Siedziałem w gabinecie, przeglądając pożółkłe wspomnienia niemieckich generałów, i nagle trafiłem na zdanie, które mrozi krew: „Trzeba wreszcie rozwiązać kwestię polską”. To napisał człowiek,…

Siedziałem w gabinecie, przeglądając pożółkłe wspomnienia niemieckich generałów, i nagle trafiłem na zdanie, które mrozi krew: „Trzeba wreszcie rozwiązać kwestię polską”. To napisał człowiek,...

Po wojnie Otto Skorzeny zapisał bez żenady: „Największym błędem Hitlera była wiara w wojnę ograniczoną w czasie i przestrzeni. Kiedy rozpoczął wojnę z Polską, aby przywrócić Rzeszy niemieckie miasto Gdańsk, nie przypuszczał, że rozpoczął drugą wojnę światową”. Ale czy to naprawdę był największy błąd Hitlera? Fanatyzm Skorzenego możemy zrzucić na jego esesmańskie korzenie.

Thumbnail

Jednak 85 lat po niemieckiej agresji na Polskę warto zadać sobie pytanie: co naprawdę myśleli niemieccy oficerowie i generałowie o ataku na II Rzeczpospolitą? Jak tłumaczyli się z agresji? I co ich opinie mówią o stanie niemieckiego wojska w 1939 roku? Musimy zacząć od końca – od tego, jak po wojnie niemieccy oficerowie tłumaczyli się ze swojej postawy w sierpniu i wrześniu 1939 roku.

Podczas procesów norymberskich jedną z głównych linii obrony była wierność rozkazom i osobistej przysiędze. Feldmarszałek Gerd von Rundstedt odpowiadał na pytanie, czy oficerowie byli tylko wykonawcami rozkazów: „Nie widzę nic godnego pogardy w tym, że wykonywaliśmy nasz obowiązek. To kwestia punktu widzenia. Strona polityczna oficera nie obchodzi.

Wykonuje on swoją wojskową pracę, jaką przydzielili mu przełożeni”. W tej wizji niemieccy oficerowie byli po prostu profesjonalistami, którzy wykonywali rozkazy. Ale czy na pewno ścieżki Wehrmachtu i polityki nie przenikały się w żadnym stopniu? Albert Kesselring, o którym ostatnio było sporo na kanale, tak wspominał kontekst rozbudowy Wehrmachtu w 1937 roku: „Nie myśleliśmy o wojnie.

Byłem przekonany, że w silnym Wehrmachcie, a przede wszystkim w przeważającej sile Luftwaffe, leży gwarancja pokoju. Niemniej jako żołnierz musiałem uwzględniać możliwość niekorzystnego rozwoju sytuacji. Istniejące warunki terytorialne, połączenia komunikacyjne między Prusami Wschodnimi a Rzeszą stanowiły ciągły powód do tarć. Należało się liczyć z tym, że dalsze odwlekanie zasadniczego uregulowania tych kwestii mogło spowodować wybuch”.

Kesselring nawiązuje oczywiście do granic wytyczonych po I wojnie światowej traktatem wersalskim i zmodyfikowanych w wyniku powstań śląskich. Prezentuje tu jednak konkretne poglądy polityczne – konieczność zasadniczego uregulowania wschodniej granicy Niemiec. Trzeba pamiętać, że ta rewizjonistyczna narracja nie była wyjątkowa dla nazizmu. Kontynuowała wątki obecne w Republice Weimarskiej od samego początku.

To właśnie w propagandzie Republiki Weimarskiej Polska stała się „białym wilkiem” na wschodniej granicy. Dążenie Hitlera do rewizji traktatu wersalskiego nie wzbudzało kontrowersji – wręcz przeciwnie. Erich von Manstein: „Było dla nas oczywiste, że Hitler z żelazną wolą i fanatyzmem zmierza do rozwiązania ostatnich spornych kwestii terytorialnych narzuconych Niemcom w traktacie wersalskim. Polska była dla nas źródłem goryczy, ponieważ na podstawie dyktatu wersalskiego zaanektowała ziemie niemieckie, do których nie mogła rościć pretensji ani na podstawie racji historycznych, ani prawa narodów do samostanowienia.

