„Znowu ich tu sprowadziłeś? ” – wycedziła przez zęby Aleksandra, resztkami sił powstrzymując się od krzyku. „Staszek, to jest nasze mieszkanie czy dworzec centralny? ”
Stanisław kompletnie zignorował jej podniesiony głos.

Stał w przedpokoju, pewnie oparty o framugę, podczas gdy Bartek z Mateuszem z sapaniem wtaczali do środka wypchane po brzegi siatki, z których dobiegało charakterystyczne brzęczenie szkła. „Ola, weź już nie przesadzaj. Dobrze. A gdzie niby mamy siedzieć?
” – skrzywił się zniecierpliwiony. „Jako jedyni z całej paczki mamy normalne warunki. Trzy pokoje. Kupa miejsca, wielki telewizor na ścianie.
Mamy po knajpach kasę trwonić? Wszyscy jesteśmy ustatkowanymi dorosłymi facetami. Powinnaś się cieszyć, że siedzę w domu, na twoich oczach, zamiast szwędać się po mieście. ”
„Ustatkowani faceci, powinnam się cieszyć” – powtórzyła w myślach Aleksandra, cofając się pod ścianę, by przepuścić Bartka obładowanego dwoma pękatymi zrywkami.
Rzucił na nią okiem i kiwnął głową z lekko skruszonym uśmieszkiem, w którym nie było jednak ani krzty zamiaru przeproszenia czy odwrotu. Zaraz za nim wszedł Mateusz, potem Leszek, a na końcu Dominik, strzepując jeszcze na wycieraczkę popiół z kurtki. Pięciu dorosłych, hałaśliwych chłopów zalało korytarz, sprawiając, że przestronne dotąd mieszkanie w ułamku sekundy stało się ciasne, duszne i zupełnie obce. Aleksandrę najbardziej wyprowadzało z równowagi to, jak Staszek potrafił ubrać ich obecność w słowa, z jaką protekcjonalną satysfakcją przedstawiał swoje zachowanie jako wielkie poświęcenie.
Zupełnie jakby miała teraz paść na kolana i ronić łzy wdzięczności. W każdy piątek odgrywał się ten sam wykańczający scenariusz. Punktualnie o 18:00 rozlegał się natarczywy dzwonek do drzwi. Do środka bezceremonialnie zwalała się głośna ferajna, taszcząc szeleszczące reklamówki pełne taniego piwa z dyskontu, chipsów, paluszków i tych nieszczęsnych, intensywnych grzanek o smaku boczku z czosnkiem.
Drobinki tych przekąsek Aleksandra wydłubywała potem ze wszystkich zakamarków kanapy, znajdując je jeszcze po tygodniu. Towarzystwo rozsiadało się w salonie jak u siebie, rozkręcało telewizor na cały regulator, przekrzykiwało się, rzucało mięsem i bawiło się w najlepsze. Z kolei Aleksandra ruszała do kuchni na swoją drugą zmianę, bo przecież same chrupki tym spracowanym żywicielom rodziny nie wystarczały. Stanisław standardowo zrzucał kurtkę i rzucał przez ramię, nawet na nią nie patrząc: „Ola, zrób jakąś deskę wędlin na szybko i ogarnij coś na ciepło.
Co? Po robocie jesteśmy głodni jak wilki. ”
To nie była prośba, to było polecenie pana dla służącej. I Aleksandra, zaciskając zęby, kroiła myśliwską i krakowską suchą, układała sery, wyciągała ze spiżarni mamine ogórki kiszone, obierała ziemniaki i odgrzewała w piekarniku pieczeń.
Nosiła talerze do pokoju niczym kelnerka. „Kelnerzy przynajmniej dostają napiwki i słyszą zwykłe dziękuję” – myślała z gorzkim uśmiechem, wpatrując się w swoje odbicie w ciemnej szybie piekarnika. Impreza ciągnęła się do późnej nocy, a bywało, że i do sobotniego poranka. Na ekranie leciały bez przerwy filmy sensacyjne i kino akcji.
Wystrzały i wybuchy mieszały się z pijanym rechotem. Telewizor dudnił tak, że ściany drżały, a zaśnięcie w pokoju obok graniczyło z cudem. Faceci jedli, pili, znowu jedli, znowu pili, kłócąc się o samochody i politykę. Co jakiś czas któryś wychodził zapalić na balkon, zostawiając oczywiście uchylone drzwi, przez co mieszkanie powoli, lecz nieubłaganie spowijał siwy dym papierosowy, od którego Aleksandrę piekło w gardle.
