Odbierałem rzeczy mojej córki z kostnicy. Wsiadłem do auta i nagle ochroniarz zapukał w szybę. “Pański zięć był tu godzinę przed policją. Proszę zobaczyć nagranie z kamery.

” To, co zobaczyłem, zmroziło mnie do kości. Myślał, że stary strażak da spokój. Pomylił się. Mam na imię Roman Wierzbicki.
66 lat. Przez 34 lata służyłem w jednostce ratowniczo-gaśniczej numer 1 w Lublinie, najpierw jako strażak, potem jako dowódca zmiany. Teraz jestem na emeryturze i renowuję stare meble w piwnicy, bo ręce muszą mieć co robić, inaczej głowa zaczyna za dużo myśleć. Moja córka Agnieszka miała 38 lat.
Była cichą kobietą z bardzo ciepłym śmiechem. Kiedy była mała, przychodziła do mnie do piwnicy i siadała na starym stołku, patrząc, jak pracuję. Nie gadała wiele, po prostu siedziała. Dopiero po latach zrozumiałem, że to były jej ulubione chwile.
Moje też. Mariusza Soberaja poznała osiem lat temu na imieninach koleżanki. Przyszedł do mnie wtedy z kwiatami i butelką czerwonego wina. Regionalny menedżer w PZU, dobrze ubrany, gadatliwy, wiedzący, jak zrobić dobre pierwsze wrażenie.
Pomyślałem wtedy: “No dobra, człowiek jak człowiek”. Agnieszka się uśmiechała, to mi wystarczyło. Potem wystarczało mi coraz mniej. Pierwsze sygnały były małe, na tyle małe, że można je było tłumaczyć codziennym życiem, zmęczeniem, różnicą charakterów.
Agnieszka przestała dzwonić w niedzielę. Zawsze dzwoniła, odkąd skończyła 18 lat. Kiedy zapytałem, powiedziała, że byli zajęci. Kiedy zaprosiłem ich na imieniny sąsiadki, usłyszałem przez telefon jej głos, a potem w tle inny, cichy, spokojny.
I ten głos sprawił, że Agnieszka nagle nie mogła przyjść. Słyszałem to dwa, trzy, pięć razy. Za każdym razem inny powód. Ta sama barwa głosu w tle.
Mariusz zawsze był uprzejmy przy mnie. Zawsze. To też był sygnał, tylko że go nie rozumiałem. Prawdziwi ludzie nie są zawsze uprzejmi.
Prawdziwi ludzie czasem mają gorszy dzień. On był jak zegarek na baterię, równy, cichy, przewidywalny. I kiedy myślałem, że zaczynam go lubić, usłyszałem, jak mówi do kolegi przez telefon: “Stary strażak, co się znowu wtrąca”. Nie do mnie.
O mnie. Zapamiętałem to zdanie. Trzy lata temu zaczął powoli przejmować finanse. Najpierw powiedział Agnieszce, że lepiej, żeby to on zajął się rachunkami, bo ma doświadczenie.
Potem wspólne konto, z którego ona mogła wypłacać tylko po uzgodnieniu. Potem i to powiedziała mi mimochodem, jakby to było coś normalnego, żeby nie dawać mi pieniędzy na remont piwnicy, bo trzeba oszczędzać. Próbowałem rozmawiać raz, dwa, trzy razy. Za każdym razem to samo: “Tato, wszystko dobrze.
Po prostu Mariusz jest trochę taki”. Dwa tygodnie temu zadzwonił telefon o 23:30. Numer Agnieszki. Kiedy odebrałem, usłyszałem głos Mariusza, spokojny, zbyt spokojny jak na środek nocy.
Powiedział, że Agnieszka miała wypadek, że spadła z balkonu, że jest policja i karetka, ale już nic nie można zrobić. Powiedział to jak komunikat, bez pauz, bez drżenia w głosie. Przez pierwszą godzinę siedziałem przy stole i patrzyłem w ścianę. Przez 34 lata wychodziłem na akcje, w których ginęli ludzie.
Nauczyłem się działać wtedy, kiedy inni zamierają. Ale tamtej nocy przy własnym kuchennym stole po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Na pogrzebie Mariusz płakał na cały kościół. Całe ramiona mu się trzęsły, głos mu się łamał.
Spektakl, który każdy mógł podziwiać z odległości dwóch ławek. Sąsiedzi do niego podchodzili, klepali go po plecach, mówili: “Taki młody, taka tragedia”. On wycierał oczy i kiwał głową z wyrazem twarzy uduchowionego wdowca. Ja stałem z boku i obserwowałem.
Coś w tym obrazku nie grało. Nie umiałem jeszcze powiedzieć co. Nazajutrz po pogrzebie zadzwoniłem, zapytać, czy potrzebuje pomocy przy formalnościach. Mariusz nie odebrał.
Oddzwonił dwie godziny później, krótko, trochę nieobecnie. Powiedział, że właśnie wrócił ze spotkania z agentem ubezpieczeniowym, żeby uregulować sprawy po Agnieszce. Dwa dni po pogrzebie. Ja przez chwilę myślałem, że źle zrozumiałem, ale nie zrozumiałem źle.
Policja zamknęła sprawę szybko. Czwarte piętro, balkon z niską barierką, wypadek w nocy. Nieszczęście. Tak to nazwali w protokole.
Tamtego ranka, dwa tygodnie po tym telefonie, obudziłem się o 6:00, choć nie nastawiałem budzika. Leżałem i patrzyłem w sufit i myślałem o jednym. Muszę zabrać jej rzeczy z kostnicy. Dokumenty, które trzymali razem z ciałem.
To, co miała przy sobie. Zadzwoniłem do szpitala, umówiłem się na konkretną godzinę, ubrałem się i wyszedłem z domu bez śniadania. Nie byłem głodny. Kostnica przy SPSK nr 1 mieści się w bocznym skrzydle szpitala przy ulicy Staszica.
Szary korytarz, zapach środka dezynfekującego, światło jarzeniowe, które sprawia, że każda twarz wygląda o 10 lat starzej. Byłem tam o 8:00 rano. Urzędniczka za okienkiem, kobieta koło 50-tki w okularach, wydała mi teczkę z dokumentami Agnieszki, białą plastikową torbę z jej rzeczami: portfel, klucze, telefon bez ładunku, obrączka ślubna złożona w małej papierowej torebce. Poprosiła o podpis w trzech miejscach.
Podpisałem. Wziąłem torbę. Podziękowałem, bo tak się robi. Wróciłem do samochodu.
Wsiadłem. Położyłem torbę na siedzeniu pasażera. Siedziałem przez chwilę bez ruchu i patrzyłem na przednią szybę. Na zewnątrz było chłodno.
Wczesna jesień w Lublinie. Takie dni, kiedy słońce świeci, ale nie grzeje. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, ale nie jechałem. Trzymałem obie ręce na kierownicy.
Wtedy ktoś zapukał w szybę od strony kierowcy. Mężczyzna koło 50-tki w granatowej bluzie z napisem “ochrona”. Twarz zmęczona, szare skronie. Rozejrzał się po parkingu, zanim w ogóle się odezwał.
Gestem poprosił, żebym opuścił szybę. “Przepraszam, że przeszkadzam” – mówił cicho, zbyt cicho jak na otwarte powietrze. “Pan jest ojcem tej kobiety, Agnieszki Soberaj? ”
“Jestem” – powiedziałem.
Jeszcze raz rozejrzał się po parkingu. “Nazywam się Jarosław Borowski. Pracuję tu jako ochroniarz. Muszę panu coś pokazać.
Pański zięć był tu godzinę przed przyjazdem policji tamtej nocy. Nagrała to kamera. ”
Przez chwilę byłem pewny, że źle zrozumiałem. Przez 34 lata w straży pożarnej wyrabiałem w sobie nawyk, żeby nie zakładać niczego z góry, żeby słyszeć dokładnie to, co ktoś mówi.
Więc zapytałem wprost. “Godzinę przed policją? ”
“Tak” – Borowski nie odrywał wzroku od parkingu. “Nagranie jest.
Chciałem zgłosić wtedy, ale… Policja zamknęła sprawę jako wypadek. Nie wiedziałem, co robić. Ale kiedy pana zobaczyłem…
Proszę za mną. ”
Wyszedłem z auta. Wziąłem torbę z rzeczami Agnieszki i wziąłem ją pod ramię. Nie dlatego, że bałem się ją zostawić, ale dlatego, że nie chciałem jej zostawić.
