W noc przed ślubem pojechałem do domu mojej narzeczonej. Wszyscy mówią, że przed ślubem ludzie są zmęczeni, płaczą bez powodu, gubią telefony, zapominają, po co weszli do kuchni. Ja też tak myślałem. Ale kiedy wchodziłem do pokoju Elizy, zamykała laptop szybciej, niż trzeba.

Udawałem, że tego nie widzę. Było powół do 11:00. Stałem pod jej drzwiami i myślałem: może zapukam cicho, powiem jej tylko: “Kocham cię, do jutra i wrócę”. Do domu rodziców Elizy dojechałem szybciej, niż powinienem.
Powiedziałem sam do siebie, że to tylko nerwy. Pamiętam, jak uśmiechała się do mnie, a w środku żegnała się z rzeczami, których ja nawet nie zauważałem. To były te same dłonie, które jutro miały założyć jej obrączkę. Wstałem powoli i wróciłem do samochodu.
Jechałem do hotelu przez Wrocław, który nadal spał, jakby nic się nie stało. Nie spałem do rana. Zanim za oknem zrobiło się jasno, wiedziałem już jedno. Nie pozwolę Elizie iść do mnie w białej sukni z tym strachem ukrytym pod welonem.
Telefon leżał obok, ekranem do dołu, a ja przez kilka minut nie miałem odwagi go podnieść. W końcu napisałem do Tomka: “Muszę porozmawiać z Elizą przed ślubem sam na sam”. On odpisał: “Jadę do sali, coś poprzesuwam. Dasz radę?
“. Uśmiechnąłem się krzywo, choć wcale nie było mi do śmiechu. Do domu Beaty i Romana przyjechałem kilka minut po 8:00. Na stole leżały serwetki, pudełko z ciasteczkami dla gości, lista rzeczy do zabrania na salę.
Na krześle wisiał pokrowiec z czymś jasnym, pewnie dodatkiem do sukni. Eliza wyszła z kuchni z kubkiem herbaty, a ja od razu zauważyłem, że ma przekrwione oczy. Zapytałem ją wprost, czy wszystko z nami w porządku. A ona odpowiedziała, że musi mi coś powiedzieć, ale nie wie jak.
Poszła do przychodni. Dostała skierowanie do okulistki, potem kolejne badania, potem szpital. Słuchałem i czułem, jakby ktoś wyciągał ze mnie wszystkie kości. Roman odwrócił głowę do okna.
Nie powiedział ani słowa, ale widziałem, jak zaciska szczękę. Tomek podszedł do mnie, klepnął mnie w ramię i zapytał cicho: “Żyjesz? “. Nie odpowiedziałem.
Wszyscy mówili coś mądrego, ale ja słyszałem tylko jedno: jutro jest ślub, a ja nie wiem, czy Eliza będzie widziała, jak idę do ołtarza. Od tamtego dnia wiele rzeczy nie stało się prostszych. Terminy, godziny, leki, trasy, telefony do lekarzy. Po herbacie odprowadziłem Elizę do drzwi.
Wróciłem do naszego mieszkania w bloku dwa dni po weselu. Na klatce pachniało proszkiem do prania i czyimś obiadem. Wszystko wyglądało tak samo, a jednak nic nie było takie samo. Któregoś popołudnia, gdy wracaliśmy z badania, przy wejściu do bloku spotkaliśmy panią Celinę.
Zapytała o ślub, o zdjęcia, o to, czy już po miodowym. Eliza uśmiechała się i mówiła, że wszystko pięknie, a ja patrzyłem na jej oczy i widziałem strach, który próbowała schować. Ona bała się ciemności, która mogła przyjść do jej oczu. Kiedyś ta niewiedza doprowadzała mnie do szału.
A teraz? Teraz wracałem do domu z zaciśniętymi zębami i udawałem, że wszystko jest dobrze, bo tak było łatwiej. Ale jedno wiedziałem na pewno: nie pozwolę, żeby sama znosiła ten ciężar.


