Jest wczesny ranek 18 maja 1944 roku, a żołnierze Drugiego Korpusu Polskiego wkraczają w progi ruin klasztoru Monte Cassino. To, co widzą, to nie tylko gruzy, ale twarze ostatnich niemieckich obrońców, którzy zostali na tyłach, gdy ich jednostki się wycofały. Wielu z nich jest rannych. Melchior Wańkowicz pisał o nich: “z twarzy tych ciężko rannych wyciśnięte wszystko, co ziemskie; twarz została uporządkowana, jak izba przed wniesieniem się nowego gospodarza”.

Te twarze, pozbawione uśmiechu, mściwości, pożądania, smutku, radości, a nawet bólu, spoglądają surowo, ze zaciśniętymi szczękami, zarysem nosa, wpadniętymi oczodołami. Są piękne. Jego książka do dziś uderza humanizmem, surowością, ale też głębokim zrozumieniem, że żołnierze, którzy przeszli przez piekło, są ze sobą związani. Jednak obrona Monte Cassino była właśnie takim piekłem.
Po bitwie generał Bolesław Duch, dowódca 3. Dywizji Strzelców Karpackich, odwiedził szpital z niemieckimi rannymi i głośno wyraził uznanie dla ich odwagi. Dzisiaj przyjrzymy się temu, co musieli przeżyć niemieccy żołnierze, aby doczekać się takiego szacunku ze strony przeciwnika. Jak wyglądała ta niemiecka perspektywa na Monte Cassino?
Nie będziemy opisywać każdej bitwy, ale nakreślimy szkic niemieckiego doświadczenia. Zacznijmy od początku: na początku października 1943 roku Niemcy wiedzieli, że klasztor Monte Cassino stanie się jednym z głównych punktów obrony na linii Gustawa, a przynajmniej wzniesienia, na których się znajdował. Albert Kesselring zapewnił benedyktynów, że klasztor, którego tradycja sięga 529 roku, nie będzie obstawiony przez niemieckie oddziały. Trudno powiedzieć, czy wierzono, że istnieje budowla, którą uszanują obie strony.
Miasteczko Cassino w dolinie już wielokrotnie padało ofiarą bombardowań. Jesienią 1943 roku oficerowie Dywizji Pancernej Hermann Göring zorganizowali transport dzieł sztuki z klasztoru na północ, do Watykanu. Każda wyjeżdżająca ciężarówka obładowana skarbami niejako odliczała czas do zbliżenia się frontu. Niemcy patrząc na okoliczne wzgórza i góry, byli pewni, że to doskonała pozycja do obrony.
Kesselring już w listopadzie zapewniał Hitlera, że jego żołnierze opóźnią postęp aliantów na Rzym o sześć miesięcy. Jednym z tych oficerów był generał Fridolin von Senger und Etterlin (dla wygody nazwiemy go von Senger). 8 października przejął dowodzenie nad 14. Korpusem Pancernym, odpowiedzialnym za obronę południowego odcinka linii Gustawa, od Monte Cassino do wybrzeża.
Zapisał w swoim dzienniku: “Zastanawiam się, jaki werdykt historia wyda na tych z nas, którzy są na tyle obiektywni i silni, by zdać sobie sprawę, że przegrana jest nieuchronna, a którzy mimo to walczą dalej i przyczyniają się do coraz większego rozlewu krwi”. To nie my mamy wydać ten werdykt. Fakty są takie, że obrońcy Monte Cassino przedłużyli wojnę; wystarczy spojrzeć na wzgórze o wysokości 520 metrów, które dominuje nad doliną Liri. Von Senger miał czas, by poznać teren, wspiął się na każde wzgórze w okolicy.
Na przełomie lat 1943 i 1944 Niemcy pieczołowicie fortyfikowali pozycje, tworząc zazębiające się pola ostrzału. Obserwatorzy precyzyjnie wyznaczali kluczowe punkty, aby artyleria mogła strzelać nawet na ślepo. Miasteczko Cassino obrócono w ruinę, oczyszczono dolinę Liri, aby zapewnić łatwość namierzania celów. Do tej pory niemieckie dywizje opóźniały marsz aliantów, ale front nieustannie się zbliżał.