Dopiero w sobotnie popołudnie towarzystwo wreszcie rozłaziło się do domów. Stanisław, chwiejąc się na nogach, człapał do sypialni, rzucał się na łóżko prosto w dżinsach i natychmiast zapadał w ciężki, głośny sen. Aleksandra zostawała sama z tym całym pobojowiskiem. Uwalony tłuszczem szklany stolik, zlew uginający się pod stertą lepkich, brudnych naczyń, wdeptane w puszysty dywan chrupki i puste butelki ustawione wzdłuż ściany niczym kręgle.
Poduszki na kanapie były przesiąknięte potem i kwaśną wonią zwietrzałego piwa. Ten mdły zaduch wżerał się dosłownie we wszystko – w firanki, obicia foteli, w koc, pod którym potem nie mogła się położyć bez odrazy. Otwierała okna na oścież, wietrzyła, prała, szorowała podłogi silnymi detergentami. Dopiero w okolicach czwartku mieszkanie zaczynało pachnieć jak należy – domem, świeżą kawą, jej ulubionymi perfumami.
A w piątek cała ta gehenna ruszała od nowa. Aleksandra była wściekła, ale najgorsze, że złość kierowała już nawet nie w stronę Stanisława, tylko samej siebie. Miała do siebie żal za własną ugodowość, za brak stanowczości i to, że nie potrafi rzucić twardego „dość”, które wreszcie dotarłoby do jej męża. Przecież próbowała nie raz i nie dwa, ale finał był za każdym razem identyczny.
„Staszek, może chociaż nie w każdy weekend będziecie u nas siedzieć? ” – zaczynała ostrożnie w niedzielny wieczór. „Na przykład raz w miesiącu, albo przenieście się do któregoś z chłopaków. Po prostu nie daję rady co tydzień tego wszystkiego sprzątać.
”
„Co? Zamierzasz mnie teraz ograniczać? ” – natychmiast unosił się Stanisław, zręcznie odwracając kota ogonem. „Uważasz, że we własnym mieszkaniu nie mam prawa spotkać się z kumplami?
Poważnie? ”
„Masz prawo. Oczywiście, ale dlaczego ciągle u nas? ”
„Bo mamy warunki” – podnosił głos z irytacją.
„Mateusz gnieździ się w małej kawalerce. Tam się nie da ruszyć. U Bartka teściowa wiecznie suszy głowę. U Leszka małe dziecko płacze na okrągło, a my mamy normalny metraż.
Dzieci jeszcze nie mamy. Czy tobie żal paru plastrów kiełbasy dla moich znajomych? ”
„Niczego mi nie żal. Po prostu chcę trochę spokoju.
”
„Słuchaj, Ola” – Stanisław ściszał wtedy ton, mrużył oczy i wyciągał swoją ulubioną kartę przetargową. „Jeśli aż tak ci przeszkadza, że siedzę z chłopakami pod dachem, to mogę zacząć chodzić do baru. Tyle że tam, sama wiesz, kręci się mnóstwo młodych dziewczyn, które bardzo chętnie poznają towarzystwo ogarniętych facetów przy kasie. Napijemy się, zrelaksujemy.
Taki układ bardziej ci odpowiada? Będziesz siedzieć sama w czterech ścianach i zachodzić w głowę, gdzie jestem i z kim. ”
Aleksandra milkła. Policzki paliły ją ze wstydu i bezsilności, i nienawidziła siebie za to milczenie jeszcze bardziej.
W tamten piątek obudziła się z rzadkim, niemal zapomnianym poczuciem ciepłego wyczekiwania. Następnego dnia miała urodziny – 32. Żadna okrągła rocznica, żaden jubileusz, ale mimo wszystko to był jej dzień. Kupiła sobie nawet nową sukienkę, butelkowo-zieloną, lejącą się z porządnego, gęstego jedwabiu.
Leżała idealnie, pięknie podkreślając kolor jej oczu. Schowała ją do szafy i przez cały poranek łudziła się myślą, że może tym razem Stanisław nie ściągnie swojej świty, że wreszcie spędzą piątkowy wieczór tylko we dwoje – zamówią coś dobrego z tej włoskiej restauracji, którą tak uwielbiała, a do której nigdy nie chodzili, bo Staszek uważał to za wyrzucanie pieniędzy w błoto na zwykły makaron. Może nawet przypomni sobie o jej cichym marzeniu – wyjściu na koncert symfoniczny do Filharmonii. Kupi bilety, zrobi niespodziankę, choć raz na 5 lat małżeństwa.
