Stałem pod ścianą, a przede mną dwa karabiny maszynowe. Byłem niemieckim jeńcem w powstańczej Warszawie. Kolega obok był biały jak ściana – może dlatego, że nosił mundur SS. Wiedziałem, że…

Stałem pod ścianą, a przede mną dwa karabiny maszynowe. Byłem niemieckim jeńcem w powstańczej Warszawie. Kolega obok był biały jak ściana – może dlatego, że nosił mundur SS. Wiedziałem, że...

Kiedy przygotowywałem materiał o najgorszej jednostce w historii, w trakcie lektury rzucił mi się w oczy fragment o powstaniu warszawskim widzianym z niemieckiej perspektywy. 1 sierpnia grupa azerskich żołnierzy walczących dla Niemców została otoczona przez powstańców w koszarach przy ulicy Koszykowej. Azerowie poddali się, ale powstańcy poderżnęli im gardła. Autor nawiązywał do znanego starcia, jednego z większych sukcesów pierwszego dnia powstania.

Thumbnail

Żołnierze batalionu Ruczaj ruszyli na koszary SS przy Koszykowej. Po półtorej godzinie walki w ręce powstańców wpadły łupy: broń, amunicja, zapasy medyczne i 72 żywych esesmanów. Co się z nimi stało? Jak wyglądała codzienność niemieckich jeńców w czasie powstania?

Ilu przeżyło? Przyjmuje się, że faza ofensywna powstania trwała do 4 sierpnia. Wtedy to w ręce Polaków trafiło najwięcej niemieckich jeńców. Dokładna liczba nie jest znana.

W pierwszych dniach miało to być kilkuset żołnierzy. W połowie sierpnia Biuro Informacji i Propagandy mówiło już o tysiącu jeńców. Od 5 sierpnia, w fazie defensywnej, strumień jeńców malał. Realia walki miejskiej oznaczały brutalność po obu stronach.

Zbigniew Blichwicz, pseudonim Szczerba, tak opisywał walki o katedrę św. Jana w drugiej połowie sierpnia: „Młodzik szalał. Jakiegoś podnoszącego się z trudem esesmana kopnął w zęby, zupełnie jak w filmie amerykańskim. Drugiego zdzielił przez łeb kolbą schmeissera.

Chłopcy pobiegli ochoczo, depcząc po leżących Niemcach. Oglądałem pobojowisko: rkm, trzy pięści pancerne, siedem karabinów, skrzynki z amunicją, dwa szmajsery i osiem esesmańskich trupów. Jeńców nie wzięto. ” Wieści o niemieckiej brutalności nakręcały spiralę przemocy.

Ireneusz Kędziora, pseudonim Ignacy, wspominał: „Któregoś dnia, pod koniec walk na Starym Mieście, pobiegliśmy na wsparcie do kościoła Jana Bożego, gdzie znajdował się nieduży szpital. Już pod koniec walk na starówce zdobyli go Kałmucy. Nie na długo. Kilka godzin później znów był w naszych rękach.

Tego, co tam ujrzałem, nie zapomnę nigdy. Ci z rannych, którzy nie mogli się wycofać, leżeli z poderżniętymi gardłami. Tego samego dnia wieczorem złapaliśmy trzech z tych Kałmuków, własowców, czy jak ich tam nazwać. Zgubili się w ruinach.

Cośmy z nimi zrobili, łatwo się domyśleć. W końcu trzy naboje więcej czy mniej. Za to jednak czekał nas sąd polowy. Chcecie być tacy jak oni?

– pieklił się nasz dowódca. W końcu porucznik zapomniał, albo raczej nie chciał pamiętać. Sądu nie było. ”

Nawet na tym etapie zdarzały się głośne wyjątki.

20 sierpnia, po zdobyciu budynku PASTy, do niewoli trafiło kolejne 121 osób. Ale nie każdy Niemiec mógł liczyć na takie samo traktowanie. AK dokonywało selekcji wśród pojmanych. Początkowo nie ustalono jasnego podziału na kategorie.