Nasze rozważania wojskowe w tej sprawie korespondowały z koncepcjami politycznymi. Gdyby Polska nas zaatakowała, a nam udało się odeprzeć atak, wtedy naturalnie przed Rzeszą pojawiłaby się szansa przeprowadzenia rewizji naszych nieszczęsnych granic środkami politycznymi”. Brzmi to tak, jakby Niemcy liczyli, że Polska w końcu da się sprowokować. Faktycznie zarówno Wilhelm Keitel, jak i Manstein w swoich wspomnieniach skupiali się mocno na środkach obronnych na granicy z Polską.

Jakoby Hitler do ostatniej chwili zakładał, że wojna nie jest konieczna, a prawdziwe zagrożenie leży po stronie polskiej. „W każdym razie do wiosny 1939 roku Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych nigdy nie pracowało nad planami ataku na Polskę. Wszystkie przedsięwzięcia wojskowe podejmowane do tego czasu miały wyłącznie obronny charakter. Od początku lata prowadzono gorączkowe prace nad zbudowaniem z rozkazu Hitlera tak zwanego Wału Wschodniego”.

Po co więc takie nakłady sił i środków na fortyfikacje, gdyby Hitler rzeczywiście zamierzał zaatakować Polskę? Czy była to ledwie kolejna psychologiczna zagrywka Hitlera, który lubił stawiać podwładnych przed faktami dokonanymi? Musiał zakładać, że jeśli doprowadzi do eskalacji wydarzeń na granicy z Polską, to ostatecznie generałowie ruszą do ataku w „wojnie obronnej”. Manstein nie był jedynym, który trzymał się koncepcji tej „wojny obronnej” Rzeszy.

Admirał Erich Raeder, zeznając w Norymberdze 15 maja 1946 roku, tłumaczył, że odbudowa marynarki wojennej podyktowana była zagrożeniem ze strony Polski, a nie chęcią konkurowania z Wielką Brytanią. 17 maja podkreślił, że plany ataków na Czechosłowację i Polskę były kwestiami bezpieczeństwa. Georg-Hans Reinhardt w 1948 roku, oczekując na proces, zapisywał swoje doświadczenia z kampanii przeciw Polsce. Bez krztyny ironii pisał o zagrożeniu ze strony Polski, a Hitlera przedstawiał jako rozjemcę, który chciał w pokojowy sposób rozwiązać problem granic.

Wilhelm Keitel zapisał, będąc już w niewoli: „W maju 1939 roku ukazała się dyrektywa Führera dotycząca przygotowania na wypadek wariantu białego, połączona z żądaniem Hitlera, aby najpóźniej do 1 września być gotowym do przejścia do stanu wojennego i kontrataku na Polskę, gdyby jej postawa okazała się bezkompromisowa”. Użył słowa „kontratak” – i to nie ironicznie. Alfred Jodl zeznawał, jakoby Hitler chciał faktycznie tylko rozprawić się z Polską, a kolejne wojny były następstwem konieczności. Prezentował uniwersalne stanowisko, że agresja na Polskę była logiczna z niemieckiego punktu widzenia.

Nawet feldmarszałek Werner von Blomberg, człowiek odsunięty z Wehrmachtu w 1938 roku, w Norymberdze twierdził, że wojna przeciwko Polsce była następstwem niefortunnego traktatu wersalskiego, a co za tym idzie – hańby przegranej wojny światowej. Nawet spiskowcy dążący do zamachu na Hitlera w 1944 roku latem 1939 roku nie kryli pewnego entuzjazmu. Erich Hoepner w liście do żony pisał: „Trzeba wreszcie rozwiązać kwestię polską”. Wszystko wskazuje na to, że niezależnie od tego, czy generałowie pochodzili z Naczelnego Dowództwa jak Keitel, z Luftwaffe jak Kesselring, z wojsk lądowych jak Manstein czy Guderian, czy z marynarki jak Raeder – panowała absolutna zgoda, że temat Polski był kluczowy dla bezpieczeństwa Niemiec i należało go rozwiązać.