Zamek w drzwiach wejściowych szczęknął za 15:60. Aleksandra stała w kuchni przy blacie i słuchała, jak w przedpokoju rozbrzmiewa znajomy, znienawidzony gwar, jak szeleszczą wypchane siaty. Bartek zarechotał na cały głos z jakiegoś rzuconego od progu żartu, a Stanisław ryknął z korytarza: „Ola, jesteśmy. Ogarnij nam coś mięsnego na ciepło, po ludzku, co?
Chłopaki głodni? Ciężki tydzień w robocie był. ”
W środku Aleksandry coś pękło. Cicho, bezgłośnie, jak zbyt mocno naciągnięta struna, i zapadła dzwoniąca w uszach absolutna pustka.
Powoli, z nienaganną precyzją, wytarła wilgotne dłonie w kuchenną ściereczkę. Postała chwilę, patrząc na rzemieślnicze sery i świeżego pstrąga, którego kupiła rano z myślą o ich uroczystej kolacji we dwoje. Potem, wykonując ruchy jak automat, wyciągnęła z zamrażalnika zwykłego kurczaka, posiekała go na kawałki, wrzuciła na patelnię i odpaliła duży ogień. Po pół godzinie, bez słowa, zaniosła do salonu dymiący, ociekający tłuszczem talerz.
Tam huczało już typowe męskie kino akcji z lat 90. , a w powietrzu unosiła się ciężka woń tanich chrupek i piwnej piany. Stanisław rozwalił się na środku kanapy z nogami wyciągniętymi na ławę. Rzucił coś od niechcenia w jej stronę, nawet nie odrywając oczu od ekranu.
Słowo „dziękuję”, rzecz jasna, przez gardło mu nie przeszło. Aleksandra odwróciła się na pięcie i wyszła. W sypialni przebrała się w wygodne dżinsy i ciepły sweter. Sięgnęła na najwyższą półkę po małą torbę weekendową, wrzuciła do środka najpotrzebniejsze rzeczy i wybrała numer.
„Cześć mamo. Mogę wpaść do was na noc? ”
„Oleńko, coś się stało? Pokłóciliście się ze Staszkiem?
” – mama natychmiast wyczuła w jej głosie napięcie. „Nie mamo, wszystko w porządku. Po prostu chcę spędzić jutrzejsze urodziny z wami. ”
Narzuciła trencz, chwyciła torbę i bezszelestnie wymknęła się z mieszkania.
Nikt w salonie, pochłonięty kolejną strzelaniną i brzękiem szkła, nawet nie zarejestrował dźwięku zamykanych drzwi. W rodzinnym domu w przedpokoju uderzył ją obłędny, swojski zapach drożdżowych pasztecików z kapustą i waniliowego ciasta. Mama, jak to mądra kobieta, zrozumiała wszystko bez zbędnych pytań i nastawiła zaczyn, zanim Aleksandra zdążyła w ogóle dojechać. Dziewczyna zasnęła w swoim dawnym pokoju dziecięcym pod ciężką puchową kołdrą i po raz pierwszy od miesięcy nie budziła się z lękiem przy każdym głośniejszym dźwięku.
Rano tata uroczyście zaparzył herbatę w odświętnych filiżankach, wyjął z witryny aksamitne puzderko z delikatnymi złotymi wkrętkami i z nieśmiałym, ciepłym uśmiechem ucałował ją w czubek głowy. W południe wpadła młodsza siostra Ania z wielkim tortem bezowym i pękiem balonów z helem, rechocząc na całą kuchnię, jak to ledwo upchnęła je na tylnym siedzeniu w Uberze. Opowiadała, jak kierowca przez całą trasę marudził pod nosem, że przez te balony nic nie widzi w lusterku wstecznym. Iza, jej najbliższa przyjaciółka, jeszcze z czasów liceum, połączyła się na wideo i wydarła się do słuchawki: „100 lat, staruszko!
” Tak głośno, że mama z wrażenia upuściła ścierkę na podłogę. Było mnóstwo śmiechu, prawdziwego ciepła, długich rozmów i szczerych uścisków. Nie zadzwonił tylko jeden człowiek – Stanisław. W sobotę pod wieczór Aleksandra wróciła do siebie.
