Szmatą na kiju kazano mi szorować podłogę w zadymionej piwnicy, a on stał nade mną i czekał, że się złamię. W kącie trząsł się chłopak, którego upokarzano każdej nocy, i nikt nie podniósł za niego…

Szmatą na kiju kazano mi szorować podłogę w zadymionej piwnicy, a on stał nade mną i czekał, że się złamię. W kącie trząsł się chłopak, którego upokarzano każdej nocy, i nikt nie podniósł za niego...

Mokra szmata na kiju spadła mi pod nogi, a zaraz za nią zagrzechotało pogniecione wiadro. Zadymiona piwnica ryknęła śmiechem. Kafar, sto kilo mięśni i bazarowego szpanu, stał nade mną i czekał, że się złamię, że odszczeknę, że rzucę się do bójki. W kącie, wciśnięty w ścianę, trząsł się młody chłopak, którego prześladowano i upokarzano każdej nocy.

Thumbnail

I nikt, ani jeden człowiek z tej ekipy, nie podniósł za niego głowy. Nie zacisnąłem pięści. W milczeniu podniosłem szmatę na kiju, obróciłem ją w rękach, jakbym widział ją pierwszy raz, i poszedłem. Niech myślą, że znaleźli nowego potulnego pionka, cichego robola, który odpracowuje cudzy dług i byłby rad po prostu przeczekać.

Nie wiedzieli jednego. Rok temu te same ręce wyciągały ludzi z ognia stamtąd, skąd nie wszyscy wracają. Pod kurtką, tuż przy sercu, leżała pognieciona stalowa zapalniczka. Trzy imiona wyryte ostrzem noża.

Trzej ludzie, których nie zdołałem uratować. Swoją kotwicę nosiłem w milczeniu. Kilka dni przed tamtą drogą stałem pośrodku zadymionej piwnicy w starej kamienicy na obrzeżach Bytomia. Koniec listopada wysysa z miasta wszystkie barwy, zostawiając tylko odcienie szarości i czerni.

Każdy poranek zaczynał się od gęstego szronu na oknach i mroku, który nie ustępował aż do południa. Powietrze gorzkniało pyłem węglowym i dymem z pieców. Kombinaty i kopalnie zamykano jedno po drugiej. Na ulice wychodziły tysiące bezrobotnych.

Fabryki rdzewiały, a dzielnicowe ekipy mnożyły się w najlepsze. Melina naszej ekipy kryła się tam, gdzie policja zaglądała tylko od wielkiego dzwonu i to jedynie wzmocnionym patrolem. Przygasła żarówka oświetlała odrapane ściany i czterech ludzi. Tym, który cisnął mi pod nogi szmatę na kiju, był Sławomir, znany wszystkim jako Kafar, ogromny, obleczony w czarną skórę, z ogoloną głową i ciężką szczęką.

Obok rechotał Bartek, zwany Rudym, rudy, nerwowy pomagier, wiecznie obracający w dłoniach nóż motylkowy. A w kącie, wciśnięty w zapadnięty fotel, chichotał nerwowo Alek, zwany Małym. Miał dwadzieścia dwa lata. Dorosły chłop, ale w ekipie liczył się jako chłopiec na posyłki.

Oddawał starszym swoją działkę, biegał po wódkę i z dnia na dzień coraz bardziej się załamywał. Teraz śmiał się po prostu ze strachu, żeby nie stać się kolejnym celem. Podłogę domyłem w milczeniu, metodycznie sprzątając brud po tych, którzy mieli się za panów życia i śmierci.

„Zrozumiałeś, gdzie twoje miejsce, gnoju?