Coraz lepiej możemy zrozumieć tę naturalną skłonność, tę gotowość Niemców do wkroczenia do Polski. Zwróćcie uwagę na język, na słownictwo, którego używali niemieccy oficerowie: „hańba”, „kontratak”, „dyktat”. Wszystko to nacechowane jest wartościowaniem. Oczywiście równie ważne jest to, co Niemcy pisali i myśleli o Polakach.

Albert Kesselring: „Wojskowi wiedzieli, że staną naprzeciw silnego, dobrze wyszkolonego i w 1939 roku dobrze uzbrojonego, a przy tym fanatycznego i skłonnego do najbardziej drastycznych środków przeciwnika”. Generał Franz Halder, po wojnie jeden z twórców mitu „czystego Wehrmachtu”, już wiosną 1939 roku nie miał złudzeń, że zniszczenie Polski musi nastąpić w rekordowym czasie. Uspokajał podwładnych, że armia polska, choć piąta co do rozmiaru w Europie, składa się z „najgłupszych żołnierzy”. Manstein miał nawet czelność sugerować, że Polacy nie zdawali sobie sprawy, w jakim są niebezpieczeństwie: „W Polsce nigdy nie uświadamiano sobie niebezpieczeństwa sytuacji, w jakiej znalazł się ten kraj wskutek swoich nieuzasadnionych roszczeń terytorialnych”.

Panie Manstein, co to było za niebezpieczeństwo? Nazwij je głośno. Poza tym ten sympatyczny dziadunio Halder podkreślał: „Polska musi zostać nie tylko powalona, ale jak najszybciej zlikwidowana”. Ten język jest oczywiście bardzo zbliżony do tego, co głośno wyrażał sam Hitler.

To właśnie 22 sierpnia Hitler spotkał się z wybranymi dowódcami i przedstawił im wizję nadchodzącej wojny z Polską. Przemowę Hitlera znamy tylko z relacji z drugiej ręki, ale bezsprzecznie oznaczała ona, że Hitler od samego początku zakładał wojnę okrutną. Jeden z cytowanych fragmentów mówił: „Wydałem rozkaz i każę rozstrzelać każdego, kto wyrazi choć jedno słowo krytyki. Celem wojny nie jest osiągnięcie jakiejś linii geograficznej, ale fizyczna eksterminacja wrogów”.

Manstein tak komentował to wystąpienie: „Wbrew zarzutom podniesionym przez oskarżenie w procesie norymberskim, moim zdaniem w omawianym wystąpieniu Hitlera nie było mowy o tym, że w razie ewentualnego wybuchu konfliktu zbrojnego z Polską będziemy dążyć do jej całkowitej zagłady. Jeśli Führer żądał szybkiego i bezwzględnego zniszczenia wojsk polskich, to należało to rozumieć jako wyznaczenie celu, który wszakże leży u podstaw każdej dużej operacji zaczepnej”. Co za specyficzne ominięcie językowe: „operacja zaczepna”, a nie „obronna”. Zdecydujcie się.

Trzeba przyznać, że Manstein z czasem stracił tę uważność i już w ogóle nie odnosi się w trakcie opisu kampanii do tego, jakoby była to operacja obronna. Weźmy oddech i zbierzmy wnioski. Wygląda na to, że w niemieckiej kadrze oficerskiej panowała pełna jednolitość poglądów, przynajmniej w temacie Polski. Skąd się ona wzięła?

Otóż wbrew temu, co twierdzili niektórzy bohaterowie tego odcinka, Wehrmacht został mocno upolityczniony, wręcz z nazyfikowany. Tytuł: „Narodowe i polityczne obowiązki dowódców”. Walter von Brauchitsch, następca zwolnionego w 1938 roku Wernera von Fritscha, zapowiadał zbliżenie między wojskiem a partią i jej ideologią. Przemawiał: „Siły zbrojne i narodowy socjalizm mają ten sam duchowy rdzeń.

W przyszłości wiele zdziałają dla narodu, jeśli pójdą za przykładem i nauką Führera. Nikt nie prześcignie korpusu oficerskiego w czystości i autentyczności narodowosocjalistycznych poglądów”. Faktycznie robiono wiele, by nie przegrać w tym wyimaginowanym wyścigu. Jeszcze latem 1939 roku w bawarskim kurorcie Bad Tölz organizowano letnie kursy dla oficerów.