Mieszkanie przywitało ją grobową ciszą i kompletną ruiną. W zlewie piętrzyła się góra nieumytych talerzy oblepionych zaschniętym sosem. Po całym salonie niosła się mdła, duszna woń – mieszanka przetrawionego alkoholu, potu, zastygłego tłuszczu i spalenizny tytoniowej. Poduchy z kanapy poniewierały się po podłodze, jakby przeszła tędy jakaś bójka.
Na szklanym stoliku powysychały lepkie kółka po kuflach, a blat pokrywała gruba warstwa strzepniętego popiołu. Stanisław leżał w sypialni, rozwalony w poprzek małżeńskiego łóżka jak rozgwiazda. Nawet nie pofatygował się, żeby rozebrać się do snu czy wziąć prysznic. Zwalił się prosto w przepoconym t-shircie cuchnącym dymem.
Zapomniał. Jej własny mąż po prostu zapomniał o jej urodzinach. Tamtej nocy Aleksandra nie zmrużyła oka, ale nie uroniła ani jednej łzy. Przebrała się w stare dresy, wciągnęła gumowe rękawice i wzięła się do roboty.
Z metodyczną, chłodną zaciętością pomyła wszystkie naczynia, szorując tłuszcz, aż szkło skrzypiało pod palcami. Zdezynfekowała blaty mocnym płynem. Zgarnęła wszystkie śmieci, butelki i resztki jedzenia do trzech wielkich czarnych worków i bez słowa zbiegła wyrzucić je do osiedlowego śmietnika. Zeskrobała zacieki ze stolika, wytrzepała poduchy i ułożyła je czystą stroną do góry.
Otworzyła okno balkonowe na oścież, wpuszczając do zadymionego pokoju rześkie, lodowate nocne powietrze. Robiła to wszystko cicho, powoli, z absolutnym opanowaniem. Ani razu nie brzęknęła talerzem, ani razu nie stuknęła krzesłem. Nie robiła tego dla męża.
Robiła to wyłącznie dla siebie. To był jej prywatny rytuał pożegnania. Potrzebowała zająć dłonie ciężką, powtarzalną pracą, podczas gdy w głowie układały się myśli, tworząc prosty, nieodwracalny plan na przyszłość. Szorowała każdy kąt, tak, jakby zmywała ze swojego życia samego Stanisława.
W niedzielny poranek mieszkanie lśniło sterylną czystością. Pachniało chłodnym powietrzem z dworu, świeżym płynem do podłóg i mocną kawą. Jakby ta wczorajsza obrzydliwa popijawa w ogóle się nie wydarzyła. Aleksandra ściągnęła gumowe rękawice, zaparzyła sobie gęstą kawę w kawiarce, usiadła przy nieskazitelnie czystym stole, splotła dłonie i wbiła wzrok w parujący kubek.
Stanisław wyłonił się z korytarza koło 11:00, wymięty, opuchnięty, z przekrwionymi oczami i kompletnym chaosem na głowie. Przeczłapał boso po chłodnych, lśniących panelach, klapnął na krzesło naprzeciwko Aleksandry, przetarł mocno twarz dłońmi i zachrypnięty ziewnął. „Dzień dobry” – mruknął pod nosem. „Jest coś na śniadanie?
”
„Są jajka” – Aleksandra powoli uniosła wzrok. Jej spojrzenie było całkowicie obojętne, jakby patrzyła przez niego w pustą przestrzeń. „To wszystko, co masz mi dzisiaj do powiedzenia, Staszek? ”
„W sensie?
” – Stanisław zamarł z lekko uchylonymi ustami, szczerze nie ogarniając, czego ta kobieta znowu od niego chce z samego rana. Nagle jego mętny wzrok na czymś się zatrzymał – skupił się na jej uszach, na nowych, eleganckich kolczykach z ametystem, które delikatnie mieniły się w porannym słońcu. „O, nowe błyskotki! ” – rzucił z krzywym uśmieszkiem, pocierając nasadę nosa.
„Ładne. Kiedy zdążyłaś to kupić? ”
„Dostałam od rodziców” – odpowiedziała chłodnym, wypranym z jakichkolwiek emocji tonem. „Tak.