Borowski zaprowadził mnie do małego pomieszczenia przy wejściu bocznym. Cztery krzesła, stolik, szafa, monitor podpięty pod rejestrator. Zasłonił oba okna żaluzjami, jakbyśmy robili coś nielegalnego, choć nie robiliśmy. Potem usiadł przed ekranem i zaczął przewijać nagranie.
“Tu. Kamera numer 3. Korytarz przy izbie przyjęć. Ta noc” – wskazał palcem.
“Godzina 21:47. ”
Na ekranie pojawił się korytarz. Szare ściany, światło jarzeniowe, ten sam luz, co wszędzie w tym budynku. I postać wysoka w ciemnej kurtce, charakterystyczny chód.
Nie musiałem za długo patrzeć. Mariusz wszedł od strony wejścia bocznego, spojrzał na lewo i prawo, po czym ruszył przed siebie korytarzem pewnym krokiem. Nie jak ktoś, kto tu przyszedł po raz pierwszy. Nie jak ktoś, kto szuka informacji.
Nie jak ktoś w żałobie. Jak ktoś, kto wie, gdzie idzie. Borowski przesunął nagranie do przodu o kilka minut. “Teraz tu.
Korytarz boczny przy magazynie. ” Mariusz stał przy ścianie. Obok niego drugi mężczyzna, którego nie rozpoznałem. Niski, krępy, ciemna kurtka, czapka naciągnięta nisko.
Mariusz wyjął coś z kieszeni – białą kopertę – i podał temu drugiemu. Tamten schował ją za pazuchę. Potem przez chwilę coś mówił, potem wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki coś małego, zbyt małego, żeby rozpoznać na nagraniu, i podał Mariuszowi. Mariusz schował to do kieszeni spodni.
Cała wymiana trwała może 40 sekund. Potem obaj rozeszli się w przeciwnych kierunkach. W tym momencie nagranie się ucięło. “Tu kończy się ciągłość” – powiedział Borowski.
“Skok w zapisie, może 4 minuty. Coś z rejestratorem w tym miejscu. ”
Patrzyłem na czarny ekran. W naszej robocie, zanim wejdziesz do środka, najpierw czytasz budynek.
Co widać, a czego nie widać. Co dyszy, a co czeka. Zapytałem Borowskiego, czy ten drugi mężczyzna podpisał się przy wejściu. “Tak” – sięgnął po segregator.
“Krzysztof Wruna, biuro usług pogrzebowych. ”
Powiedziałem, żeby sprawdził, czy takie biuro istnieje. Poszukał chwilę w telefonie. “Nie ma.
Oczywiście, że nie ma. ”
Przez chwilę siedziałem na tym plastikowym krześle i patrzyłem na segregator w rękach Borowskiego. Myślałem o kopercie, myślałem o rzeczy, którą Mariusz schował do kieszeni spodni. Myślałem o tym, że zadzwonił do mnie o 23:30 z gotowym komunikatem, bez pauzy, bez drżenia głosu.
Myślałem o tym, co Agnieszka powiedziała mi rok temu zupełnie mimochodem, jakby to był drobiazg: “Tato, trzymam w domu w sejfie jedną ważną teczkę. Gdyby coś… ”
Poprosiłem Borowskiego o numer telefonu. Powiedziałem, że zadzwonię jutro i żeby na razie nikomu o tym nie mówił.
Wróciłem do samochodu i pojechałem prosto na ulicę Lipową 18, do mieszkania Agnieszki. Miałem zapasowe klucze, które dała mi rok temu na wszelki wypadek. Wtedy myślałem, że to gest. Teraz myślałem, że może to była decyzja.
Mariusza nie było. Przeszedłem przez salon do sypialni. Zbyt posprzątana jak na miejsce, w którym dwa tygodnie temu zginął człowiek. Szafa pootwierana, kilka rzeczy znikniętych.
Sejf był w ścianie za szafą nocną, szary, metalowy. Drzwiczki uchylone. Pusty. Całkowicie, nawet bez tych luźnych kartek, które zawsze zostają na dnie.
Ktoś go opróżnił starannie. Stałem i patrzyłem w tę pustą metalową szafkę i przypominałem sobie rozmowę sprzed roku. Byliśmy u mnie na kolacji. Agnieszka sama, bez Mariusza, bo Mariusz miał spotkanie.
Siedzieliśmy przy stole po jedzeniu i rozmawialiśmy o niczym. I nagle ona powiedziała trochę jakby do siebie: “Tato, trzymam w sejfie jedną ważną teczkę. Jakby coś. Wiesz, na wszelki wypadek”.
Zapytałem, co w teczce. Machnęła ręką. “Nic takiego. Dokumenty.
” I zmieniła temat. Wtedy myślałem, że to zwykła ostrożność. Ludzie trzymają w sejfach dokumenty, biżuterię, gotówkę. Teraz myślałem: “na wszelki wypadek” to nie jest sposób mówienia kogoś, kto się nie boi.
“Na wszelki wypadek” mówią ludzie, którzy już coś wiedzą. Wziąłem ze stolika jeden z kaktusów w doniczce, mały, w terakotowej ceramice, ten sam, który stał tam od lat. I wyszedłem. Gdyby ktoś pytał, przychodziłem po rośliny córki.
Gdyby ktoś sprawdzał, wziąłem jedną doniczkę. Nic podejrzanego. Stary strażak po kaktusa. W drodze do domu zrobiłem jedno zatrzymanie przy kiosku z gazetami na placu Litewskim.
Kupiłem Gazetę Wyborczą i siedziałem w samochodzie przez 20 minut, udając, że czytam. W rzeczywistości patrzyłem na ruch na ulicy i układałem w głowie to, co wiedziałem. Mariusz był w kostnicy godzinę przed policją tamtej nocy. Przekazał kopertę człowiekowi, który podpisał się fałszywym nazwiskiem i fałszywą firmą.
Dostał coś w zamian, coś małego, co zmieściło się w kieszeni spodni. Sejf Agnieszki, w którym trzymała ważną teczkę, jest pusty. Cztery fakty. Każdy z osobna może mieć tłumaczenie.
Razem – nie. Razem to był schemat. A schematy, inaczej niż przypadki, mają autora. Wieczorem zadzwoniłem do Borowskiego.
Powiedziałem, że potrzebuję, żeby jutro rano był w pracy. Mam do niego przyjść z prawnikiem i chcę, żeby złożył oficjalne oświadczenie co do tego, co widział. Powiedział, że przyjdzie. Słyszałem, że jest trochę przestraszony.
To zrozumiałe. Ja też byłem przestraszony. Tyle że u mnie strach od dłuższego czasu chodzi w parze ze złością i razem te dwie rzeczy robią ze mnie kogoś, kto działa, a nie stoi w miejscu. Zadzwoniłem jeszcze raz, tym razem do mecenasa Sadowskiego.
Poinformowałem go o sejfie. Powiedziałem, że chcę jutro wracać do kostnicy razem, oficjalnie, z pełną dokumentacją. Sadowski słuchał, notował, a na koniec powiedział: “Panie Romanie, zanim cokolwiek złożymy, musimy wiedzieć, co zniknęło z tego sejfu, bo to będzie serce całej sprawy”. Miał rację.
Tyle że tej nocy jeszcze tego nie wiedziałem. Siedziałem w piwnicy do późna. Przy starym bufecie z połowy ubiegłego wieku, który leżał na koźle już od trzech tygodni, kupiony na targu staroci przy ulicy Ruskiej za 120 zł. Prawy bok wyłamany, fornir łuszczący się jak skóra po lecie.
Przy takim fornirze szlifierka nic nie da, tylko ręka, papier ścierny i cierpliwość. Pracowałem przez dwie godziny i przez te dwie godziny myślałem o jednym: co było w tej teczce. Mariusz ją wziął. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości.
Pytanie brzmiało: co w niej było i czy zdążył ją zniszczyć, czy tylko schował. Zniszczone dokumenty można stwierdzić jako zaginione. Schowane można znaleźć. To była różnica między końcem sprawy a jej początkiem.
Skończyłem robić przy bufecie koło 23:00. Umyłem ręce, zgasiłem światło w piwnicy i wszedłem po schodach do mieszkania. Zrobiłem herbatę, usiadłem przy oknie, patrzyłem na ulicę. Mariusz myślał, że jest mądrzejszy.