Niemieckie dowództwo starało się podnieść morale: “Rozpocznie się bitwa o Rzym; będzie miała decydujące znaczenie dla obrony środkowych Włoch. Przepełnić was musi fanatyczna wola zakończenia tej walki zwycięstwem. Nie wolno wam spocząć, dopóki ostatni żołnierz wroga nie zostanie unicestwiony. Bitwa musi się toczyć w duchu świętej nienawiści do wroga, który prowadzi okrutną wojnę w celu eksterminacji narodu niemieckiego”.
Z tej perspektywy Niemcy czuli się obrońcami Europy i europejskiej tradycji. Przeciwko nim maszerowała “horda”. Jednak alianci mieli ogromną przewagę. Von Senger narzekał, że alianckie dywizje były prawie dwukrotnie silniejsze, a artyleria i zaopatrzenie były dziesięciokrotnie lepsze.
Mimo to von Senger stopniowo nabierał szacunku do przeciwnika; na Sycylii uważał, że brakuje im ducha walki, ale we Włoszech ocenił, że Amerykanie atakują szybko i są zahartowani w boju. Alianci próbowali przebić się przez linię Gustawa już 17 stycznia, atakując na południowej flance frontu; zdobyli Minturno. Tak zaczynała się pierwsza bitwa o Monte Cassino. Rankiem 18 stycznia dowódca niemieckiej 10.
Armii meldował, że nie potrafi zidentyfikować jednostek wroga i jego zamiarów. Mgła wojny dotyczyła obu stron. Niemcy codziennie fotografowali pozycje aliantów, ale dla piechoty nie miało to znaczenia; obrona była przygotowana tak, że zdobycie jednego wzgórza wystawiało atakujących na ogień z okolicznych gór. Dolina Liri była poprzecinana rzekami, a na zachodzie kończyła się miasteczkiem Cassino.
Między 20 a 22 stycznia Amerykanie próbowali przeprawić się przez rzekę Rapido, ale nie utrzymali przyczółków; stracili 2000 rannych, zabitych i zaginionych, a wielu trafiło do niewoli. Jednak ogólna pozycja Niemców nie była godna pozazdroszczenia. Alianci wgryzali się w dolinę i okoliczne wzniesienia. Głównym problemem dla Niemców byli ranni oraz zaopatrzenie.
Szkolono żołnierzy w noszeniu rannych w górach i obchodzeniu się z mułami, ale każda wyprawa była wyczerpująca; wspinaczka na niektóre góry zajmowała nawet sześć godzin, a w dół niewiele mniej. Von Senger zapisał tragizm sytuacji: w większości przypadków nie pociągano wojsk do odpowiedzialności za rannych, ale za utraconą broń już tak. Von Senger codziennie wizytował różne odcinki frontu i widział absurd statycznej wojny górskiej. Jego adiutant wspominał: “To była dziwna wojna w dziwnym miejscu; żołnierze walczyli i ginęli w zimnie, a kilka kilometrów dalej włoscy wieśniacy sprzedawali pomarańcze”.
Niskie temperatury i opady prowadziły do plagi stopy okopowej. Von Senger fatalistycznie oceniał sytuację: już zimą meldował, że pozycje wokół Monte Cassino są nie do obronienia. Walki na przełomie stycznia i lutego były totalnie wyczerpujące, a morale Niemców wisiało na włosku. Żołnierze narzekali: “Zjadają nas wszy.
Nic mnie to już nie obchodzi”. “Racje są coraz mniejsze, 15 ludzi na trzy bochenki chleba, brak gorących posiłków”. “Skradziono mi worek z bielizną”. “Po drodze do kwatery głównej kompanii leży co najmniej 20 martwych Niemców; angielscy snajperzy strzelają celnie, raz po raz rany głowy.
Dzień i noc bez końca ogień moździerzowy; wycie i wybuchy pocisków. Czasami na parę chwil zapada cisza i myślę o domu”. W tym czasie alianci dokonali desantu pod Anzio, co sugerowało konieczność porzucenia linii Gustawa. 24 stycznia na niemieckie pozycje spadły ulotki z pytaniem: “Stalingrad czy Tunis?