W ramach tych zajęć skupiano się na ideologii partyjnej, kwestiach rasowych, a także na przedstawieniu europejskich przeciwników Niemiec. Oficerowie mieli tę wiedzę przekazywać w dół swoim podwładnym. Przykładowo w lipcu 1939 roku 10 Dywizja Piechoty wydała na własne potrzeby publikację o polskiej armii, kreśląc ją jako „optymistyczną, pełną temperamentu, namiętną i gościnną, ale także bardzo głupią i nieobliczalną”. To nie są jakieś największe obelgi, ale do tego dokładano jeszcze, że „u Polaków są wysoko rozwinięte nastroje nacjonalistyczne, silny szowinizm występujący na wszystkich poziomach społeczeństwa, objawiający się pogardą wobec innych grup etnicznych oraz wysiłkami polonizacyjnymi”.

Tak przyganiał kocioł garnkowi. W ten nieraz subtelny sposób przygotowywano niemieckich żołnierzy do przyjęcia narracji o domniemanych prześladowaniach niemieckiej mniejszości w Polsce. Nie oznacza to jednak, że nazizm dopiero siał ziarno. Faktycznie zbierał owoce znacznie starszych uprzedzeń wobec Polski.

Cała polityka zagraniczna Hitlera oparta była na rewizji traktatu wersalskiego – rewizji, jakby nie patrzeć, bardzo skutecznej. Jeśli niemieccy oficerowie czerpali dumę z rozwiązania sprawy Czechosłowacji, dlaczego nie mieliby liczyć na wbicie ostatniego gwoździa do trumny Wersalu? Ta spójność poglądów faktycznie musiała mieć miejsce, bo jak wskazaliśmy wcześniej, nawet von Blomberg, zwolniony na równi z von Fritschem, trzymał się mocno koncepcji ataku na Polskę jako „niefortunnej konieczności”. Oczywiście nie oznacza to, że u niemieckich generałów nie pojawiała się obawa przed wybuchem kolejnej wojny.

Heinz Guderian wspominał: „Nie przystąpiliśmy do wojny beztrosko i nie było generała, który nie opowiadałby się za pokojem. Starsi oficerowie i wiele tysięcy mężczyzn przeżyło pierwszą wojnę światową. Każdy z nas myślał o matkach i naszych niemieckich żołnierzach oraz o ciężkich poświęceniach, jakie muszą ponieść, nawet jeśli wojna zakończy się pomyślnie”. Ale jakiej wojny naprawdę obawiali się niemieccy generałowie?

Czytajmy między zdaniami. Popatrzmy na kolejne fragmenty wspomnień Guderiana: „Gdyby nie pakt z Rosją, nie wiadomo, jaka byłaby reakcja armii na wybuch wojny. Oficerowie wiedzieli, co oznaczałaby wojna, gdyby nie ograniczyła się do kampanii przeciwko Polakom. Istniały podstawy do obaw”.

Guderian nawiązuje tutaj do paktu Ribbentrop-Mołotow. Oficerowie o porozumieniu ze Związkiem Radzieckim zostali poinformowani 22 sierpnia. Oficjalnie komunikowano te wydarzenia jako podpisanie paktu o nieagresji, ale tajne protokoły przypieczętowały los II Rzeczypospolitej. Czy to oznacza, że niemieccy generałowie nie tyle byli przeciwni samej wojnie, ile przeciwni wojnie, która mogłaby zakończyć się większą wojną z potęgami zachodnimi?

Wróćmy do Ottona Skorzenego: „Największym błędem Hitlera była wiara w wojnę ograniczoną w czasie i przestrzeni. Nigdy dotychczas mężowie stanu i dyplomaci nie doradzali tak źle. Kiedy rozpoczął wojnę z Polską, aby przywrócić Rzeszy niemieckie miasto Gdańsk, nie przypuszczał, że rozpoczął II wojnę światową”. Wilhelm Keitel: „Tego lata 1939 roku uznałem za swój obowiązek nie pozostawiać Hitlerowi żadnych wątpliwości, że zarówno sztab generalny, jak i jego czołowi generałowie podzielają najpoważniejsze obawy związane z możliwością wybuchu wojny”.