Myślał, że stary pogorzeliec weźmie torbę z rzeczami córki, pochlipie przez tydzień i wróci do renowacji mebli. Może zadzwoni raz czy dwa, dostanie lakoniczną odpowiedź i da spokój. Nie wziął pod uwagę jednej rzeczy: że przez 34 lata wchodziłem do miejsc, z których część ludzi nie wychodziła. I że jedyne, czego się w tej robocie nauczyłem na pewno, to że z pożaru wychodzi się tylko wtedy, kiedy wiesz, gdzie jest wyjście, i kiedy o nim pomyślisz, zanim wejdziesz.
Ja już byłem w środku i już wiedziałem, gdzie jest wyjście. Następnego ranka pojechałem na ulicę Narutowicza 8 po mecenasa Sadowskiego i razem pojechaliśmy do szpitala przy Staszica. Nie na parking tym razem, do głównego wejścia administracyjnego, z dokumentami, na umówioną godzinę. Sadowski miał jakieś 52 lata.
Siwe skronie, spokojny głos i ta precyzja w słowach, która oznacza, że człowiek dobrze wie, co mówi i czego nie. Specjalizuje się w sprawach karnych i cywilnych. Kiedy umówiłem się z nim po raz pierwszy, zapytał, czy mam dokumenty potwierdzające pokrewieństwo z ofiarą. Powiedziałem, że tak.
Kiwnął głową i wziął długopis. Taki człowiek. W kostnicy czekał na nas Borowski, tym razem w służbowej kurtce, uczesany, jakby się przygotował. Zaprowadziłem ich do tej samej małej sali co poprzedniego dnia.
Sadowski wyłożył na stolik blok notesowy i dyktafon. Zapytał Borowskiego, czy wyraża zgodę na nagranie rozmowy. Borowski powiedział, że tak, i zaczął mówić. Słuchałem go po raz drugi, a jednak parę rzeczy usłyszałem inaczej.
Szczegół, który poprzedniego dnia przeszedł obok mnie. Borowski powiedział, że Mariusz nie wchodził przez główne wejście szpitala, tylko przez wejście od strony parkingu dla personelu. To wejście nie jest oznakowane dla gości. Nie ma przy nim tablicy informacyjnej.
Jest tylko metalowe drzwi z czytnikiem kart. Mariusz otworzył je przepustką. “Czyją przepustką? ” – zapytał Sadowski.
“Nie wiem” – powiedział Borowski. “Nie mam dostępu do rejestru. Wiem tylko, że drzwi się otworzyły i wyszedł alarm cichy. To znaczy, że karta była ważna, ale nie zarejestrowana jako gość.
”
Sadowski zanotował. Ja też zanotowałem w głowie. Mariusz miał kartę wejściową do szpitala. Pracownik PZU, regionalny menedżer od ubezpieczeń.
Szpitale mają kontrakty z firmami ubezpieczeniowymi, więc bywał tu służbowo. Albo ktoś mu tę kartę załatwił. W obu przypadkach tamtej nocy nie był tu przypadkiem. Po rozmowie z Borowskim Sadowski złożył w sekretariacie wniosek o oficjalną kopię nagrania z kamery nr 3.
Pełny zapis z tamtej nocy, potwierdzony pieczęcią instytucji. Pani w sekretariacie powiedziała, że potrzebuje tygodnia. Sadowski zostawił wizytówkę. Wyszliśmy na zewnątrz.
Słońce już stało wyżej niż poprzedniego dnia. Jesień próbowała udawać lato, co jej wychodziło średnio. “I co teraz? ” – zapytałem.
Sadowski wsiadał do swojego samochodu, szarego, zadbanego, stosownego. Zatrzymał się z ręką na klamce. “Teraz złożę wniosek do prokuratury Lublin-Zachód o ponowne rozpatrzenie kwalifikacji śmierci pana córki. Podstawa: nowe okoliczności.
” Chwila pauzy. “Nie spodziewam się szybkiej reakcji. Prokuratury lubią zamknięte sprawy. ”
“A sejf?
” – powiedziałem. “Co zniknęło z sejfu? ”
“To musi pan ustalić i szybko, zanim Soberaj zdąży powiedzieć, że sam go opróżnił. Wtedy to już tylko słowo przeciwko słowu, a tego nie lubię.
W takich starciach przegrywa ten, kto mówi prawdę, bo prawda nie ma świadków. ”
Wróciłem do domu i przez dwie godziny siedziałem przy kuchennym stole z kawą i zeszytem. Robiłem to, co zawsze robiłem przed trudną akcją. Wypisywałem, co wiem, co chcę wiedzieć i co muszę sprawdzić.
Trzy kolumny, długopis. Co wiedziałem? Mariusz był w kostnicy z kartą wejściową, której nie powinien mieć. Spotkał się z człowiekiem na fałszywe dane.
Sejf Agnieszki jest pusty. Agnieszka trzymała w nim ważną teczkę. Co chciałem wiedzieć? Co było w tej teczce?
Kto jest tym człowiekiem z nagrania? Co Mariusz dostał w zamian za kopertę? Co musiałem sprawdzić? Czy Agnieszka sporządziła jakieś dokumenty u notariusza – testament, pełnomocnictwo?
Bo ważna teczka u kogoś, kto się boi, to najczęściej dokument, który kogoś chroni albo obciąża. Zadzwoniłem do Sadowskiego wieczorem. “Mecenasie, czy jest możliwe, żeby moja córka sporządziła testament u notariusza bez wiedzy męża? ”
“Oczywiście.
Testament notarialny sporządza się wyłącznie w obecności notariusza i testatora. Mąż nie musi wiedzieć. Jak to sprawdzić? Jest rejestr testamentów notarialnych.
Wgląd do niego mają osoby uprawnione po śmierci testatora. Pan jako ojciec może złożyć wniosek i dowiemy się, czy sporządziła testament. Jeśli jest zarejestrowany, będziemy wiedzieli, u którego notariusza. ”
Następnego ranka złożyłem wniosek.
Czekałem cztery dni. Czwartego dnia dostałem odpowiedź. Agnieszka Soberaj sporządziła testament notarialny dwa lata wcześniej w kancelarii notarialnej Zielińska i Partnerzy przy ulicy Złotej 3. Obrączka.
Agnieszka zawsze nosiła swoją. Nawet kiedy Mariusz powiedział przy mnie, że to tylko metal, założyła ją z powrotem na palec i nie odpowiedziała. Agnieszka nie mówiła, kiedy mogła pokazać. Zadzwoniłem do mecenasa.
“Mecenasie, był testament. ”
Chwila ciszy. “W takim razie” – powiedział Sadowski spokojnie – “musimy ustalić, co się z nim stało i czy oryginał nadal istnieje. ”
Wiedziałem już, że nie istnieje.
Wiedziałem to od chwili, kiedy zobaczyłem pusty sejf. Ale żeby coś udowodnić, wiedza nie wystarczy. Potrzeba dokumentów, świadków, cierpliwości. Cierpliwości akurat mi nie brakowało.
Przez 34 lata czekałem nieraz na rozkaz wejścia w takich warunkach, że każda minuta wydłużała się do kwadransa. Nauczyłem się, że pośpiech w złym momencie kosztuje więcej niż zwłoka. Tego wieczoru zadzwonił telefon. Sadowski: “Komisarz Tomasz Lis z prokuratury rejonowej Lublin-Zachód przy ulicy Kraśnickiej gotów jest się spotkać.
Ale uprzedził, że bez twardych dowodów nic nie może zrobić. Sprawa jest zamknięta. ”
Słuchałem i myślałem o nagraniu czekającym na kopię w sekretariacie szpitalnym, o rejestrze testamentów, który potwierdził, że testament istniał, o pustym sejfie, o człowieku z fałszywymi danymi, o kopercie przekazanej w bocznym korytarzu kostnicy. Twarde dowody.
Dobrze, to zacznijmy od początku. Magda Kwiatkowska prowadziła biuro przy ulicy Peowiaków. Mała tabliczka przy domofonie, trzecie piętro bez windy, dwa pokoje i recepcja, którą pełniła sama. Była po 40-tce, krótko ostrzyżona, mówiła bez ozdób i miała na biurku długopis zamiast wizytownika.