A z jakiej to okazji taki gest? ”
„Wczoraj miałam urodziny. ”
Stanisław zamarł w bezruchu. Uśmieszek, który przed chwilą błąkał się po jego pomiętej twarzy, zjechał powoli w dół, niczym źle posmarowany klejem pasek tapety.
Zaczął wiercić się na krześle, wodząc spłoszonym wzrokiem po kuchni. Spojrzał na puste, wytarte blaty, na idealnie domytą płytę indukcyjną, na pusty zlew i wreszcie na spakowaną torbę podróżną stojącą w przedpokoju, której wcześniej nie zauważył. „No, no tak, jasna cholera” – odkaszlnął nerwowo, próbując sklecić choć cień przepraszającego uśmiechu. „Ja ten, Ola, po prostu jeszcze do siebie nie doszedłem.
W głowie mi dzwoni jak w dzwonnicy. No nie kontaktuję zupełnie. Zaraz bym się napił kawy, ochlapał twarz i na bank by mi się przypomniało. No jasne, że bym ci złożył życzenia, zrobił jakiś prezent.
Przecież wiesz, jak u mnie z datami – wiecznie mi to z głowy wylatuje. W robocie mam taki kocioł, same cyfry i terminy. ”
„A wczoraj” – przerwała mu Aleksandra tym samym śmiertelnie spokojnym głosem – „co ci wczoraj stało na przeszkodzie? Przez cały dzień ani jednego telefonu, ani wiadomości na WhatsAppie, nic.
Przyszedłeś, rzuciłeś mi kurtkę i kazałeś smażyć mięso dla swoich kolegów. ”
Stanisław zamilkł, otworzył usta, żeby rzucić kolejną dawkę wymówek, ale pod jej lodowatym spojrzeniem natychmiast spasował. Zamknął usta i wbił wzrok w blat. Aleksandra odsunęła od siebie niedopitą kawę.
„Wiesz, Staszek, ten weekend wreszcie otworzył mi oczy. Pokazał mi coś, co uparcie ignorowałam przez bite 5 lat. Masz mnie gdzieś kompletnie. Jestem ci całkowicie obojętna.
Nie jestem dla ciebie ukochaną kobietą, żoną ani partnerką. Jestem po prostu funkcją, wygodnym, cichym sprzętem domowym, który zawsze stoi w tym samym miejscu. Zrób jeść, posprzątaj po chlewie, wypierz skarpety i nie zawracaj głowy. ”
„No dobra, teraz to już popłynęłaś” – żachnął się Stanisław, a w jego głosie znów odezwała się typowa dla niego irytacja.
„Przez jedne zapomniane urodziny dorabiasz całą tę głęboką filozofię. No zapomniałem. Wielka mi rzecz. Każdemu się zdarza.
”
„Nie przez jedne urodziny” – pokręciła głową Aleksandra. „Chodzi o każdy piątek, który z premedytacją zmieniasz w koszmar. O każdą rozmowę, w której mną manipulujesz. Te wasze spędy mnie wykańczają.
Fizycznie robi mi się od nich niedobrze. Mówiłam ci to setki razy. Płakałam, prosiłam po ludzku, ale ty masz po prostu w nosie to, jak ja się czuję we własnym mieszkaniu. ”
„Znowu to samo” – Stanisław odruchowo zacisnął szczęki i przeszedł do ataku.
„No jak chcesz, to od przyszłego tygodnia zacznę chodzić do knajp. Będę przepuszczał tam ciężką kasę i podrywał laski. Tego chcesz? ”
„Idź!
” – rzuciła Aleksandra spokojnie i z gracją wstając od stołu. „Od dzisiaj rób sobie co tylko chcesz, bo mnie w tym domu już nie będzie. ”
Stanisław zaciął się w pół słowa. Twarz mu wydłużyła się z niedowierzania.
„Co ty wygadujesz? ”
„Mam dość walenia głową w mur, Staszek. Mam dość rozmów z człowiekiem, który fizycznie nie rejestruje moich słów. Mam dość ustępowania i udawania, że pasuje mi rola darmowej pomocy domowej.
Rozwodzimy się. ”
Odwróciła się, weszła do sypialni i otworzyła na oścież szafę. W pełnym milczeniu zaczęła zdejmować z wieszaków sukienki, składać do dużej torby swetry, dżinsy, bieliznę. Stanisław wpadł za nią do pokoju, opierając się rękami o framugę, by zastawić wyjście.
