Stałem w ciemności o 3:00 nad ranem, czekając na sygnał. Za dziesięć minut miała ruszyć największa ofensywa, jaką kiedykolwiek widziałem, ale najpierw miało nastąpić coś, co zmieniło geografię….

Stałem w ciemności o 3:00 nad ranem, czekając na sygnał. Za dziesięć minut miała ruszyć największa ofensywa, jaką kiedykolwiek widziałem, ale najpierw miało nastąpić coś, co zmieniło geografię....

7 czerwca 1917 roku o 3:00 nad ranem 80 000 brytyjskich żołnierzy czekało na sygnał do ataku. Za dziesięć minut miała ruszyć ofensywa na niemieckie pozycje pod Messines, które od dwóch lat pozostawały niezdobyte. Najpierw jednak miało się odbyć straszliwe widowisko. O 3:10 niemieckimi liniami wstrząsnęła seria eksplozji, która w połączeniu stanowiła największy wybuch wywołany przez człowieka aż do czasu testów bomby atomowej.

Thumbnail

W belgijskich miastach wstrząsy pomylono z trzęsieniem ziemi, a grzmot dotarł nawet do Londynu i Dublina. Jeden z niemieckich żołnierzy wspominał: “Ziemia zadrżała i zachwiała się, a potem nastąpiło gwałtowne wstrząśnięcie. Nagle otoczyła nas ciemność, a powietrze wypełniło się ziemią i pyłem. Z nieba spadały ogromne grudy ziemi, drewno, druty kolczaste, ludzkie kończyny i całe ciała.

Wszystko wirowało w chaosie. Okopy zostały zrównane z ziemią przez spadające rumowisko. Ci, którzy nie mogli się wykopać, udusili się. Anglicy wysadzili minę.

Ta niezwykła akcja minerska doprowadziła do natychmiastowego unicestwienia pierwszej linii obronnej niemieckiej armii. Później szacowano, że w tę krytyczną minutę zginęło nawet 10 000 niemieckich żołnierzy. Jak do tego doszło? Jaka była prawdziwa historia tej największej eksplozji wywołanej przez człowieka?

Ile w tej historii jest legendy? W 1914 roku brytyjski inżynier John Norton-Griffiths kontynuował udaną karierę. Ledwie rok wcześniej odpowiadał za modernizację doków w kanadyjskim porcie Saint John, a w 1914 wygrał przetarg na pracę w Australii. Wyjazd na drugi koniec świata przerwał wybuch I wojny światowej.

Norton-Griffiths wykorzystał swoją fortunę do sformowania całego pułku kawalerii, który szybko okazał się na froncie zachodnim bezużyteczny. Miał jednak jeszcze jedno kluczowe doświadczenie – wcześniej nadzorował budowę tuneli pod Manchesterem, gdzie zetknął się z technikami kopania w miękkiej gliniastej glebie. Specjalizujący się w tych pracach robotnicy zwani byli kretami. W obliczu wojny, która nie chciała się skończyć przed Bożym Narodzeniem i przybierała nieznane dotąd oblicze, 15 grudnia Norton-Griffiths napisał list do War Office, zachęcając do wykorzystania umiejętności kretów na nowoczesnym polu walki.

Po drugiej stronie frontu Niemcy również szukali sposobów na podkopanie pozycji przeciwnika. Już 20 grudnia podczas walk pod Givenchy zdetonowali minę – dziesięć ładunków po 50 kg każdy w tunelu wykopanym pod pozycjami zajmowanymi przez kolonialne oddziały brytyjskie. Według relacji po jednej kompanii nie został żaden ślad. Dopiero 17 lutego 1915 roku Norton-Griffiths przekonał brytyjską radę wojenną do stworzenia specjalnych drużyn kretów, które miały zejść w głąb francuskiej i belgijskiej ziemi.

Mieli zamienić ryzyko okopów na ryzyko brutalnej wojny podkopów. Pierwsi ochotnicy trafili do Francji już tydzień później. Kolejne lata przynosiły coraz większą eskalację brytyjskiego udziału w tej podziemnej wojnie. Drużyny górnicze rozrosły się do licznych kompanii.