Sadowski podał mi jej numer bez komentarza, co w jego przypadku było rekomendacją. Kiedy zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie, przyszedłem punktualnie. Ona też była punktualna. Tego rodzaju ludzie do siebie pasują.
Powiedziałem jej dokładnie tyle, ile musiała wiedzieć na tym etapie. Mężczyzna, który podpisał się w kostnicy jako Krzysztof Wruna z fikcyjnego biura pogrzebowego, spotkał się tamtej nocy z moim zięciem Mariuszem Soberajem. Chcę wiedzieć, kto to jest, gdzie mieszka i co robi. Kwiatkowska zapisała, dopytała o datę nagrania, opis z kamery, godzinę wejścia, wszystko.
Potem powiedziała, że potrzebuje tygodnia i że wstępna kwota to 2800 zł za identyfikację. Obserwacja płatna osobno, 1500 za dobę plus koszty dojazdu. Zgodziłem się. Kwiatkowska wstała i podała mi rękę.
Twarda, krótka, precyzyjna. Wyszedłem z biura i przez chwilę stałem na klatce schodowej, zanim zszedłem na dół. Miałem poczucie, jakie się ma, gdy wreszcie robi się coś konkretnego po długim czasie myślenia. Przez ten tydzień siedziałem w piwnicy i pracowałem przy bufecie.
Już wiedziałem, że fornir na prawym boku da się uratować. Potrzebuję tylko bardzo cienkiego papieru i cierpliwości. Poza tym, kiedy człowiek czeka, to lepiej mieć czym zająć ręce. W połowie tygodnia zadzwoniłem do Sadowskiego z pytaniem o treść testamentu.
Wyjaśnił. Notariusz ma obowiązek zachowania tajemnicy, ale po śmierci testatora może ujawnić treść na wniosek sądu albo osobom wskazanym jako spadkobiercy. Skoro oryginalny testament zniknął, możemy złożyć wniosek o stwierdzenie nabycia spadku i poprosić notariusz Zielińską o zeznania, co widniało w protokole. Ale to trwa.
“Wiem” – odpowiedziałem. “Zacznijmy. ”
Wniosek złożyliśmy w Sądzie Rejonowym Lublin-Zachód przy ulicy Kraśnickiej w tym samym tygodniu. Referendarz wyznaczył termin posiedzenia na za trzy tygodnie.
Trzy tygodnie to niedużo, kiedy ktoś przez ten czas może próbować sprzedać mieszkanie. Tydzień po spotkaniu z Kwiatkowską zadzwoniła rano, zanim zdążyłem wyjść z domu. “Krzysztof Wruna nie istnieje. Dokumenty były fałszywe.
Mężczyzna z nagrania nazywa się Rafał Dumnowski, lat 41. Świdnik, ulica Lotnicza 4. Wyrok w zawieszeniu sprzed 6 lat za podrobienie podpisów na umowie sprzedaży. ”
Świdnik, 25 km od Lublina.
Autostradą w niecałe 20 minut. Blisko na tyle, żeby spotykać się bez noclegów. “Zlecam obserwację” – powiedziałem. “Kiedy zacząć?
”
“Dzisiaj. ”
Kwiatkowska odłożyła słuchawkę bez pożegnania. Nie traci czasu na uprzejmości, kiedy jest co robić. W tym samym tygodniu Sadowski zadzwonił z informacją uzyskaną przez kolegę notariusza z Lublina.
Ostrożnie, bez ujawniania szczegółów sprawy, zapytał, czy ktoś w środowisku pamięta próbę o formowania pełnomocnictwa na mieszkanie przy Lipowej 18. Kolega oddzwonił następnego dnia. Trzy miesiące przed śmiercią Agnieszki Mariusz Soberaj stawił się w kancelarii notarialnej Górskiej i Wspólnicy przy placu Łokietka i próbował uzyskać dla siebie pełnomocnictwo notarialne uprawniające do rozporządzania mieszkaniem żony. Agnieszka była przy tym osobiście i odmówiła podpisu.
Notariusz Górski odmówił sporządzenia dokumentu bez zgody właścicielki. Mariusz przez chwilę siedział bez słowa, potem wstał i wyszedł. Agnieszka siedziała jeszcze przez chwilę przy biurku. Notariusz powiedział, że wyglądała na zmęczoną, nie na przestraszoną.
Na zmęczoną. Słyszałem tę historię i widziałem ją dokładnie. Agnieszka przy biurku u notariusza. Twarz spokojna, ale to spokój człowieka, który od dawna coś wie i już się z tym pogodził.
I nagle zrozumiałem, dlaczego zrobiła testament lata wcześniej. Dlatego, że tamten dzień przy biurku notariusza nie był dla niej pierwszym sygnałem. Był ostatnim. Myślałem o tym przez długą chwilę.
Przez osiem lat byłem jej ojcem z zewnątrz. Widziałem ją na świętach. Dzwoniłem w niedzielę. Dostawałem lakoniczne odpowiedzi.
Myślałem, że po prostu ma swoje życie, że tak to działa, że dzieci się odpychają i to jest normalne. Tymczasem ona tworzyła dokumenty zabezpieczające, odmawiała podpisów, trzymała ważne teczki na wszelki wypadek. Robiła to wszystko po cichu, sama, bo wiedziała, że głośno to nic nie da. Powinienem był zadzwonić częściej albo pytać inaczej, albo nie odpuszczać, kiedy mówiła “wszystko dobrze”.
Tyle rzeczy, których powinienem był. Ale teraz to jedyne, co mogłem dla niej zrobić, to udowodnić, że jej ostrożność nie poszła na marne. Trzeciego dnia obserwacji Kwiatkowska przysłała wiadomość. Dumnowski rozmawiał przy wejściu do galerii, podał adres i imię.
Brzmiało jak potwierdzenie spotkania. Nie wiedziałem jeszcze z kim. Czwartego dnia rano zadzwonił Sadowski. “Panie Romanie, Mariusz Soberaj zgłosił się do kancelarii Brzezińskiej i Partnerzy na Chopena.
Dostałem sygnał z branży. Zaczyna szukać prawnika. ”
Wiedziałem, że do tego dojdzie. Człowiek, który myśli, że jest bezpieczny, nie szuka adwokata.
Szuka adwokata ten, kto czuje, że grunt zaczyna się chwiać. Tego wieczoru siedziałem przy bufecie i wyobraziłem sobie Mariusza siedzącego naprzeciwko jakiegoś prawnika w garniturze, tłumaczącego spokojnym głosem, że teść jest trudnym człowiekiem, który nie potrafi pogodzić się ze śmiercią córki. Znałem ten głos, równy, przekonujący, bez drżenia. Tylko że tym razem grunt naprawdę się chwiał i żaden głos tego nie naprawiał.
List przyszedł w środę, zwykłą kopertą z nadrukiem kancelarii Brzezińskiej i Partnerzy, adwokaci i radcy prawni, ulica Chopina 14, Lublin. Wewnątrz cztery strony maszynopisu na papierze firmowym, podpisane przez adwokata Kamila Brzezińskiego. Ton pisma był ostry, pewny siebie i trochę za długi. Dokładnie tak jak piszą młodzi prawnicy, którym nie powiedziano jeszcze, że objętość dokumentu nie jest dowodem jego siły.
W skrócie: Mariusz Soberaj jako wdowiec i jedyny spadkobierca ustawowy po Agnieszce Soberaj wzywa mnie do natychmiastowego zwrotu rzeczy ruchomych należących do majątku wspólnego małżonków, zabranych przeze mnie z mieszkania przy ulicy Lipowej 18, 14 dni, inaczej sąd. Podtekst był jasny jak świeżo umyta szyba. Idź do domu, stary, i daj spokój. Zabrałem jeden kaktus, jeden, w doniczce terakotowej, za może 20 zł.
Przeczytałem pismo dwa razy przy kuchennym stole z kawą, której nie piłem. Potem złożyłem je starannie wzdłuż linii i wsadziłem do teczki. Mariusz wyobrażał sobie, że to pismo mnie przestraszy, że emerytowany strażak z Lublina, ledwo co po pogrzebie córki, dostaje cztery strony prawniczego pisma i zaczyna się wycofywać. Być może inny by się wycofał.