„Ola, czy ty mówisz poważnie? ” – w jego głosie po raz pierwszy pojawił się autentyczny przestrach. „Chcesz rozwalić małżeństwo? Rozwodzić się tylko dlatego, że facet napije się z kumplami piwa raz w tygodniu?
Ty jesteś normalna? Zabraniasz mi kontaktu z ludźmi, a ja jeszcze na koniec wychodzę na tego złego? ”
„Już niczego ci nie zabraniam” – Aleksandra starannie złożyła nową butelkowo-zieloną sukienkę, której nawet nie zdążyła założyć, i położyła ją na samym wierzchu. „Od teraz masz pełną wolność.
Możesz się z nimi spotykać codziennie, pić piwo i gapić się w ekran na okrągło. Nikt wam już nie będzie truł ani psuł humoru skwaszoną miną. ”
Zapięła suwak torby, sięgnęła z górnej półki teczkę z dokumentami i machinalnie sprawdziła dowód, paszport oraz dyplom. Stanisław wpatrywał się w nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy na oczy, jakby stała przed nim kompletnie obca kobieta.
Aleksandra chwyciła torbę i wyminęła go w drzwiach, ruszając do przedpokoju. Nie odezwała się już ani słowem. Nie miała mu już niczego do udowodnienia. Nie było o czym gadać.
Stanisław przez bite lata nie słuchał jej, gdy krzyczała z bezsilności, a teraz, kiedy mówiła szeptem, było już za późno. „Ola, no weź ty tak na serio? ” – bąkał bezradnie za jej plecami, stercząc na środku sypialni. Rozwód poszedł zaskakująco gładko.
Zamknęli wszystko na jednej rozprawie. Dzieci nie mieli, majątku wspólnego właściwie też nie. Mieszkanie Stanisław kupił jeszcze przed ślubem, więc w sądzie nawet nie protestował. Może z tą swoją wrodzoną pewnością siebie łudził się do samego końca, że Aleksandrze przejdzie złość i sama wróci na kolanach.
A może po prostu nie miał pojęcia, jak walczyć o kobietę, bo nigdy wcześniej nie musiał tego robić. Dwa lata później Aleksandra siedziała w przytulnej kawiarni na krakowskim Kazimierzu. Sączyła kawę z nutą lawendy i śmiała się z jakiejś opowieści. Naprzeciwko siedziała Iza.
W pewnym momencie przyjaciółka uśmiechnęła się z błyskiem w oku, odłamała kawałek maślanego rogalika i rzuciła niby od niechcenia: „Słuchaj, a wiesz co tam słychać u twojego byłego, u Staszka? ”
Aleksandra wzruszyła ramionami, spoglądając przez witrynę na brukowaną uliczkę. „Nie, od rozprawy nie mamy żadnego kontaktu. A co?
”
„Te jego legendarne piątkowe nasiadówki szlak trafił” – parsknęła Iza. „Leszkowi urodziły się bliźniaki, więc o jakimkolwiek piwie może zapomnieć. Bartek przeprowadził się na stałe do Trójmiasta, bo wszedł z teściem w spółkę. Dominik z żoną wzięli potężny kredyt na mieszkanie.
Liczą każdy grosz do pierwszego, a żona trzyma go na tak krótkiej smyczy, że nigdzie nosa nie wyściubia. A ten zwalisty Mateusz – totalny tata roku, wyobrażasz go sobie? Wrzuca na Instagram zdjęcia, jak gotuje małej kaszkę i plecie jej warkocze. ”
Aleksandra pokręciła głową z lekkim niedowierzaniem, uśmiechając się pod nosem na samą myśl o tej scenie.
„No popatrz, Staszek” – Iza upiła łyk kawy i rozłożyła ręce. „Siedzi sam w tych swoich trzech wielkich pokojach. Pies z kulawą nogą do niego nie zagląda. ”
Aleksandra nic nie odpowiedziała.
Przeniosła wzrok za okno na przechodniów uciekających przed przelotnym deszczem i gładko zmieniła temat na zbliżający się urlop nad Bałtykiem. W środku nie drgnęła w niej ani jedna struna. Nie czuła do byłego męża cienia żalu. Nie było w niej też taniej satysfakcji czy złośliwości.
Tylko kojący, czysty spokój i absolutna obojętność. Nic już nie łączyło i to był bez wątpienia najlepszy prezent, jaki mogła sobie sprawić na tamte 32 urodziny.