W lipcu 1916 roku brytyjska armia posiadała ich już 33, z czego tylko część nazywano faktycznie kretami. Kanadyjczycy dorobili się przezwiska bobrów. Rosły też ładunki detonowane przez kretów – tunele z kilkudziesięciometrowych rozrastały się do tych mających kilkaset metrów. Akcje minerskie stawały się wielkimi operacjami górniczymi.

Dla kontekstu: Niemcy pod Givenchy użyli w sumie 500 kg ładunków i wyeliminowali jedną kompanię piechoty. Wiosną 1916 roku przed bitwą nad Sommą Brytyjczycy wzięli na celownik niemieckie pozycje na grani Hawthorn pod Beaumont-Hamel. Tylko pod tą jedną granią rozłożyli ładunki o wadze 18 ton. Stacjonujący tam niemiecki 119.

rezerwowy pułk piechoty poniósł w wyniku eksplozji straty około 300 ludzi. Te próby przełamania impasu były jednak nadal niedoskonałe. Somma oznaczała wiele rekordów brytyjskiej armii – od liczby wystrzelonych pocisków artyleryjskich po poniesione straty. Wiązała się też z detonacjami ogromnych ładunków podziemnych i wykorzystaniem czołgów.

Każdy z tych pomysłów doczekał się dalszej eskalacji i udoskonaleń w 1917 roku. Wojna miała powrócić w regiony zryte działaniami wojennymi w 1914 i 1915 roku. Ieper – miejsce dwóch wielkich bitew, z jesieni 1914 i wiosny 1915. Miasto kojarzone przede wszystkim z pierwszym użyciem gazów bojowych, choć nie do końca zgodnie z prawdą.

Tamtejsza linia frontu od połowy 1915 roku była już właściwie utrwalona. Wielką przesadą byłoby nazwanie tego odcinka spokojnym, ale potwierdzał on uproszczoną wizję I wojny światowej – wizję wojny okopów. Dziesięć kilometrów na południe od Ieper cierniem w brytyjskim boku były niemieckie fortyfikacje na wzniesieniach w okolicach wsi Messines, przez Niemców nazwane Wybrzuszeniem Wijtschate. Norton-Griffiths już w maju 1915 roku pozostawił w swoim dzienniku wpis: “Analiza map okopów pozwala sądzić, że gdyby działania minerskie skoncentrowano pod Wijtschate, być może najbardziej użyteczny program zaminowania mógłby w znacznym stopniu pomóc w wyprostowaniu naszej linii.

Miny powinny być w stanie przełamać linię w około sześciu określonych punktach. ” Pierwsze prace rozpoczęły się latem 1915 roku jako niepowiązane ze sobą próby zdemolowania pozycji wroga. Norton-Griffiths stopniowo stawał się raczej twarzą projektu, nad którego szczegółami pracował pułkownik Napier Harvey. We współpracy z kapitanem Cecilem Cropperem, dowódcą 250.

kompanii, nakreślili plan dalekosiężny – plan największego minerskiego ataku w historii. Zakładał on wkopanie się głęboko pod wzgórze Messines i eksplozję jednocześnie w pięciu punktach. Głębokość była kluczowa, bo w tym regionie na głębokości kilkunastu metrów czekała warstwa piaszczystej ziemi, w której poprowadzenie długich tuneli było niemożliwe. Dopiero głębiej znajdowała się charakterystyczna błękitna glina.

Rozwiązaniem problemu zajął się Cropper. W wyniku badań, nieraz prowadzonych po omacku, zauważył, że na tyłach frontu warstwa gliny sięgała bliżej powierzchni. Odpowiednio lawirując, można było wykopać szyby i od nich ciągnące się bardzo długie tunele pod brytyjskimi i niemieckimi pozycjami. Koszt był ogromny – niektóre tunele musiałyby mieć nawet 600 metrów długości.

Po burzliwej dyskusji na początku 1916 roku plan został zaakceptowany. Front we Flandrii wadził Brytyjczykom, którzy zakładali, że jednym z najbliższych celów militarnych powinno być odrzucenie Niemców od morza i portów w Belgii. Zwinięcie niemieckich linii na północy miało rozpocząć się właśnie pod Messines, podczas gdy połączona francusko-brytyjska ofensywa nad Sommą miała odpowiadać za drugi cios zaplanowany na 1916 rok. Tyle że w lutym 1916 roku rozpoczęła się bitwa pod Verdun, która skutecznie odciągnęła francuską uwagę.