Ja przez 34 lata pracowałem w miejscach, gdzie nikt nie miał czasu się bać, bo najpierw trzeba było działać. Strach przychodził po, i to też się zmieniało. “Dostałem pismo od Brzezińskiego” – powiedziałem mecenasowi. “Wiem” – powiedział.
“Wysłali kopię do mnie. Odpiszę w ciągu trzech dni. ”
“Co napiszecie? ”
“Tyle, ile trzeba, i nic więcej.
”
Odpowiedź mecenasa liczyła jedną stronę. Potwierdzał odbiór wezwania, informował, że jego klient zabrał jedną doniczkę z rośliną do własnego użytku, że żadne rzeczy ruchome z majątku wspólnego nie zostały zabrane, co Mariusz mógłby stwierdzić, odwiedzając mieszkanie. I jedno zdanie na końcu: “W Sądzie Rejonowym Lublin-Zachód toczy się postępowanie w sprawie stwierdzenia nabycia spadku po Agnieszce Soberaj z wniosku Romana Wierzbickiego”. Wyobraziłem sobie Brzezińskiego czytającego tę stronę.
Młody adwokat, pewny siebie, dostaje jedną stronę zamiast czterech. Wie, że coś się tu dzieje, tylko jeszcze nie wie co, i nie może zapytać, bo to by wyglądało słabo. Kwiatkowska zadzwoniła cztery dni po wysłaniu naszej odpowiedzi. “Mam coś” – powiedziała.
“Słucham. ”
“Dumnowski spotkał się w Warszawie dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca z kobietą. Ustalona tożsamość: Elżbieta Soberaj, 36 lat, zatrudniona jako asystent notarialny w kancelarii przy ulicy Nowy Świat w Warszawie. ” Chwila pauzy.
“Siostra pańskiego zięcia. ”
Siedziałem przy kuchennym stole i przez moment nie powiedziałem nic. Siostra Elżbieta Soberaj, asystent notarialny. Człowiek, który zna procedury notarialne od wewnątrz, który wie, jak sporządza się dokumenty i jak się je niszczy, który rozumie, co jest rejestrowane i co można kwestionować.
Ten człowiek miał dostęp do brata regularnie przez ostatnie tygodnie i spotykała się z Dumnowskim, który podrobił kiedyś podpisy na umowie sprzedaży. “Ile razy się spotykali? ” – zapytałem. “Dwa razy w ciągu czterech tygodni.
Kawiarnia przy Nowym Świecie i raz restauracja na Mokotowie. Za każdym razem Dumnowski płacił gotówką. ”
Ludzie, którzy płacą gotówką na spotkaniach z osobami, które powinny być dla nich obce, robią to z konkretnego powodu. Nie dlatego, że lubią noszenie monet.
“Proszę kontynuować obserwację” – powiedziałem. Kiedy odłożyłem telefon, siedziałem przez dłuższą chwilę bez ruchu. Przez okno widziałem ulicę Krakowskie Przedmieście, tramwaj, kilka osób na przystanku, mężczyznę z psem. Normalne południe w Lublinie.
Nic szczególnego. A ja siedziałem przy kuchennym stole i w głowie układałem sobie schemat jak plan budynku przed akcją. Kto gdzie stoi, co kogo łączy, skąd idzie ogień. Mariusz działał sam w jednej dziedzinie – w PZU, w ubezpieczeniach, w liczeniu pieniędzy.
Wiedział, jak wypełnić wniosek o wypłatę. Wiedział, co wpisać w rubryce “Przyczyna zgonu”. Wiedział, jakie dokumenty przedłożyć. Ale w kancelarii notarialnej – tam potrzebował kogoś, kto zna procedury od wewnątrz, ktoś, kto wie, co podlega rejestracji, a co można zabrać bez śladu, ktoś, kto rozumie różnicę między protokołem a oryginałem.
I miał ją pod ręką. Elżbieta Soberaj, asystent notarialny, siostra. Rodzinna solidarność, bardzo wygodna rzecz, gdy się jej nadużywa za gotówkę. Zadzwoniłem do Sadowskiego wieczorem i powiedziałem o Elżbiecie.
Chwila ciszy. “To zmienia obraz sprawy. ”
“Wiem. ”
“Złożę uzupełnienie do wniosku spadkowego i skonsultuję się z komisarzem Lisem, zanim znów nam powie, że nie ma dowodów.
”
“Czy mamy już coś, co go przekona? ”
“Mamy nagranie z kostnicy, potwierdzenie testamentu w rejestrze, oświadczenie Borowskiego, informacje o próbie wyłudzenia pełnomocnictwa i teraz powiązanie Dumnowskiego z siostrą zięcia. ” Pauza. “To ciąg okoliczności.
Prokuratura może to nazwać podstawą do działania. ”
“Kiedy? ”
“Niedługo. Ale jest jeszcze coś” – powiedział Sadowski.
“Notariusz Zielińska potwierdziła istnienie testamentu w rejestrze, ale kiedy poprosiłem o kopię protokołu sporządzenia, w aktach kancelarii brak oryginału. Protokół jest. Testament zniknął. ”
Milczałem.
“Protokół mówi, że Agnieszka Soberaj sporządziła testament notarialny, w którym przekazywała mieszkanie przy ulicy Lipowej 18 ojcu Romanowi Wierzbickiemu z prawem dożywotniego użytkowania” – ciągnął Sadowski. “To była jej wola. Ktoś zabrał oryginał z kancelarii. Ktoś, kto wie, jak działa kancelaria notarialna od środka.
Ktoś, kto wie, gdzie trzyma się dokumenty i kiedy można wejść bez wzbudzenia podejrzeń. ”
Powiedziałem tylko jedno zdanie. “Elżbieta Soberaj pracuje jako asystent notarialny. ”
“Tak” – powiedział Sadowski cicho.
“Właśnie o tym myślę. ”
Kwiatkowska zadzwoniła do mnie w środku tygodnia, tuż po południu. “Panie Romanie, muszę pana prosić do biura. Osobiście, dzisiaj, jeśli to możliwe.
” Nie pytała, czy mogę. Mówiła tonem człowieka, który wie, że możesz. Byłem tam o 17:00. Siedziała za biurkiem i na blacie leżał dyktafon.
Mały, czarny, taki, jaki nosi się w kieszeni kurtki. Obok wydrukowane zdjęcia. Dumnowski przy wejściu do kawiarni. Dumnowski w samochodzie.
Dumnowski rozmawiający przez telefon przy ścianie galerii. I jedno nowe. Dumnowski stojący przy parkingu, twarz zwrócona w bok, wyraźnie zdenerwowany. “Dumnowski sam się ze mną skontaktował” – powiedziała Kwiatkowska bez wstępu.
“Dwa dni temu. Powiedział, że wie, kim jestem, że ktoś go obserwuje i że nie chce mieć problemów. Powiedział, że ma nagranie i że chce się zabezpieczyć. ”
“Jakiego rodzaju nagranie?
”
“Rozmowę między Mariuszem Soberajem a jego siostrą Elżbietą. Nagrał ją sam podczas jednego ze spotkań, kilka tygodni przed śmiercią Agnieszki Soberaj. Powiedział, że zrobił to na wszelki wypadek, bo miał złe przeczucia co do całej sprawy. Oddał mi kopię.
Oryginał ma przy sobie. ”
Kwiatkowska spojrzała na mnie spokojnie. “Zanim zaczniemy, muszę pana uprzedzić. To, co pan usłyszy, może być trudne.
Nagranie jest dość jednoznaczne. ”
Powiedziałem, że wiem, co to znaczy trudne. Że byłem na akcjach, gdzie wyciągało się ludzi spod gruzów, że dam radę. Włączyła dyktafon.
Głos Mariusza był od razu rozpoznawalny. Ten sam spokojny, równy ton, który znałem przez osiem lat. Głos, który nigdy się nie trząsł. Rozmawiał z Elżbietą.
Jej głos był wyższy, szybszy, trochę nerwowy przy krawędziach, jakby wiedziała, że to, co mówią, nie powinno być mówione na głos. Mariusz mówił o mieszkaniu przy Lipowej. “Lokal musi przejść na nas do końca roku, bo inaczej bank będzie pytał. ” Mówił o polisie.
“Sprawa z ubezpieczeniem jest załatwiona. Wystarczy złożyć wniosek w ciągu 30 dni od daty. ”
Elżbieta odpowiedziała coś, czego nie było słychać dobrze. Głos za cicho.