” sugerując, że Niemców czeka rozbicie jak pod Stalingradem albo honorowa kapitulacja. Niemiecki żołnierz odpowiedział w liście: “Anglicy piszą w swoich ulotkach, że wybór należy do nas: Tunis albo Stalingrad. Dostajemy połowę racji, żadnej poczty. Wzięliśmy do niewoli angielskiego żołnierza; bardzo niedługo i ja będę jeńcem”.
Wielu Niemców miało dość, ale trzymali się pozycji. Kesselring wspominał: “Przypominam sobie raport, jaki przedłożył mi jeden z moich najdzielniejszych dowódców dywizji, generał Fries z 29. Dywizji Grenadierów Pancernych. Na swoim stanowisku dowodzenia uważał, że pozycja jest nie do utrzymania, jednak z żelazną konsekwencją ją utrzymał”.
Sytuacja się pogarszała; Niemcy obawiali się obejścia ich pozycji północnymi drogami, gdzie starli się z dywizjami francuskimi. Niemiecki żołnierz napisał: “Od dwóch tygodni jesteśmy w akcji; wystarczyło kilka dni, abym poczuł się zmęczony. Przez cały czas spaliśmy tylko w okopach, a ogień artyleryjski trzymał nas z nosem w ziemi. Przez pierwsze dni nic nie jadłem, straciłem apetyt.
Kiedy zobaczyłem, że z mojego pierwotnego oddziału nie pozostał ani jeden człowiek, wszyscy zaginęli”. Już 27 stycznia niemieckie jednostki właściwie nie nadawały się do walki, ale przeciwnik też wyczerpał siły. Ta patowa sytuacja powtarzała się; Niemcy polegali na dobrze wstrzelanej artylerii i znajomości terenu. Von Senger wspominał: “Ponieważ front był tutaj i zapewniał duże możliwości obserwacji, skoncentrowałem całą artylerię, która miała w zasięgu łuk przełamania; ostateczny sukces obrony jest przede wszystkim zasługą jej działań”.
Mimo to niektóre pozycje przechodziły z rąk do rąk, co wymuszało kosztowne kontrataki. Najkosztowniejszy był ten z 12 lutego w kierunku Monte Castellone; żołnierze z dywizji, która miała atakować, nie dość, że musieli wspinać się na pozycje przeciwnika, to jeszcze trafili pod bratobójczy ogień niemieckiej artylerii. Von Senger, człowiek odważny, miał dość; raport 14. Korpusu stwierdzał: “Elastyczne dowodzenie nie ogranicza strat w walce na bliskich dystansach.
Nowo dosłane bataliony wyrównały straty tylko w niewielkim stopniu; nie stanowią istotnego wzmocnienia frontu. Przy kontynuacji ataku nie należy liczyć na stabilizację”. W czasie pierwszej bitwy klasztor nie stał się oficjalnym terenem walk, ale spadały na niego pociski obu stron. Opat Martino Matronola szacował, że spadło nawet kilka tysięcy pocisków.
W klasztorze znajdowali się mnisi oraz liczni uciekinierzy z doliny Liri. Niemcy chwalili się, że uratowali skarby i starali się utrzymać neutralność strefy. Kiedy alianci zbombardowali klasztor 15 lutego 1944 roku, niemiecka propaganda wykorzystała to. Tego dnia 142 ciężkie bombowce zrzuciły bomby, a potem nastąpił potężny atak artyleryjski.
Niemiecki weteran wspominał: “Cała góra stała w płomieniach; drzewa oliwne płonęły całymi dniami, to była pochodnia, prawdziwe morze ognia”. Inny oficer mówił, że “góra się rozkruszyła, jakby nią potrząśnięto”. Bombardowanie stało się pretekstem propagandowym; wieczorem niemiecki oficer poprosił opata o pisemne potwierdzenie, że w klasztorze nie było niemieckich żołnierzy. Następnego dnia opat został zmuszony do złożenia relacji w niemieckiej rozgłośni; odmówił podpisania propagandowego memorandum przeciwko aliantom.