Perspektywa faktycznego ataku na Messines oddalała się. Do tego w marcu 1916 roku Norton-Griffiths wybrał się do Rumunii, aby wprowadzić w życie plan utrudnienia Niemcom zdobycia rumuńskiej ropy naftowej. Harvey i Cropper jednak nadal mieli na oku swój cel – cel niezwykle odległy, wręcz szalony w swoim rozmachu. Z czasem wizja ataku na wybrzuszenie niemieckich linii osiągnęła poziom 25 wielkich ładunków wybuchowych.

Od akceptacji pierwszego planu w styczniu 1916 roku do zobaczenia efektów finalnej wersji musiało minąć 18 miesięcy. Najlepsze kompanie osiągały tempo kopania 50 metrów tygodniowo. Cała operacja podlegała bardzo surowym zasadom zachowania ciszy. Po nieudanych eksperymentach z maszynami krety musiały wrócić do podstaw i pracować ręcznie.

Mimo to już 7 marca sfinalizowano pierwszy podkop o długości 130 metrów pod okopy nazwane Bird Cage na południowym krańcu planowanych działań. Jamy na końcu tunelu wypchano 9 tonami ładunków wybuchowych. Podziemne ładunki pod Messines składały się z dwóch substancji – amonalu i nitrocelulozy, z dominującym amonalem. Amonal wzbudzał zaufanie saperów, bo był bardzo trudny do pobudzenia, a więc niełatwo było wywołać jego przypadkową eksplozję.

Martwić mogła jednak wrażliwość amonalu na wilgoć. Dlatego miny składały się z licznych cynowych pojemników wypchanych substancją, a te wypełniały skrzynie. Saperzy musieli uzbroić się w anielską cierpliwość – wszystkie miny miały zostać zdetonowane jednocześnie. Od lutego wzrok kierował się na południe, pod Verdun, a od 1 lipca w rejon miasta Albert, gdzie rozpoczynała się ofensywa nad Sommą.

Prace minerskie pod Messines trwały nieustannie, ale dopiero ostateczne zatrzymanie walk na południu otwierało drogę do finalnej realizacji planu usunięcia wybrzuszenia. Bitwa nad Sommą kończyła się wielkim kacem 18 listopada, a do tego czasu saperzy pod Messines rozłożyli już 19 ładunków, w tym miny-kolosy. Od 18 października mina The Caterpillar – 32 tony. Pod młynem Spanbroek od 26 czerwca – 41 ton.

Pod Saint Eloi od 1 czerwca – 43,5 tony. Ta ostatnia, przygotowana przez kanadyjskie bobry, do dziś pozostaje największym w historii podziemnym ładunkiem wykorzystanym na wojnie. Ledwie pięć dni po zakończeniu bitwy nad Sommą brytyjski gabinet wojenny stwierdził jednoznacznie: “Kwestia wyparcia wroga z wybrzeża belgijskiego jest sprawą najwyższej wagi. ” Wtedy głównodowodzący brytyjskich sił ekspedycyjnych generał Douglas Haig odkurzył kilka wstępnych projektów ataku na pozycje niemieckie pod Messines.

Do tej pory jednak brytyjskie i francuskie siły miały wyprowadzić kolejną kombinację ciosów pod Arras i w Szampanii. Co na to wszystko Niemcy? Nigdy nie zdawali sobie sprawy ze skali podziemnych działań pod Messines, choć przez cały 1916 rok prowadzili liczne akcje kontrujące, tak zwane miażdżenia tuneli brytyjskich. Z tego powodu na pewnych odcinkach wykrycie obecności Niemców prowadziło do wielotygodniowych przestojów w pracy kretów, aby uśpić czujność wroga i nie utracić całej wykonanej pracy.

Nie mogło się obejść bez strat. Pod pozycjami Petit Bois Niemcy w czerwcu 1916 roku zdetonowali własne miny, co doprowadziło do zawalenia 80 metrów tunelu i utraty 11 z 12 pracujących wówczas ludzi. Do końca roku niemieckim saperom udało się jeszcze kilkukrotnie zawalić pojedyncze tunele. Doświadczenia niemieckiej obrony dawały do myślenia.