Ale Mariusz odpowiedział na to wyraźnie. “Nie martw się, Elka. Stary strażak nic nie udowodni. Nie ma po co pytać.
”
Potem zdanie, które sprawiło, że Kwiatkowska zatrzymała nagranie i popatrzyła na mnie. “Chce pan kontynuować? ”
“Tak. ”
Wznowiła i usłyszałem resztę.
Mariusz mówił spokojnie, jakby omawiał logistykę przeprowadzki. “Byłem tam wcześniej, żeby zabrać to, czego nie powinno być. Teraz nie ma dokumentów, nie ma testamentu, nie ma podstawy. Zostaje tylko ustawowe dziedziczenie.
”
Elżbieta zapytała coś o notariusz Zielińską. Mariusz odpowiedział: “Elka o tym zadbała. Protokół jest, oryginału nie ma gdzie wrócić. Byłem tam wcześniej, żeby zabrać to, czego nie powinno być.
”
Siedziałem na tym krześle naprzeciwko Kwiatkowskiej i przez kilka sekund nic nie mówiłem. Słyszałem szum klimatyzacji w biurze. Słyszałem tramwaj za oknem. Słyszałem własny oddech.
Przez 34 lata wychodziłem z pożarów. Widziałem rzeczy, które zostają w głowie i nie wychodzą. Ale tamta chwila – siedzenie w małym biurze przy Peowiaków i słuchanie głosu zięcia, który spokojnie opisuje to, co zrobił tamtej nocy – to było inne. Tamtej nocy nie było pożaru.
Był balkon na czwartym piętrze i moja córka, i człowiek, który znał ją przez osiem lat i mówił do niej po imieniu, i który wrócił tam przed policją, żeby zabrać dokumenty. Nie zakrzyczałem, nie wstałem. Siedziałem nieruchomo i patrzyłem w blat biurka i czułem, jak coś we mnie stygnie. Nie ze strachu, ale z takiej głębokiej, lodowatej jasności, która przychodzi, kiedy przestajesz się łudzić i widzisz sytuację taką, jaka jest naprawdę.
Moja córka nie miała wypadku. “Panie Romanie” – powiedziała Kwiatkowska cicho. “Słyszałem” – odpowiedziałem. “Co pan chce zrobić?
”
“Jedzie pan ze mną do mecenasa Sadowskiego. Teraz. ”
Zadzwoniłem do Sadowskiego z samochodu. Powiedziałem tylko tyle: “Mam nagranie.
Jadę do pana za 20 minut”. Sadowski powiedział “dobrze” i nie zadał żadnych pytań. Tacy ludzie są bezcenni. W biurze przy Narutowicza siedzieliśmy we trójkę.
Ja, Kwiatkowska z dyktafonem i Sadowski z notesem. Mecenas słuchał nagrania bez słowa od początku do końca. Potem siedział przez chwilę bez ruchu, długopis w dłoni, i patrzył w ścianę przed sobą. “Dumnowski jest gotów zeznawać?
” – zapytał w końcu Kwiatkowską. “Powiedział, że tak, jeśli dostanie gwarancję, że prokuratura potraktuje go jako świadka niepodejrzanego. ”
“To możliwe do uzgodnienia. ” Sadowski odwrócił się do mnie.
“Panie Romanie, na nagraniu Soberaj wprost mówi, że był w mieszkaniu przed przybyciem policji i że zabrał dokumenty. To jest przyznanie się do zacierania śladów. W połączeniu z nagraniem z kostnicy, zeznaniami Borowskiego, brakiem oryginału testamentu i powiązaniem Elżbiety Soberaj z Dumnowskim to jest podstawa do wznowienia śledztwa. ”
“Kiedy?
”
“Jutro rano składam uzupełniony wniosek do prokuratora Lisa. ” Mecenas odłożył długopis. “Romanie” – powiedział po raz pierwszy po imieniu – “to już nie jest sprawa cywilna. ”
Wiedziałem.
Wiedziałem to od chwili, kiedy usłyszałem na nagraniu spokojny głos Mariusza opisującego tamtą noc. Ale usłyszenie tego od Sadowskiego, człowieka, który słowami operuje jak skalpelem, zrobiło z tego coś ostatecznego. Wróciłem do domu późno. Nie zapalałem światła w mieszkaniu przez jakiś czas.
Siedziałem w fotelu przy oknie i patrzyłem na ulicę. Myślałem o Agnieszce siedzącej przy biurku u notariusza trzy miesiące przed śmiercią, zmęczonej, ale spokojnej. Wiedziała. Zrobiła testament, zabezpieczyła dokumenty, dała mi klucze na wszelki wypadek.
Robiła to wszystko bez słowa, bo wiedziała, że słowa tu nie pomogą. Pomyliła się tylko w jednym. Myślała, że zdąży. Prokurator Tomasz Lis był mężczyzną koło 50-tki, szczupłym, z okularami w cienkich oprawkach i sposobem mówienia, który sugerował, że nie lubi marnować słów.
Kiedy Sadowski złożył uzupełniony wniosek z nagraniem jako załącznikiem, komisarz oddzwonił tego samego dnia po południu. Poprosił o spotkanie następnego ranka. Byłem przy tym razem z Sadowskim. Kwiatkowska dostarczyła kopię nagrania na nośniku USB, podpisaną deklarację Borowskiego oraz raport z obserwacji Dumnowskiego.
Lis słuchał, notował, pytał o szczegóły techniczne nagrania. Kiedy je zrobiono, w jakich okolicznościach. Czy Dumnowski jest gotów to potwierdzić? “Osobiście, jest gotów” – powiedział Sadowski.
“W takim razie” – powiedział Lis, odkładając długopis – “sprawa zostaje wznowiona. Zmieniam kwalifikacje z nieszczęśliwego wypadku na śmierć w okolicznościach wymagających wyjaśnienia. Wniosek o nakaz przeszukania składam dziś po południu. ”
Kiedy wychodziliśmy z prokuratury przy ulicy Kraśnickiej, powiedziałem do Sadowskiego: “I co teraz?
”
“Teraz czekamy 24 godziny. ”
Nie czekałem bezczynnie. Tego samego dnia po południu pojechałem z Sadowskim do Sądu Rejonowego Lublin-Zachód i złożyliśmy wniosek o uznanie testamentu Agnieszki za prawnie skuteczny na podstawie protokołu notarialnego Zielińskiej. Wniosek był oparty na jednym prostym argumencie.
Protokół notarialny potwierdza istnienie i treść testamentu z datą sporządzenia. Brak oryginału nie unieważnia treści, jeśli istnieje potwierdzony zapis, a notariusz Zielińska jest gotowa zeznawać. Sędzia referendarz przyjęła wniosek. Termin posiedzenia za trzy tygodnie.
Przeszukanie mieszkania Mariusza przy ulicy Lipowej 18 odbyło się dwa dni później, rano. Nie byłem przy tym. Komisarz Lis nie zaprasza stron postępowania na czynności procesowe, co jest zrozumiałe. Dowiedziałem się od Sadowskiego po południu.
W mieszkaniu znaleziono dwie rzeczy, które zmieniały wszystko. Pierwsza: wydruk polisy ubezpieczeniowej Agnieszki Soberaj na 320 000 zł z odręcznymi notatkami na marginesach. Daty, liczby, słowa. “Termin 30 dni.
Wniosek złożyć przez ePZU. ” Pismo było w szufladzie przy łóżku, bez żadnej próby ukrycia. Druga: szkic wniosku o wypłatę z tego samego ubezpieczenia, częściowo wypełniony, z datą wcześniejszą niż data śmierci Agnieszki. Dwa tygodnie wcześniejszą.
Sadowski zadzwonił do mnie i przeczytał to przez telefon. Słuchałem go i przez chwilę myślałem, że chyba nie rozumiem. Szkic wniosku o wypłatę wypełniony przed śmiercią żony. To nie był błąd administracyjny.
To był plan. “Co teraz z Elżbietą? ” – zapytałem. “Komisarz Lis wystąpił do prokuratury w Warszawie o nakaz przeszukania jej miejsca pracy.
Polska Izba Notarialna poinformowana. ” Chwila pauzy. “Panie Romanie, oni są w panice. ”
To mnie ucieszyło.