Ich wspomnienia o wojnie jako takiej były nie tylko zbyt pochlebne, ale uważali też armię za całkowicie nieprzygotowaną do wojny. Niebezpieczeństwo wojny na dwóch frontach uważali za szczególnie złowieszcze widmo. „Uznałem, że ważne jest, aby Hitler o tym wiedział, chociaż zdawałem sobie sprawę, że to tylko pogłębiłoby jego nieufność do generałów”. Czy pojawił się tu jasno wyrażony sprzeciw wobec ataku na Polskę?

Nie. Przy okazji Keitel przyznał, że żądania Hitlera wobec Polski były „rozsądne i umiarkowane”. Hitler tak umiejętnie manewrował uczuciami i logiką oficerów, prezentował się wewnętrznie jako zwolennik rozejmu, elastyczności dyplomacji i obrony. A jednak przecież już od dobrych dwóch lat Wehrmacht przechodził transformację, która wpływała na to, że pod presją miał pokazać swoje najgorsze oblicze.

Wróćmy do Keitla: „1 września nasza armia przypuściła planowany atak na froncie wschodnim o świcie. Nasze siły powietrzne przeprowadziły w Polsce pierwsze ataki bombowe na węzły kolejowe, ośrodki mobilizacji wojsk, a zwłaszcza na lotniska. Nie było formalnego wypowiedzenia wojny. Wbrew wszystkim naszym radom Hitler zdecydował się tego nie robić.

Faktem jest, że Hitler nigdy nie dał znać żadnemu z nas, żołnierzom, ani wtedy, ani później, w jakich warunkach byłby w stanie odwołać atak i zapobiec jego eskalacji do wojny na pełną skalę, w której brały udział także mocarstwa zachodnie. Zostaliśmy oszukani twierdzeniem, że ultimatum i wypowiedzenie wojny przez Wielką Brytanię i Francję 3 września było nieuzasadnioną ingerencją w nasze wschodnie sprawy – kwestiami, które Niemcy i Polska powinny rozwiązać między sobą i które nie miały żadnych konsekwencji ani dla Wielkiej Brytanii, ani dla Francji, ponieważ żaden z ich europejskich interesów nie był w żaden sposób zagrożony”. Keitel przedstawia więc kadrę oficerską jako oszukaną przez Hitlera. Ale dokładnie w jaki sposób zostali oszukani?

Powtórzmy, co przekonało generałów i Naczelne Dowództwo do poparcia planów agresji. Nic innego jak zapewnienie, że dzięki paktowi Ribbentrop-Mołotow Niemcy będą miały wolną rękę w rozwiązaniu kwestii polskiej. Hitler też uspokajał, że Wielka Brytania i Francja nie zdecydują się na wojnę. Czytajmy to jednak bardzo uważnie.

Wychodzi na to, że niemieccy generałowie nie mieli oporów przed wojną z Polską, dopóki ta wojna byłaby ograniczona w czasie i nie prowadziłaby do wojny światowej. Popatrzmy tylko na wspomnienia Hermanna Balcka: „W każdej wojnie agresor jest stroną przegrywającą. Oczywiście nie jestem pewien, czy naprawdę to nie angielska polityka zmusiła Hitlera do wojny. Hitler mógł nie do końca nadawać się do tej angloamerykańskiej gry politycznej.

Nigdy nie zmienił taktyki. Po zajęciu Pragi grał otwartymi kartami. Miał tę wadę, że nie znał innych obcych krajów. Błędnie zinterpretował angielską stabilność jako dekadencję.

Nie rozumiał też, że Anglia sprzeciwiała się jakiemukolwiek rodzajowi dyktatury w Europie nie z powodów idealistycznych, ale dlatego, że dyktatura jest nieprzewidywalna i Brytyjczycy nie czuli się komfortowo w kontaktach z dyktatorami. Sami taki mieli stosunek do Prus na długo przed I wojną światową. Choć podziwiali pruskie osiągnięcia, nie żywili dla Prus żadnej sympatii ani zrozumienia. Patrząc wstecz, można tylko żałować, że Hitler nigdy nie skorzystał z okazji, aby poznać Anglię, Amerykę i rozległe ziemie rosyjskie.