Niemcy coraz poważniej podchodzili do koncepcji obrony w głąb, w której pierwsze linie są realnie nie do utrzymania. Wiosną 1917 roku skrócili front, wycofując się na linię Hindenburga. Kiedy w kwietniu 1917 roku rozpoczynały się walki na południu, niemiecki generał Hermann von Kühl zaproponował, aby pozycje pod Messines również opuścić, argumentując to ukształtowaniem terenu, które skazywałoby niemieckie siły na bardzo celny ostrzał brytyjskiej artylerii. Na tej linii stacjonowały wówczas cztery uzbrojone po zęby niemieckie dywizje wchodzące w skład 4.

Armii. Większość sztabu armii odrzuciła jednak pomysł von Kühla, opierając się na optymistycznych rachubach. Jednym z głównych pytań niemieckich planistów było, czy wybrzuszenie jest podatne na atak podziemny. Na tym odcinku frontu oficerem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo podziemne był od września 1916 roku Oberst Otto von Füsslein.

Kontrujące działania niemieckich saperów nie ustawały. Dochodziło też zagrożenie z powierzchni – 9 kwietnia niemiecki wypad dostał się na tyły brytyjskich pozycji i obrzucił jeden z szybów ładunkami wybuchowymi. Niemcy przez ostatnie tygodnie przed ofensywą nieustannie wahali się w ocenie podziemnego ryzyka, ale pewne sukcesy w zwalczaniu brytyjskich podkopów najwyraźniej uśpiły ich czujność. Z drugiej strony działania kretów miały wielki rozmach – część pomniejszych, wyżej położonych tuneli została pomyślana jako forma zmylenia przeciwnika.

W rzeczywistości niektóre miny umieszczono na głębokości nawet 40 metrów, nieosiągalnej dla niemieckich saperów. 30 kwietnia 1917 roku na konferencji dowództwa grupy armii Północ von Füsslein wyraził opinię, że w wyniku ostatnich operacji zagrożenie ze strony podkopów jest nieprawdopodobne. Na początku maja założył jednak, że w wypadku ataku trzeba by się liczyć z pewnymi eksplozjami, ale ryzyko dla potencjału obronnego miało być niewielkie. W ostateczności zakładano, że przy nowym podejściu do obrony w głąb straty na pierwszej linii nie będą druzgocące.

Być może gdyby Niemcy wiedzieli, jak wycofanie się na linię Hindenburga ograniczy potencjał ofensywy Nivelle’a, podjęliby inną decyzję. Ani pod Arras, ani w Szampanii siły ententy nie odniosły znaczących sukcesów. W odpowiedzi generał Haig postanowił uruchomić detonator na nieco zapomnianym froncie. 7 maja 1917 roku zdecydował, że niemiecki front zawali się od ataku na wybrzuszenie pod Messines.

Start ofensywy określił na 7 czerwca. Do tego czasu saperzy musieli sfinalizować ostatnie podkopy – pod gospodarstwem Maedelstede 43 tony ładunku i pod gospodarstwem Ontario 27 ton. Ten ostatni sfinalizowano właściwie rzutem na taśmę dopiero 6 czerwca, w atmosferze gęstniejącej grozy. Brytyjska artyleria już od maja rozpoczęła wstępne ostrzeliwanie niemieckich pozycji.

Tylko od 26 maja do 6 czerwca wystrzelono na wybrzuszenie 3,5 miliona pocisków. Niemcy, między innymi z pomocą zwiadu lotniczego, odnotowali kumulację brytyjskich wojsk. Nerwowość udzielała się po obu stronach. Wśród brytyjskich kretów dotyczyła przede wszystkim dwóch kwestii – ostatecznego przygotowania przewodów do detonacji ładunków i tego, czy owe ładunki nie zawiodą, skoro część z nich leżała w wilgotnych gliniastych tunelach od ponad roku.

Popołudniem 6 czerwca 1917 roku generał Tim Harrington zaprosił przedstawicieli prasy na specjalną konferencję. Ujawnił im plany porannego ataku na wybrzuszenie pod Messines. Na pytanie o szansę, czy nowa ofensywa doprowadzi do przełomu w wojnie, odpowiedział: “Panowie, nie wiem, czy jutro zmienimy bieg historii, ale z pewnością zmienimy geografię. ”

W nocy z 6 na 7 czerwca wszystko było gotowe na największą eksplozję wywołaną przez człowieka.