Nie powiem, że nie. Mariusz zareagował następnego dnia przez adwokata Brzezińskiego. Pismo do sądu rejonowego. Zarzut sfałszowania protokołu notarialnego przez notariusz Zielińską, zarzut fałszywych zeznań Borowskiego i wniosek o oddalenie naszego wniosku spadkowego.
Cztery strony agresywnego maszynopisu, który miał wyglądać groźnie, a wyglądał jak deski ratunkowe wyrzucane przez człowieka tonącego, w kolejności od najmniejszej do największej. Sadowski przeczytał pismo, zadzwonił do mnie i powiedział: “Brzeziński zarzuca sfałszowanie protokołu notarialnego. Żeby to udowodnić, musiałby wykazać, że Zielińska kłamie. Zielińska ma 20 lat praktyki, czyste akta i żadnego powodu, żeby kłamać na rzecz córki strażaka z Krakowskiego Przedmieścia.
” Krótka pauza. “To desperacja, nie strategia. ”
“A co z Borowskim? Mogą go zastraszyć?
”
“Złożył zeznania przed prokuratorem. Są w aktach. Cofnięcie zeznań po tym fakcie jest możliwe, ale podejrzane i nie usuwa pierwotnego zapisu. ” Sadowski mówił spokojnie, jak zawsze.
“Proszę się nie martwić Borowskim. On wie, co robi. ”
Dwa dni po przeszukaniu zadzwoniła Kwiatkowska. “Dumnowski chce ugody ze śledztwem.
Skontaktował się z prokuratorem Lisem bezpośrednio. ” Chwila. “Boi się. ”
Dobrze, niech się boi.
Strach to naturalna reakcja na sytuację, w której się znalazł. Wziął pieniądze za wykonanie czegoś, co okazało się częścią znacznie poważniejszej sprawy. A teraz jedynym wyjściem jest współpraca. To stara zasada.
Kto współpracuje pierwszy, ten ma lepsze warunki. Pod koniec tygodnia dostałem list ze spółdzielni ubezpieczeniowej PZU, tego samego zakładu, w którym pracował Mariusz. Rzecz osobliwa: list od pracodawcy mężczyzny, który usiłował wyłudzić wypłatę z polisy tej samej firmy. Komisarz Lis poinformował PZU o trwającym postępowaniu, co skutkowało decyzją o zawieszeniu wypłaty ubezpieczenia do czasu zakończenia śledztwa.
320 000 zł zamrożone. Czytałem ten list przy kuchennym stole i musiałem przyznać, że to było eleganckie. Mariusz przez 8 lat pracował w branży ubezpieczeniowej. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, jak działa system, i właśnie dlatego wybrał ten konkretny polis, tę konkretną kwotę, ten konkretny termin 30 dni.
A teraz jego własna firma wstrzymała mu wypłatę na wniosek prokuratora. Złożyłem list z powrotem do koperty i włożyłem go do teczki razem z pozostałymi. Wieczorem zszedłem do piwnicy. Bufet stał na swoim miejscu.
Prawy bok już wygładzony. Fornir trzyma się dobrze. Zostały nogi i górna listwa. Wziąłem papier ścierny i usiadłem na taborecie.
Pracowałem przez godzinę w ciszy. Myślałem o Mariuszu w tym mieszkaniu, przeglądającym szufladę przy łóżku i nie znajdującym tego, czego szukał, bo myślał, że zabrał wszystko, a zapomniał o szkicu własnego wniosku. Myślałem o Elżbiecie w Warszawie, kiedy przyszli do jej biura z nakazem. Wyobraziłem sobie jej twarz, tę samą zimną, obliczeniową twarz, którą widziałem na zdjęciach Kwiatkowskiej.
Zimna twarz dobrze reaguje na zimne wiadomości. Dumnowski zeznawał przez dwa dni. Sadowski powiedział mi o tym po fakcie. Na przesłuchaniach nie byłem obecny, bo tak działają procedury, ale mecenas otrzymał kopię protokołu i streścił mi treść przez telefon.
Spokojnie, zdanie po zdaniu. Rafał Dumnowski, lat 41, od trzech lat znajomy Elżbiety Soberaj z okresu, kiedy oboje pracowali krótko w tej samej kancelarii w Lublinie. Ona jako asystentka, on jako pracownik administracyjny. Elżbieta skontaktowała się z nim pół roku przed śmiercią Agnieszki z propozycją zlecenia.
Zlecenie: zabrać z kancelarii notarialnej Zielińska i Partnerzy oryginał testamentu Agnieszki Soberaj i dostarczyć go Mariuszowi. Za to Dumnowski miał dostać 4000 zł gotówką. Dostał 3000 z góry, 1000 po wykonaniu. Wejście do kancelarii nie było włamaniem.
Dumnowski posłużył się kartą, którą Elżbieta skopiowała ze służbowego klucza swojej koleżanki pracującej w filii tej samej sieci. Wszedł wieczorem, kiedy kancelaria była zamknięta dla klientów, znalazł teczkę według opisu Elżbiety i zabrał dokumenty. Zajęło mu to 17 minut. Potem tamtej nocy przy kostnicy, za kopertę z testamentem i kluczem od sejfu Agnieszki, dostał resztę zapłaty i coś jeszcze – ustał, obietnicę, że nikt go nie będzie szukał, bo sprawa jest zamknięta.
Sprawa była zamknięta do czasu. Słuchając tej relacji od Sadowskiego, przypomniałem sobie nagranie z kamery nr 3, kopertę podaną w bocznym korytarzu kostnicy, wymianę trwającą 40 sekund. Wydawało się to wtedy małe, niejasne, może niejednoznaczne. Teraz wiedziałem dokładnie, co było w tej kopercie i dlaczego Mariusz trzymał ją w kieszeni kurtki zamiast torby.
Kiedy coś chcesz szybko przekazać i szybko zapomnieć, wkładasz to do kieszeni, nie do torby. Kiedy Sadowski skończył, przez chwilę siedzieliśmy obaj w ciszy telefonicznej. Potem powiedział: “Na podstawie zeznań Dumnowskiego komisarz Lis rozszerza zarzuty o zacieranie śladów i kradzież dokumentów. Elżbieta Soberaj zostaje objęta postępowaniem karnym.
A Mariusz? Zarzuty w zakresie sprawy majątkowej już są. Sprawa o śmierć Agnieszki jest nadal w toku. To wymaga więcej czasu i osobnych czynności procesowych.
Ale nagranie z kostnicy, zeznania Borowskiego i protokół Dumnowskiego tworzą razem ciąg, który trudno wyjaśnić przypadkiem. ”
W tym samym tygodniu dostałem pismo z Polskiej Izby Notarialnej. Kopię decyzji o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego wobec Elżbiety Soberaj w związku z naruszeniem zasad tajemnicy zawodowej i udziałem w czynności nielegalnego dostępu do dokumentów kancelarii. Izba działała szybko, szybciej niż sądy, bo reputacja branży była tu w grę.
Elżbieta została zawieszona w pracy do czasu zakończenia postępowania. Mariusz milczał. Przez Brzezińskiego żadnych nowych pism, żadnych ruchów. Cisza, która brzmi jak obliczanie strat.
Trwało to tydzień. Potem zadzwonił do mnie Henryk Zawadzki, dawny kolega Mariusza z podstawówki. Człowiek, którego widziałem może trzy razy przez całe osiem lat małżeństwa Agnieszki. Zadzwonił na mój prywatny numer i powiedział, że Mariusz chciałby porozmawiać, że wszystko można jakoś wyjaśnić i że może uda się dojść do porozumienia bez dalszego przeciągania sprawy.
Słuchałem go przez chwilę i myślałem o tym, jak 8 lat temu Mariusz przyszedł do mnie z kwiatami i butelką wina, uścisnął dłoń pewnie i uśmiechnął się. Umiał robić dobre wrażenie. Umiał mówić spokojnie. Przez osiem lat to wystarczało.
Teraz próbował tego samego przez pośrednika. Powiedziałem Zawadzkiemu, żeby przekazał Mariuszowi jedną wiadomość. Dosłownie, bez żadnych zmian. “Czas na rozmowę minął.
”
Zawadzki rozłączył się bez słowa. Sadowski złożył wniosek o zabezpieczenie majątkowe. Żądanie, żeby mieszkanie przy Lipowej 18 zostało wpisane do rejestru zabezpieczeń i żeby Mariusz nie mógł nim dysponować do czasu zakończenia postępowania spadkowego. Sąd wydał postanowienie w ciągu czterech dni.