Niemcy w radiu słyszeli: “Nasi wrogowie rozpętali wojnę powietrzną przeciwko pomnikom kultury”. Zniszczenie klasztoru oznaczało przejście do drugiego etapu bitwy; ruiny zostały obsadzone przez niemieckich żołnierzy, a gruzy okazały się lepszym terenem do obrony niż wysokie budynki. Jeden z pierwszych żołnierzy opowiadał: “Przewracający się mur pogrzebał niektórych naszych ludzi; pod ogniem gorączkowo odkopywaliśmy rannych odłamkami i kamieniami. Tu nasza kompania poniosła pierwsze straty: dwóch poległych, czterech ciężko rannych.
Nie minęło nawet pięć minut”. Bitwa przez kolejne trzy miesiące miała charakter pozycyjny; alianci utknęli w górach, ale obie strony były blisko siebie. Królową pola walki stała się artyleria, w tym moździerze. Obsada klasztoru miała kuriozalną pozycję; ruiny pełne były pyłu i śmieci.
Żołnierz wspominał: “Spędziłem na górze 12 tygodni i ani razu nie wyszedłem na słońce; zacząłem wyglądać zupełnie inaczej”. Pogoda była koszmarna; śnieg, deszcz, zimny wiatr, błoto. Dostawy zaopatrzenia odbywały się nocą, ale każda ścieżka była pod obserwacją aliantów; żadna wyprawa nie była rutynowa, wszystkie formacje ponosiły straty. Walki toczyły się też dalej na północ, w wyższych górach, i na południu, w ruinach miasteczka.
Niemcy porównywali to do bitew z I wojny światowej; von Senger zapisał: “To, co zobaczyłem, cofnęło mnie w czasie o 28 lat, do samotności na polu bitwy nad Sommą”. Sytuacja była tak poważna, że pod koniec lutego przybyła elitarna 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych, która otrzymała zadanie obrony kluczowych punktów. To właśnie relacje tych “zielonych diabłów” pokazują, jak wyglądało bombardowanie z 15 marca, które ustanowiło rekord w nasyceniu obszaru materiałami wybuchowymi.
“Z napięciem czekaliśmy w okopach na zrzucenie bomb. Gdy się pojawiły, jękliwe wycie, łoskot wybuchów i ryk samolotów mieszały się z echami odbijającymi się od wzgórz, tworząc niemożliwy do opisania piekielny harmider. Zdaliśmy sobie sprawę, że chcą nas zetrzeć w proch, ale nie mogliśmy pojąć, że to trwa tak długo. Słońce straciło blask; to był koniec świata.
Towarzysze byli ranni, pogrzebani żywcem, odkopani, w końcu pogrzebani po raz drugi. Całe plutony były unicestwione bezpośrednimi trafieniami; ci, którzy przeżyli, byli rozproszeni, półprzytomni, zataczali się bez osłony, aż trafiła ich bomba i zniknęli”. W ruinach miasteczka Cassino walki toczyły się jak w mini-Stalingradzie; nie było wyraźnej linii frontu, oddziały się mieszały, snajperzy atakowali z kryjówek. Od połowy marca Niemcy zostali wypchnięci z miasteczka, a 19 marca alianckie pojazdy runęły na klasztor od północnego zachodu, ale nie zsynchronizowano ataku pancernego z piechotą.
Utrzymanie pozycji na linii Gustawa było wielkim niemieckim sukcesem, ale włoskie góry wystawiły Niemcom straszliwy rachunek; bombardowania spowodowały straty sięgające nawet 60 procent w niektórych oddziałach. Wytrzymałość obrońców budziła konsternację wśród aliantów; spadochroniarz mówił, że ich heroiczna obrona miała niewiele wspólnego z nazizmem, a wynikała z poczucia obowiązku wobec towarzyszy, ale też z czystej rozpaczy i walki o przeżycie. Strzelcy spadochronowi mieli lepsze umiejętności i braterstwo broni; nie chcieli zawieść kolegów. Dla Niemców obrona Monte Cassino stała się symbolem wiosny 1944 roku, bo był to jedyny front, który stał w miejscu.
