.
– Ty idioto! Ty nie wiesz, co on zrobił?! Nie wiedziałem. Ale zaraz miałem się dowiedzieć.
Damian wszedł do kuchni z tym samym olejkiem różanym w kieszeni. Rzucił go na stół. – To nie jest olejek, tato – powiedział, a jego głos drżał. – To jest klej.
Mocny. Przemysłowy. Chcesz wiedzieć, co ja z nim zrobię? Chcesz wiedzieć, co ty zrobiłeś z tym słoikiem?
Don Jan zaśmiał się. – Co za teatr. Twój stary to ofiara, a ty to spryciarz. Ja tylko przypilnuję, żeby moja kasa wróciła.
Nagle Zofia krzyknęła. – To ty, Damian! To ty to zrobiłeś! – palcem wskazała na buteleczkę.
– Ja wiem, skąd to masz. To z mojej szafki. Po co ci to? Damian spojrzał na mnie, a potem na nią.
– Bo jesteście żałośni – powiedział cicho. – Pożyczyłem od pani Marii pieniądze, bo myślałem, że mnie wspomożecie. Ty, tato, zawsze mówiłeś, że trzeba inwestować. A ty, mamo, zawsze mówiłaś, że trzeba pomagać.
Pomogłem sobie. I wtedy zobaczyłem, jak wyciąga z kieszeni drugą tubkę. Tę z klejem. Przyłożył ją do nosa Don Jana i warknął: – Powąchaj, świnio.
To właśnie to, co kupił twój stary. To coś, co przyklei cię do łóżka, jeśli tylko go użyjesz. Don Jan próbował się odsunąć, ale było za późno. Damian wycisnął zawartość na jego dłonie.
Klej błyskawicznie związał się z ciepłem skóry. Don Jan wrzasnął, próbując oderwać ręce od stołu, ale zostały przyklejone do blatu. Zofia zbladła. – O Boże, Damian, ty jesteś chory!
– krzyknęła, wybiegając z kuchni. Ja stałem jak sparaliżowany. Wszystko działo się tak szybko. Wiedziałem, że muszę działać.
Podbiegłem do Damiana, chwyciłem go za ramię. – Co ty robisz?! To nie jest rozwiązanie! Damian uśmiechnął się dziko.
– To jest rozwiązanie, tato. On myślał, że może nas wszystkich zniszczyć. A teraz… – spojrzał na Don Jana, który wył z bólu, próbując uwolnić ręce.
– Teraz on nie ruszy się z tego miejsca. I wtedy do kuchni wbiegła pani Maria. Miała wymalowane paznokcie, ale drżała. Trzymała telefon w ręce.
– Co tu się dzieje?! – wrzasnęła. – Damian, ty oszukałeś mnie! Ty wziąłeś moje pieniądze, prawda?
Powiedziałeś, że to na remont, a ty… – popatrzyła na Don Jana. – Ty jesteś w zmowie z tym draniem? Don Jan próbował coś powiedzieć, ale tylko wybełkotał.
Jego ręce były przyklejone do blatu, a twarz wykrzywiona w grymasie bólu. Pani Maria wyciągnęła kopertę z kieszeni. – To jest wezwanie do zapłaty. Przyszedł list z banku.
Ty, Damian, wziąłeś kredyt. A ja myślałam, że to tylko pożyczka. Ty oszukałeś mnie! Damian odwrócił się do niej blady.
– Ja… ja to naprawię. – Nie naprawisz! – krzyknęła.
– Ja to zgłosię na policję. – Nie zrobisz tego – powiedział Don Jan, próbując się podnieść, ale ręce trzymały go na miejscu. – Ty stara krowo, ty nic nie zrobisz. Pani Maria zamachnęła się i uderzyła go kopertą w twarz.
– Ty gnoju! Ja cię znam. Ty zniszczyłeś moją córkę! Twoja firma to ściema!
I wtedy zobaczyłem, jak Don Jan wyciąga nóż z kieszeni. Mimo przyklejonych rąk, udało mu się wykonać ruch. Panii Maria krzyknęła, ale ja zdążyłem złapać Damiana za kurtkę i odciągnąć go w tył. Nóż przeciął powietrze, ale chybił.
Don Jan upadł na podłogę, starając się oderwać ręce od blatu, ale klej trzymał mocno. – Ty chory draniu! – ryknąłem. – Co ty chcesz zrobić?
Zabić nas? – Ty mi to zrobiłeś! – warknął. – Ty i twój syn.
Wszyscy. Ale ja mam długie ręce. Ja mam ludzi. Nagle rozległ się dźwięk syren.
Przez okno zobaczyłem niebieskie światła. Policja. Pani Maria musiała ich wezwać, gdy wbiegła do domu. Do kuchni wpadło czterech policjantów.
Komendant Kowalski, którego znałem z osiedla, stanął w drzwiach. – Co tu się dzieje?! – krzyknął. Damian puścił moją rękę i podniósł ręce do góry.