Brytyjczycy mieli rzucić do ataku 12 dywizji, przygotowanych taktycznie tak dobrze, jak tylko było to możliwe. Żołnierze o 3:00 rano ustawili się na pozycjach. Saperzy czuwający w 11 punktach mieli dokładnie o 3:10 odpalić wszystkie ładunki. Finalnie stanęło na 19 minach, na które składało się w sumie ponad 400 ton ładunków wybuchowych.

Żaden z ładunków nie zawiódł. O 3:10 rozpoczęło się straszne widowisko przygotowywane od wielu miesięcy. Major Brian Frayling wspominał: “Mieliśmy obserwować, co stanie się ze Spanbroekmolen, miną o nazwie Ontario Farm i grupą min o nazwie Kruisstraat. Towarzyszyło mi dwóch podwładnych.

Czekaliśmy w całkowitej ciemności. Kiedy nadeszła godzina zero, martwiłem się, bo niektóre miny leżały w bardzo wilgotnej ziemi przez prawie rok. Materiałem wybuchowym był amonal, który nie wybucha, gdy jest mokry. Był umieszczony w lutowanych wodoodpornych puszkach, ale zastanawialiśmy się, jak się sprawdzi.

Pierwszą rzeczą, jaką poczuliśmy, było potężne drżenie ziemi. To było naprawdę niesamowite. Potem zobaczyliśmy płomienie. Pierwsza wybuchła Kruisstraat, a Spanbroekmolen prawie jednocześnie z nią.

Z 24 min naliczyłem 20, faktycznie 19. A niektóre z nich były tak blisko siebie, że wyglądały jak jedna, ale na obszarze kilku kilometrów ze wschodu na zachód wybuchały wszystkie. ”

Korespondent Philip Gibbs opisał to wydarzenie literacko: “Najbardziej diaboliczny spektakl, jaki kiedykolwiek widziałem. Z ciemnych grzbietów Messines i Wijtschate oraz niesławnego wzgórza 60 wytrysnęły ogromne strumienie szkarłatnego ognia z eksplodujących min, ziemi i dymu, rozjaśnione płomieniem rozlewającym się na góry o intensywnym kolorze.

Cała okolica została oświetlona czerwonym światłem. W miejscu, gdzie niektórzy z nas stali przerażeni i zahipnotyzowani tym piekielnym widokiem, ziemia drżała i gwałtownie falowała w te i z powrotem. Naprawdę ziemia się trzęsła. ”

Niemcy zgadzali się co do piekielnego efektu eksplozji.

Pewien porucznik ze 126. pułku piechoty opisywał: “Ziemia zadrżała i zachwiała się, a potem nastąpiło gwałtowne wstrząśnięcie. Wartownik został rzucony na obwałowanie, inny został wyrzucony ponad parapet. Schrony zawaliły się, grzebiąc i miażdżąc tych, którzy byli w środku.

Nagle otoczyła nas ciemność, a powietrze wypełniło się ziemią i pyłem. Z nieba spadały ogromne grudy ziemi, drewno, druty kolczaste, ludzkie kończyny i całe ciała. Wszystko wirowało w chaosie. Okopy zostały zrównane z ziemią przez spadające rumowisko.

Ci, którzy nie mogli się wykopać, udusili się. Anglicy wysadzili minę. ”

Bezpośrednim efektom eksplozji mieli przyjrzeć się żołnierze, którzy chwilę później ruszali do ataku na pozycje od dwóch lat wydające się nie do zdobycia. Jeden z czołgistów, Frederick Collins, opisywał: “O 4:00 nad ranem staliśmy tam w naszych kombinezonach i z rewolwerami w ręku.

Nasz dowódca kazał nam wysiąść z czołgu i wejść do niewielkiego okopu po stronie Australijczyków. Wtedy rozpoczęło się bombardowanie i wybuchła mina. Był to potężny huk. Widzieliśmy płomienie.

Wskoczyliśmy do czołgu i ruszyliśmy. A gdy jechaliśmy, mgła się uniosła. Kontynuowaliśmy jazdę cicho. Po wybuchu miny uciekli jak zające.