Tymczasem na froncie wschodnim sojusznik Niemiec się sypał; obawiano się wycofania Węgier i Finlandii. Goebbels zapisał pod koniec marca: “W związku z bohaterskimi czynami naszych wojsk pod Cassino nasz naród przepełnia jedynie poczucie dumy; żołnierze są w świetnej formie i w pełni przekonani, że Anglikom i Amerykanom nie uda się odebrać miejscowości. Jednak walczą w warunkach bardziej niż ciężkich”. Co ciekawe, Goebbels skupiał się tylko na walce o miasteczko i pisał o Cassino rzadko.
Raport SS zwracał uwagę: “Przebieg walk we Włoszech jest jedyną rzeczą, która uzasadnia nadzieję, że ciągle możemy sobie poradzić; dowodzi, że jesteśmy równi dużo silniejszemu przeciwnikowi”. Wiosną 1944 roku niemal wszyscy Niemcy zamartwiali się o przyszłość kraju; dopóki stacjonowali w ruinach klasztoru, mogło się wydawać, że mają szansę. Problem polegał na tym, że żołnierze dochodzili do kresu wytrzymałości, a oficerowie nie mieli poczucia sukcesu. Wgryzanie się aliantów w szczyty odbierano jako krytyczne zagrożenie; kontrataki były kosztowne.
Weterani frontu wschodniego oceniali warunki krytycznie: “Znowu jesteśmy na wzgórzach za Cassino; to, przez co przechodzimy, jest nie do opisania, nigdy nie przeżyłem czegoś takiego w Rosji. Nie ma ani sekundy spokoju, tylko nieustanny grzmot dział i moździerzy, a w górze samoloty. Wszystko w rękach losu; a los wielu chłopaków już się dopełnił. Gdy myślisz, że będziesz miał parę godzin odpoczynku, dokuczają ci pchły, robactwo, szczury i myszy”.
Dostarczenie wody pitnej na górę stawało się coraz trudniejsze; żołnierze narzekali: “Dostawałeś pół litra wody i to było nic”. Niemiecka propaganda starała się oczyścić narrację; żołnierzom jadącym na urlop wręczano ulotkę: “Wielu z was widziało rzeczy nieprzyjemne; liczy się główny bieg wydarzeń, bądź dyskretny, zadbaj o to, by twoje opowieści nie wywołały niepokoju”. Zrzucanie odpowiedzialności na weteranów za politykę rządu to niezły fikołek. Z czasem Niemcy docenili przeciwnika; w raporcie 14.
Korpusu czytamy: “Żołnierz nowozelandzki jest fizycznie sprawny, wytrwały w walce na bliskich dystansach i dobrze wyszkolony; przewyższa Anglików, nie unika walki wręcz, często obsady punktów oporu trzeba było wycinać do ostatniego człowieka. Żołnierz hinduski również walczy zawzięcie, ale brakuje mu opanowania środków walki”. Kesselring zauważył, że alianci uczą się na błędach: “Przydatność frontowa aliantów wzrosła; wiele dywizji nabrało zdolności do prowadzenia wielkich działań bojowych; elastyczny sposób dowodzenia coraz bardziej się doskonalił”. Kilka tygodni spokoju uśpiło czujność Niemców; sukcesy w wojnie obronnej mogły przekonywać dowództwo, że alianci odpuszczą i spróbują desantów.
Kiedy 11 maja alianci ruszyli do ostatniej ofensywy, Niemcy zostali zaskoczeni; wielu czołowych oficerów, w tym von Senger, było na urlopie. Alianci powtórzyli ruchy ze stycznia, ale tym razem rzucili polskie oddziały na wzgórze klasztorne. Niemieckie linie zaczęły się chwiać; spadochroniarze czuli, że bitwa się kończy: “Siedzieliśmy tam przez pięć dni pod nieustanną kanonadą; pocisk za pociskiem, wszędzie pył; nasz kontyngent ciągle się zmniejszał”. 17 maja w klasztorze było już ledwie 200 Niemców, otoczonych ciałami zabitych aliantów i pośród trupów własnych kolegów.
Warunki były piekielne; wysokie temperatury przyspieszały rozkład ciał, wszyscy wspominali koszmarny smród, a zasłona dymna utrudniała oddychanie. Możliwość utrzymania Monte Cassino malała z każdą godziną. Wielu żołnierzy było wycieńczonych fizycznie i psychicznie; mieli jeszcze doczekać ostatniego złamania morale. Kiedy alianckie dywizje przebiły się na południu, Niemcy na pozycjach siedzieli jak w loży teatru.