320 000 zł z polisy zamrożone. 487 000 zł wartości mieszkania zabezpieczone. Łącznie ponad 800 000 zł, które Mariusz planował przejąć, było teraz zablokowane w systemie sądowym. A żeby je odzyskać, musiałby obalić zeznania Borowskiego, zeznania Dumnowskiego, protokół notarialny Zielińskiej, nagranie z kostnicy i własny szkic wniosku o wypłatę napisany przed śmiercią żony.
Kiedy Sadowski wyliczył mi to przez telefon, powiedziałem: “Ile postępowań jednocześnie toczy się przeciwko niemu? ”
“Trzy karne i dwa cywilne, plus postępowanie dyscyplinarne wobec siostry. To dużo jak na regionalnego menedżera z Lublina. ”
“Tak” – powiedział Sadowski i chyba pierwszy raz w ciągu tych miesięcy usłyszałem w jego głosie coś w rodzaju satysfakcji.
Termin głównego posiedzenia sądowego wyznaczono na koniec lutego. Sadowski powiedział, że prokuratura sygnalizuje, iż ma jeszcze jednego świadka, którego dane nie zostały ujawnione stronom. Jednego świadka, nikomu nieznanego. Zastanawiałem się przez wieczór, kto to może być.
Nie znalazłem odpowiedzi, ale czułem, że to będzie ważne. Sala rozpraw w Sądzie Rejonowym Lublin-Zachód przy ulicy Kraśnickiej mieściła się na pierwszym piętrze. Okna wychodziły na parking. Szare krzesła, drewniana barierka, wysoka ława sędziowska.
Byłem tam z Sadowskim. Mariusz siedział po drugiej stronie z Brzezińskim, w garniturze, z twarzą, która próbowała wyglądać spokojnie i nie do końca jej to wychodziło. Elżbieta Soberaj nie była obecna. Jej postępowanie toczyło się osobno w Warszawie.
Sędzia, kobieta koło 50-tki, krótkie siwe włosy, okulary na łańcuszku, prowadziła posiedzenie sprawnie i bez zbędnych pauz. Odczytała protokół postępowania, potwierdziła strony, zapytała, czy są wnioski dowodowe. Był jeden, od prokuratury. Komisarz Lis, siedzący z boku sali, wstał i powiedział, że prokuratura wnioskuje o dopuszczenie zeznań świadka nieujawnionego wcześniej stronom: Heleny Wnuk, lat 71, byłej sąsiadki Agnieszki Soberaj z mieszkania nr 4 na tym samym piętrze przy Lipowej 18.
Pani Helenka, tak ją wszyscy w budynku nazywali, miała 71 lat, okulary w grubych oprawkach i od 30 lat mieszkała naprzeciwko. Weszła do sali małymi krokami, usiadła na krześle świadka i, zanim sędzia zdążyła zadać pierwsze pytanie, powiedziała: “Słyszałam tego wieczoru kłótnię i widziałam, jak on wychodził”. Tamtego wieczoru, koło 22:40, słyszała przez ścianę podniesione głosy. Głębszy i wyższy.
Kłótnia, nie rozmowa. Po jakichś 10 minutach głosy ucichły, potem trzaśnięcie drzwiami. Wyjrzała przez judasza. Mariusz Soberaj wychodził z mieszkania.
Sprawdziła zegar na mikrofali. 22:43. Policja przyjechała o 23:15. Pani Helenka słyszała syrenę i wyszła na korytarz.
Policjanci powiedzieli jej, że doszło do wypadku, żeby wróciła do mieszkania. Wróciła i przez następne tygodnie zastanawiała się, czy komuś powiedzieć o tym, co widziała. Wahała się, bo kto słucha starych kobiet. Potem córka sąsiadki z drugiego piętra powiedziała jej, że ojciec Agnieszki szuka świadków.
Pani Helenka zadzwoniła do prokuratury następnego dnia. W sali było cicho. Spojrzałem na Mariusza. Siedział nieruchomo, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Nie w stronę pani Helenki, nie w stronę sędzi, nie w stronę mnie. Brzeziński szepnął mu coś przez chwilę. Mariusz nie odpowiedział. Siedział jak człowiek, który zdał sobie sprawę, że mapa, którą trzymał przez całą drogę, prowadziła donikąd.
Brzeziński zadał pani Helence dwa pytania techniczne. Czy była pewna godziny? Czy mogła pomylić dzień? Pani Helenka odpowiedziała spokojnie.
Była pewna godziny, bo zaraz włączyła telewizor na wieczorne wiadomości, i pewna dnia, bo następnego ranka mówiła o tym córce. Więcej pytań nie było. Sędzia zarządziła przerwę. Kiedy wznowiono posiedzenie, ogłosiła, że w związku z zeznaniami świadka i całością zgromadzonego materiału dowodowego sprawa cywilna dotycząca testamentu Agnieszki Soberaj zostaje rozstrzygnięta na podstawie protokołu notarialnego kancelarii Zielińska i Partnerzy.
Testament jest prawnie skuteczny. Mieszkanie przy ulicy Lipowej 18 przechodzi na własność Romana Wierzbickiego. W tym momencie komisarz Lis wstał i podszedł do stołu, przy którym siedział Mariusz. Powiedział mu kilka słów cicho.
Mariusz wstał. Był blady. Nie czerwony ze wstydu, ani nie fioletowy ze złości, tylko blady, z tym rodzajem bladości, który pojawia się, kiedy coś się odprowadza z twarzy razem z krwią. Brzeziński chwycił go za ramię, żeby nie wyglądało to na to, czym było.
Wyglądało jak to, czym było. Prokuratura zatrzymała Mariusza Soberaja do przesłuchania w związku z postępowaniem karnym dotyczącym okoliczności śmierci Agnieszki i zarzutem wyłudzenia ubezpieczenia. Brzeziński zaczął coś mówić o prawach zatrzymanego. Lis kiwnął głową spokojnie i poczekał, aż skończy.
Patrzyłem na to z kilku metrów. Przez osiem lat Mariusz mówił o mnie “stary strażak”, z tym tonem, który dawał do zrozumienia, że to coś między przymiotnikiem a wyrokiem. Człowiek z przeszłości, bez znaczenia, który powinien siedzieć przy kominie i nie wtrącać się w sprawy poważnych ludzi. Teraz siedział przy stole z komisarzem Lisem i jego twarz była koloru zimowego nieba.
Nie powiedziałem nic. Nie musiałem. Po zakończeniu posiedzenia wyszedłem z sali jako pierwszy. Zszedłem po schodach, stanąłem przed budynkiem.
Koniec zimy w Lublinie. Śnieg już nie leżał, ale jeszcze nie była wiosna. Sadowski wyszedł za mną kilka minut później. “Sprawa cywilna zamknięta.
Mieszkanie jest pana” – powiedział. “Wypłata ubezpieczenia anulowana przez PZU z uwagi na klauzulę wyłączającą przy przestępstwie. Elżbieta dostanie wyrok w zawieszeniu i utratę uprawnień zawodowych. ”
“Wiem.
”
Uścisnął mi dłoń i odszedł do samochodu. Pojechałem na Lipową 18. Miałem klucze, te same zapasowe. Wjechałem windą na czwarte piętro.
Stanąłem przed drzwiami i przez chwilę patrzyłem na tabliczkę 18/6. Potem otworzyłem. W środku było zimno. Przeszedłem do sypialni, otworzyłem okno i wyszedłem na balkon.
Czwarte piętro. Widok na podwórze. Drzewa, miejsce parkingowe, fragment ulicy. Zwykły widok z blokowiska.
Agnieszka wychodziła tu pewnie wieczorami, bo lubiła stać przez chwilę między wnętrzem i zewnętrzem. Patrzyłem w dół przez chwilę, potem w górę. “Agatko” – powiedziałem cicho. “Zrobiłem, co mogłem.
”
Stałem tam może dwie minuty. Potem zamknąłem okno i wyszedłem do domu. Zszedłem do piwnicy. Bufet stał na koźle tam, gdzie go zostawiłem.
Lewa listwa – ostatnia do wykończenia. Nogi już wyczyszczone i zaimpregnowane. Fornir równy. Dobra robota wymaga czasu.
Usiadłem na taborecie, wziąłem papier ścierny i zacząłem szlifować. Ostrożnie, bez pośpiechu.


