Nazywam się Mikołaj, ale wszyscy mówią na mnie Miki. Do firmy wszedłem, gdy miałem dwadzieścia sześć lat. Wszystko szło dobrze, dopóki wujek Wiesław nie zaczął pojawiać się bez zapowiedzi, jakby miał klucz nie tylko do mieszkania moich rodziców, ale i do naszego życia. Kilka tygodni później zabrałem Beatę do rodziców na niedzielny obiad.

Zgodziła się, zanim skończyłem zdanie. Od razu zadzwoniłem do mamy. Wtedy myślałem, że wszystko układa się tak, jak powinno. Myślałem, że znalazłem kobietę, która pasuje do mojego życia, do mojego domu, do mojego stołu.
Ale pewnego wieczoru Beata ściszyła pilotem dźwięk i odwróciła się do mnie. Przytuliła się mocno, z twarzą przy mojej szyi. Wieczorem wróciłem do rodziców po dokumenty. Wtedy poczułem w brzuchu dziwny ciężar, którego nie umiałem nazwać.
Potem Miki, tu masz skan dowodu Beaty do podpisu. Droga do Radomia minęła mi na układaniu zdań w głowie. Pan do kogo? Beata poprosiła moich rodziców o sto pięćdziesiąt tysięcy złotych na salę, suknie, fotografa, oprawę, poziom, jak to nazwała.
Oni mogli dać tylko dwadzieścia pięć tysięcy. Halina, moja mama, wstała nagle od stołu, wyszła do pokoju i wróciła z małym pudełkiem. Zwrot do nadawcy. Odezwałam się do rodziców.
Obróciłem telefon i położyłem go na stole ekranem do nich. Muszę wracać do Warszawy. Chciałem wstać, zadzwonić do Beaty, kazać jej natychmiast wyjaśnić wszystko, przycisnąć ją do ściany prawdą. Ale droga do Warszawy była zupełnie inna niż poranny wyjazd.
Planował wesele i pisał do mnie wiadomości o przeprosinach, które nigdy nie padły. Wszedłem do mieszkania. Beata uśmiechnęła się, dotknęła mojej dłoni i wróciła do planowania. Następnego dnia pojechałem do Radomia.
Przyjechałem kilka minut wcześniej i usiadłem twarzą do wejścia. Beata podeszła do stolika, cała rozświetlona. Ale moje uśmiechnięcie się do niej miało tylko pozwolić ich kłamstwu urosnąć do pełnej wysokości. Kiedy zamówiliśmy kawę, wyjąłem telefon pod stołem i wysłałem do Ryszarda jedno słowo.
To nie jest dekoracja do zdjęć. Potem odwróciłem się do Witolda i Elżbiety, rodziców Beaty. Powiedziałem do nich spokojnie: pojechałem do Radomia. A kiedy poprosiliście ich o sto pięćdziesiąt tysięcy na wesele, oni mogli dać tylko dwadzieścia pięć tysięcy.
Elżbieta przycisnęła dłoń do ust. Wtedy sięgnąłem do kieszeni marynarki, nie po obrączkę, bo do ślubu dzięki Bogu nie doszło, po pierścionek zaręczynowy, który Beata oddała mi kilka dni wcześniej do dopasowania rozmiaru. Miałem go odebrać od jubilera i schować z powrotem do pudełka. Wziąłem bukiet z niskiego wazonu i podszedłem do Haliny, mojej mamy.
Ojciec podszedł do niego pierwszy. Nikt do Beaty nie podszedł. Miki szepnęła Beata, kiedy podeszła do mnie. Ale ja już nic nie musiałem jej mówić.
Ani słowa do mojego znaku. Po prostu wstałem, zostawiłem na stole rachunek i wyszedłem. Do zobaczenia.