W końcu dotarliśmy do miejsca oddalonego o 20 jardów od miejsca wybuchu miny. Wszędzie panowała cisza. Thompson powiedział: ‘Wysiądźmy i rozejrzyjmy się’. Więc wysiedliśmy z czołgu i podeszliśmy do ogromnego krateru.

Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Nie uwierzyłbym, że ładunki wybuchowe mogą coś takiego zrobić. Naliczyłem około 150 Niemców leżących tam martwych. Wszyscy w różnych pozycjach.

Niektórzy jakby rzucali granat. Inni nadal z bronią na ramieniu. Mina zabiła ich wszystkich. Nasza załoga stała tam przez około 5 minut i patrzyła.

To dało nam do myślenia. Ta mina wygrała bitwę, zanim się rozpoczęła. Spojrzeliśmy na siebie, gdy odchodziliśmy. A ten widok pozostał z nami na zawsze.

Widok ich wszystkich leżących tam z otwartymi oczami. ”

Był to jeden z wielu kraterów na całej długości niemieckich linii, ale największe wrażenie robiły eksplozje mające po więcej niż 40 ton ładunku. Siła wybuchów była tak wielka, że wyrzucała gruz na pozycje brytyjskie, zabijając wielkimi odłamkami żołnierzy, którzy ruszali właśnie do ataku. Z perspektywy strategicznej był to koszt warty poniesienia.

Natychmiast po eksplozji min rozpoczął się ostrzał artyleryjski, a równolegle do przodu ruszyło 80 000 brytyjskich żołnierzy. O 7:00 rano miejscowość Messines znajdowała się już w rękach ententy. Do godziny 9:00 bitwa wyglądała na jednoznaczne zwycięstwo sił sprzymierzonych. Misja kretów została wykonana.

Nie oznaczało to jednak końca dnia walk. Wręcz odwrotnie. Ale trzeba zadać pytanie, jaki był naprawdę efekt tych prac trwających 18 miesięcy. Ta największa do tej pory eksplozja w historii bezpośrednio oszczędziła wiele żyć brytyjskich żołnierzy.

Planiści zakładali, że pierwsza fala poniesie straty na poziomie 50%. W rzeczywistości w pierwszych godzinach mało kto z Niemców był w stanie stawiać opór. Tak nagłe unicestwienie całej linii obronnej pozostawało niezwykłym wyczynem. Niezależnie od późniejszych starć, Niemcy nawet długo po wojnie pozostawali pod wrażeniem tego wstrząsu.

Erich von Ludendorff w swoich wspomnieniach zapisał: “Gdyby nie wyjątkowo potężne miny użyte przez Brytyjczyków, które utorowały im drogę do ataku, udałoby nam się utrzymać pozycję. Psychologiczny efekt wybuchów był po prostu druzgocący. W kilku miejscach nasze oddziały wycofały się przed natarciem piechoty wroga. 7 czerwca zapłaciliśmy wysoką cenę, a sukces ataku wroga spowodował znaczne uszczuplenie naszych rezerw.

Ale jakie straty u Niemców bezpośrednio wywołała ta wielka eksplozja 19 ładunków? Na początku podaliśmy często cytowane dane – niemiecka armia miała doliczyć się tego dnia 10 000 zaginionych. Czy naprawdę oznaczało to, że od samych wybuchów zginęło 10 000 żołnierzy? Historycy starali się oszacować niemieckie straty poniesione tego dnia.

Jedna z tabel wskazuje na 20 000 żołnierzy tylko 7 czerwca 1917 roku, z których 10 000 bezpowrotnie zaginęło. Stąd wzięła się imponująca liczba strat w wyniku samej eksplozji min. Alexander Barrie w swojej książce “War Underground” zapisał właśnie 10 000 zaginionych i 7500 wziętych do niewoli Niemców, i to wszystko poza oficjalnie naliczonymi poległymi. Doliczanie zaginionych jako zabitych od wielkiej eksplozji było niby naturalną konsekwencją.