Cokolwiek osobiście widział i czego doświadczał, prawie zawsze interpretował poprawnie, lecz jakąkolwiek wiedzę, którą zdobył pośrednio, prawie zawsze interpretował błędnie”. Czego więc żałowali niemieccy generałowie? Tego, że Hitler wierzył w ograniczoną wojnę. Tego, że nie docenił zachodnich potęg.

Tego, że nie ocenił potencjału produkcyjnego Związku Radzieckiego. Ale w istocie nie żałowali koncepcji ataku na II Rzeczpospolitą. W dziennikach norymberskich Gustava Gilberta widać pewien chaotyczny zakres argumentów wykorzystywanych przez obronę. Jodl i Keitel tłumaczyli się nieznajomością gwarancji udzielonych Polsce przez Wielką Brytanię, niewiarą w to, że Francuzi dołączą do wojny, ale też brakiem dalekosiężnych planów agresji wykraczających poza kampanię w Polsce.

To miał być argument, że generałowie nie mogli przewidzieć konsekwencji agresji na Polskę. To dalszy ciąg tego specyficznego toku myślenia. Niemcy przed aliantami tłumaczyli się z podpalenia świata, którego żałowali, ale nie może ujść nam uwadze sugestia, że gdyby tylko plan Hitlera się udał, cała wojna byłaby niepotrzebna. W tym rozumieniu to jednak była wina Polski i traktatu wersalskiego.

Nic dziwnego, że odpowiednie nastawienie niemieckich generałów dawało odpowiedni przykład oficerom niższych rang i ostatecznie samym żołnierzom. W ten sposób ryba faktycznie psuła się od głowy. A może bardziej od głowy psuł się ten niemiecki czarny orzeł. W jednym ze źródeł znalazłem rozmowę trzech niemieckich wysokich oficerów, podsłuchaną latem 1944 roku przez Brytyjczyków w obozie jenieckim.

Jednym z nich był Walter Warzecha, admirał wzięty do niewoli w Szwecji. Wszyscy byli wcześniej za Hitlerem i wszyscy z nim współpracowali. „Każdy z ówczesnego dowództwa jest w równym stopniu winny. Muszę szczerze powiedzieć, że nie miałem pojęcia, co się dzieje.

Do narodowego socjalizmu podchodziłem idealistycznie i moim zdaniem oferował on wówczas narodowi niemieckiemu jedyną możliwość”. Kruk: „To fakt historyczny i nie możemy od tego uciec, że jesienią 1938 roku powinniśmy byli milczeć przez 20 lat i zrujnować Polskę gospodarczo. Także sami Polacy przyszli do nas z własnej woli. To byłoby słuszne.

Oni już byli w gospodarczej ruinie”. Ta wymiana zdań jest kluczowa dla naszego materiału, bo kiedy admirał Warzecha wyznawał, że kadra oficerska była współwinna wybuchu wojny, jego dwaj rozmówcy – z których jeden był na pewnym etapie zatwardziałym nazistą – zgadzali się co do tego, że sam wybuch wojny mógł być błędem, że należało Polskę za to zniszczyć gospodarczo. A więc było przyzwolenie na rewizję granicy wschodniej, ale także przyzwolenie na to, aby w jakiś sposób pogrążyć swojego wschodniego sąsiada. Drogi do celu mogły być inne, ale jak widać w oczach dowódców Niemcy przegrały przede wszystkim dlatego, że straciły skuteczność.

Ruina Polski i tak była celem nawet tych bardziej wstrzemięźliwych oficerów. Autor książki „Hitler Strikes Poland” zwracał uwagę, że sprawa szła nawet dalej. Uznał, że właśnie plan rozprawy z Polską był jednym z głównych punktów wspólnych między korpusem oficerskim a nazizmem. Na wielu płaszczyznach partia i Wehrmacht mogły się różnić, ale w tym wypadku panowała pełna zgoda, że kwestia polska wymaga jak najszybszego rozwiązania.