Świadek opowiadał: “Nieprzerwany strumień alianckich czołgów i pojazdów sunął na zachód; bateria za baterią, w nie kończącej się kolumnie. To był wspaniały pokaz potęgi materialnej; po raz pierwszy zwykli żołnierze ujrzeli niezmierne bogactwo aliantów; jak mogliby się zastanawiać, kto zdoła się oprzeć takiej potędze”. Wieczorem 17 maja Niemcy w klasztorze otrzymali meldunek: “Opuszczamy Cassino; odwrót na linię Sengerą”. Ale dowództwo nie chciało się pogodzić; 18 maja w nocy: “Musimy definitywnie opuścić Cassino; wróg bardzo silnie zaatakował na zachodnim skrzydle z niespotykanym impetem”.
20 maja: “Zajęcie Cassino stanowi dla wroga wielką sensację; dla nas jest rzeczą głęboko zawstydzającą”. Propaganda głosiła: “Wróg zachowuje się tak, jakby zdobył Cassino szturmem; o tym nie ma mowy; nasze oddziały wycofały się zgodnie z rozkazem i bez walki”. To samooszukiwanie trafiło do niektórych historyków; jeden napisał: “Miejsce to zostało po prostu opuszczone, co było dla aliantów szczytem upokorzenia, jak gdyby Niemcy chcieli okazać pogardę”. Ileż bzdur można upchnąć w dwóch zdaniach!
Kesselring zapisał, że spadochroniarze nie chcieli odpuścić obrony; 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych nie chciała oddać swojego Monte Cassino. Aby zachować styk z 14. Korpusem Pancernym, Kesselring musiał osobiście wydać rozkaz wycofania.
Elitarna jednostka nie chciała oddać pozycji, bo to byłoby przyznanie się do porażki. Do tego niektórzy woleli poddać się Brytyjczykom niż Polakom. Ostatnie minuty walki wyglądały rozczarowująco; pewien kapitan powiedział do żołnierzy: “To dla nas koniec; możemy tu poczekać, aż wezmą nas do niewoli; zostało nam niewielu ludzi”. Przywołał ich i powiedział, żeby już nie strzelali, bo to nie ma sensu.
Ci, którym udało się zbiec, przeżywali koszmar odwrotu; oficer pisał: “Nie możesz sobie wyobrazić okrucieństwa tego odwrotu; żołnierze są zmęczeni, od trzech dni nie mieli nic w ustach. Serce mi krwawi, gdy widzę mój batalion; po pięciu dniach 150 żołnierzy poległo”. Nie było mowy o pogardzie; wręcz przeciwnie, Niemcy nabrali szacunku do aliantów. Skoro tak koszmarna bitwa nie złamała aliantów, losy wojny były przesądzone.
Aliantom udało się przełamać linię Gustawa i zmusić Niemców do odwrotu, ale nie wszystkie dywizje uciekły przed okrążeniem. Generał Clark zamiast odciąć Niemcom drogę odwrotu, samowolnie pomaszerował na niebroniony Rzym. Mimo to alianci odnieśli wielki sukces. Z czasem dla Niemców kluczowa narracja dotyczyła losów klasztoru, nie bitwy; zbudowano mit, że Wehrmacht wychodził z honorowych założeń, a alianci odpowiadają za zniszczenia.
Ale to nie był koniec alianckich perypetii. Doświadczenia walk we Włoszech były nieporównywalne. Niemieccy żołnierze polegli pod Monte Cassino zostali pochowani na cmentarzu w miejscowości Caira, z widokiem na Wzgórze 593, Monte Castellone i Monte Cassino; leży ich tam 20 000. Zaledwie 4 km od polskiego cmentarza na wzgórzu, 6 km od brytyjskiego cmentarza w dolinie.
Te niewielkie odległości między cmentarzami pokazują ciasnotę frontu i wspólnotę traumatycznych wydarzeń; bitwy tak krwawej, że niemieccy żołnierze zaczynali tęsknić za frontem wschodnim.