Kiedy porucznik Brian Frayling miał później okazję przyjrzeć się kraterowi w miejscu młyna Spanbroek, twierdził, że nie mógłby nawet oszacować, ilu ludzi zginęło od tej eksplozji. W wyniku siły wybuchu odnajdywano tam jedynie najdrobniejsze części ciał. Największym z tych kawałków miała być oderwana stopa z nadal nałożonym butem. Na wyobraźnię działała groza, że poza nieszczęśnikami rozerwanymi na kawałki kolejne tysiące zostały przygniecione przez setki ton ziemi.

Ale współcześni badacze wskazują, że mogło dojść do podwójnego liczenia – że realnie spośród tych 10 000 zaginionych właśnie 7500 trafiło do niewoli. Krytykiem liczby 10 000 zabitych jest przede wszystkim Simon Jones, specjalista w temacie i autor nowych książek o podziemnej I wojnie światowej. Jego ocena jest ważna, bo uznaje, że to Niemcy odpowiadali za wzbogacenie legendy min i przerysowanie ich znaczenia. W tej interpretacji wizja podstępu miała być dla Niemców bardziej strawna niż zaakceptowanie tego, że wcześniejsze plany wycofania się z pozycji pod Messines były zasadne.

Jones ostatecznie szacował, że tego dnia zginęło mniej niż 3000 Niemców, z których większość poległa jednak od niezwykle intensywnego ognia artylerii. Pamiętajmy, że towarzyszący szturmowi posuwający się atak artyleryjski niemiłosiernie tłukł coraz dalsze niemieckie tyły, na które wycofywali się oszołomieni żołnierze. Spinałoby się to z szacunkami niemieckich oficerów, głównie Ottona von Füssleina, a także z nowymi formami obrony – nieobsadzaniem pierwszych linii okopów wszystkimi dostępnymi ludźmi, ale trzymaniem ich w rezerwie. Füsslein mógł zakładać, że miny nie doprowadzą do jednoznacznego zniszczenia umocnień i że kolejne linie niemieckie będą gotowe do załatania frontu i przeprowadzenia kontrataków.

Czego Niemcy się nie spodziewali, to skali podziemnej operacji. Ta była faktycznie niewyobrażalna, ale trzeba przyznać, że 18-miesięczna operacja musiała pozostać unikatem nawet na skalę frontu zachodniego. Z różnych przyczyn operacyjnych wybrzuszenie pod Messines leżało na terenie długo nieobjętym żadnymi ruchami, czy to w jedną, czy drugą stronę. Ale nawet tutaj, w wyniku pewnych korekt frontu nieco dalej na południe, kilka wielkich ładunków nigdy nie zostało wykorzystanych, bo do czasu przeprowadzenia akcji leżały już pod brytyjskimi pozycjami.

Brytyjczycy, choć w ciągu kilku dni osiągnęli spory sukces i zadali Niemcom poważne straty, sami wykrwawili się w dalszych walkach trwających od 8 czerwca, kiedy Niemcy otrząsnęli się z pierwszego oszołomienia. Ostatecznie w bitwie obie strony zadały sobie straty w ludziach w stosunku 1:1, ale w obliczu nieuniknionego napływu amerykańskich żołnierzy do Europy oznaczałoby to umęczony koniec armii niemieckiej. Czy ten materiał opisywał przygotowania do eksplozji tak wielkiej, że rzuciła nam ziemię w oczy i utrudniła realną ocenę sytuacji? Prawdopodobnie tak.

Bitwa pod Messines ujawniała po raz kolejny inny problem I wojny światowej na zachodzie – niemoc nie tyle w przełamaniu pierwszych linii, do czego przecież regularnie dochodziło, ale niemoc w głębokim operacyjnym wykorzystaniu przełamania. Efekt Messines nazywany jest zenitem wojny oblężniczej. Takiej skali niemal średniowiecznej metody podkopu nie dałoby się już powtórzyć. Niemcy, umniejszając ryzyko pod Messines, wiedzieli, że ta epoka zbliża się do końca.

Wszystkie strony konfliktu od 1914 roku przeszły szokującą rewolucję. Korzystano z karabinów maszynowych, artylerii, udoskonalono taktykę piechoty, a niebawem pod Cambrai doszło do skutecznego użycia czołgów. Żołnierze z obawą zaczynali patrzeć w powietrze, wypatrując samolotów.

A w 1918 roku wojna na zachodzie ostatecznie miała uwolnić się z piekła okopów – z katastrofalnym skutkiem.