W materiale o generałach nie chciałbym generalizować, ale trudno znaleźć jakikolwiek cytat, który mógłby rzucić na niemiecką kadrę oficerską pozytywne światło. Część oficerów mogła faktycznie nie godzić się na zbrodnicze zachowania żołnierzy Wehrmachtu i SS, na rozstrzeliwania jeńców i cywilów. Mimo to zwycięska kampania, do tego pozostająca właściwie bez znaczącej reakcji militarnej na zachodzie, powszechnie została przyjęta z entuzjazmem. Co nawet bardziej karygodne, wielu niemieckich oficerów wchodziło w fazę wyparcia.

Manstein: „Nowy Wehrmacht z honorem i powodzeniem zdał pierwszy egzamin, a jego dowództwo generalnie rzecz biorąc mogło spełniać swe obowiązki, nie ulegając zewnętrznym wpływom czy naciskom. Armia mogła prowadzić czysto militarne działania w sposób, który określamy jako rycerski”. Albert Kesselring: „Osobiście ręczę za to, że wojna, na ile mogłem ogarnąć ją spojrzeniem, była prowadzona przez nas, Niemców, po rycersku. Aczkolwiek w pierwszych jej dniach stwierdzono masakry popełniane przez stronę nieprzyjacielską, co jest po prostu przerażające”.

Kesselring na tych samych stronach opisuje swój wkład w bombardowanie Warszawy. Nawet kilka lat po wojnie Georg-Hans Reinhardt nadal oskarżał Polskę o wywołanie wojny, choć przyznawał, że podboje niemieckie i sposób okupacji zajętych terenów były zbrodnicze. Tak bez żenady twierdził, że nawet z tą wiedzą po fakcie nie zmieniłby swojej postawy w 1939 roku: „Nie zawiódłbym moich żołnierzy. Ich los był także moim losem”.

Można zrozumieć, że żołnierze wystawieni na propagandę na różnych poziomach akceptowali przekaz z góry. To, że niemieccy generałowie w tak zbliżony sposób patrzyli na wojnę z Polską, oznacza, że radykalizacja Wehrmachtu nie dotyczyła wybranych szczebli. Żaden Niemiec, który bronił decyzji ataku na Polskę w 1939 roku, nie może być traktowany jako przedstawiciel środowiska radykalnego. To było powszechne stanowisko kadry oficerskiej.

Potwierdzały to zeznania Johannesa Blaskowitza: „Niemców, którzy odważyli się krytykować postawę swoich rodaków w czasie kampanii w Polsce, było niewielu. Wojnę mającą na celu wymazanie strat politycznych i gospodarczych powstałych w wyniku utworzenia korytarza polskiego oraz zmniejszenie zagrożenia dla oddzielonych Prus Wschodnich, otoczonych Polską i Litwą, uważano za święty obowiązek, choć też smutną konieczność. Wszyscy oficerowie armii podzielali to zdanie i dlatego nie mieli powodu przeciwstawić się Hitlerowi. Hitler osiągnął rezultaty, których wszyscy gorąco pragnęliśmy”.

Nie oznacza to, że generałowie nie obawiali się konsekwencji wojny. Gdyby doszło faktycznie do eskalacji, wewnątrz Wehrmachtu bardzo często wracał argument, że Wehrmacht uważa się za niegotowy do długotrwałej wojny. 31 października 1939 roku generał Wilhelm von Leeb w liście do von Brauchitscha oddawał to podejście: „Na polu politycznym zapewniliśmy sobie bezpieczeństwo w temacie Polski, prawda? Jeśli naszym przeciwnikom to nie odpowiada, to pozwólmy im zaatakować.

Cały naród przepełniony jest głęboką tęsknotą za pokojem. Nie chce zbliżającej się wojny i podchodzi do niej bez najmniejszej sympatii. Jeżeli biura partii donoszą coś innego, to zatajają prawdę. Ludzie nie mogą się teraz doczekać pokojowego rezultatu polityki swojego Führera, ponieważ instynktownie czują, że nie da się zniszczyć Francji i Anglii”.

Podsumowując: zniszczenie Polski – jak najbardziej. Wojna z zachodem – niekoniecznie. Oczami niemieckich oficerów wojna powinna była skończyć się w październiku 1939 roku. Ale to, że wybuchła i że miała tak katastrofalne konsekwencje, nie wzbudza głębszej refleksji.

Oni chcieli tej konkretnej, ograniczonej wojny z Polską. Dali się do niej przekonać. Byli na nią gotowi.