– To on! – wskazał na Don Jana. – To on nas zaatakował! Komendant spojrzał na Don Jana, który leżał na podłodze, z rękami przyklejonymi do blatu, próbując uwolnić się od noża.
– Zbierzcie go – rozkazał. Zofia wróciła do kuchni. Miała łzy w oczach. Patrzyła na Damiana, potem na mnie.
– Coś ty zrobił, tato? – wyszeptała. – Coś ty zrobił z tym olejkiem? Ja myślałam, że to tylko olejek.
– To nie był olejek – powiedziałem. – Ja… ja chciałem tylko przestraszyć Don Jana. – Przestraszyć?!
– Don Jan roześmiał się, mimo że policjanci zakładali mu kajdanki. – Twój stary przyszedł tu z klejem przemysłowym i maścią z papryką. Miał zamiar mnie… przykleić do łóżka?
To ty jesteś wariat. Komendant podszedł do mnie. – Proszę pana, co to za substancja? – zapytał, wskazując na tubkę leżącą na stole.
– To klej – wykrztusiłem. – Mocny klej. Chciałem go tylko nastraszyć, no bo on chciał żebrać ode mnie pieniędzy… – Pana syn jest zadłużony u pani Marii – powiedział Kowalski.
– A pan… pan mu pomógł. To jest współudział. Zofia zaczęła płakać.
– Tato, ty jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Ty zawsze pomagałeś. Ale to… to jest przestępstwo.
– Nie, to jest samoobrona – powiedziałem. – Damiana nie można zostawić samemu sobie. A Don Jan chciał go szantażować. Ja tylko…
ja chciałem go odstraszyć. Komendant popatrzył na mnie, potem na Damiana, który stał blady, ale spokojny. I wtedy pani Maria podeszła do komendanta. – Proszę pana – powiedziała, ocierając łzy.
– Ja chcę złożyć zeznanie. To Don Jan mnie oszukał. To on namówił Damiana do kredytu. To on jest w to zamieszany.
Komendant spojrzał na nią zdziwiony. – Pani wie, co pani mówi? – Wiem – odpowiedziała. – Cała ta historia to jego wina.
Mój syn… mój syn zmarł. I to Don Jan go zniszczył. Ja mam listy.
Oni to wszystko zorganizowali. I wtedy Don Jan wybuchnął śmiechem. – Stara baba straciła rozum. Ale zrobię wszystko, żeby to rzuciło się na was.
– Zamknij się – warknął Kowalski. – Wyślijcie ekipę do domu Don Jana. Przeszukajcie wszystko. Zofia podeszła do mnie.
– Tato… – wyszeptała. – Ja nie wiedziałam. Ja myślałam, że ten olejek to tylko olejek.
A ty… ty go podmieniłeś? – Tak przyznaję – powiedziałem. – Musiałem.
Bo gdybyś wiedziała, że twój mąż ma plan, nie usiadłbyś do stołu z taką ufnością. – Co ty mówisz? – zapytała. A wtedy zrozumiałem, że nie mam już wyboru.
Musiałem powiedzieć jej całą prawdę. O tym, że widziałem, jak Don Jan przykleja się do niej, gdy myślałem, że to olejek. O tym, że ta buteleczka, którą znalazłem w jej toaletce, to nie był olejek, tylko klej. I że to ja go tam położyłem, by go zdemaskować.
Ale zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek więcej, komendant Kowalski podszedł do mnie z kajdankami w ręce. – Proszę pana – powiedział. – Na podstawie zeznań świadków, muszę pana zatrzymać. Współudział w przygotowaniu niebezpiecznej substancji, groźby karalne…
a to dopiero początek. Zofia krzyknęła. Damian podszedł do mnie, ale policjant go odepchnął. – Tato!
– krzyknął Damian, gdy zakładali mi kajdanki. – Ty nic o tym nie wiedziałeś, synu – powiedziałem. – Ja sam to wszystko wymyśliłem. To moja wina.
Pani Maria patrzyła na mnie, a potem powiedziała cicho: – Ja wiedziałam, że jesteś dobrym ojcem. Ty nie chciałeś skrzywdzić nikogo. Ty chciałeś tylko chronić syna. Komendant wyprowadził mnie z kuchni.
Przed domem stało już kilku sąsiadów. Widziałem ich twarze: zdziwione, przestraszone. Przechodziliśmy obok młodych ludzi trzymających telefony, nagrywających wszystko. – Co, nie widzieliście nigdy ojca broniącego dziecka?
– mruknąłem do jednego z nich. Nie odpowiedział. Wsadził mnie do radiowozu. Przez szybę patrzyłem na mój dom, na Zofię stojącą w progu, na Damiana, który zaciskał pięści.
Wtedy zrozumiałem, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Ale przynajmniej wiedziałem, że zrobiłem to dla syna. I może to właśnie miało znaczenie.