Stanowisko dowództwa ewoluowało w ciągu pierwszych tygodni walk. Jeszcze przed powstaniem dywersja AK celowała głównie w niemieckich funkcjonariuszy policji i SS, podczas gdy żołnierze Wehrmachtu mogli liczyć na pewną wyrozumiałość. Dopiero 9 sierpnia major Stanisław Weber, szef sztabu Komendy Okręgu AK w Warszawie, odpowiedział na zapytania z jednostek, tworząc zręby podziału jeńców na kategorie. 12 sierpnia pułkownik Antoni Chruściel postawił sprawę jasno.

Pierwsza grupa: jeńcy wojenni Wehrmachtu – przetrzymać do zakończenia działań, traktować według prawa międzynarodowego. Druga grupa: Reichsdeutsche – odstawić do obozów koncentracyjnych przy Państwowym Korpusie Bezpieczeństwa. Trzecia grupa: policja niemiecka, żandarmeria, SS, SA, Hitlerjugend, Bannschutz, Ukraińcy na służbie niemieckiej oraz notowani agenci Gestapo – postępować jak ze zwykłymi przestępcami. Czwarta grupa: folksdojcze, Polacy przestępcy – oddać do dyspozycji Wojskowego Sądu Specjalnego.

Ale niech nie zmyli nas data tego rozkazu. W dużej mierze były to działania po fakcie. Los niemieckich żołnierzy od 1 sierpnia zależał ściśle od rodzaju munduru, a całość obowiązków wokół jeńców spadła na warszawski oddział WSOP, Wojskowej Służby Ochrony Powstania. Kwestia traktowania esesmanów czy gestapowców nie była tematem tabu.

Andrzej Borowiec z batalionu Zośka otwarcie przyznawał: „Esesmani, niezależnie czy należeli do Totenkopfverbände, czy zaangażowali się w działania czysto militarne, byli powszechnie zabijani. ”

A jak to wyglądało z perspektywy samych Niemców? Zygfryd Beck, niemiecki pancerniak, kierowca tygrysa, na przełomie lipca i sierpnia przechodził rekonwalescencję w warszawskim lazarecie. W chaosie walk znalazł się w budynku otoczonym przez powstańców.

Po nieudanej próbie przebicia się do linii niemieckich poddał się wraz ze zbieraniną Niemców z różnych jednostek, zarówno Wehrmachtu, jak i Waffen-SS. To dzięki jego opowieści znamy perspektywę niemieckiego jeńca. Tak opisywał pierwsze minuty w niewoli: „Było nas jeszcze chyba ze sześciu. Polacy od razu ruszyli biegiem w naszą stronę.

Mnie od razu jeden taki obszukał. Rewizja właściwie nie była taka dokładna. Potem postawili nas pod ścianą i od razu dwa karabiny maszynowe przed nami. Mój kolega ten to był biały jak ściana.

Może dlatego, że był w SS. Potem byliśmy pojedynczo przesłuchiwani. Wtedy już wymacali pierwszych, których wyprowadzili na rozstrzelanie. Znaczy, którzy już nie wrócili.

Powiedziano nam, że jakiś duchowny już tam jest, jakiś ksiądz. Strzał w potylicę. W każdym razie rozstrzeliwali SS i policję. ”

Ci, którzy przeszli selekcję, otrzymywali ochronę w postaci członków WSOP.

Beck opisywał rolę takiego żandarma: „Ten facet miał skórzaną kurtkę jak jakiś komisarz. Bryczesy, wysokie buty z cholewami, ale skórzana kurtka. Jeden zamiatacz ulic zobaczył mnie w czarnym mundurze. W jednej chwili obrócił miotłę i na mnie.

A jak tamten leciał w moją stronę, to ten oficer w trymiga trzasnął go w pysk. Potem przyleciał jakiś polski chłopak i chciał moją czapkę. Temu też dał w twarz. ”

Na zajętym przez powstańców obszarze Warszawy powstawały obozy jenieckie, choć raczej trzeba by je nazwać budynkami jenieckimi.

W pierwszych tygodniach najważniejszym był gmach PKO na rogu Jasnej i Świętokrzyskiej, ale inny zorganizowano przy browarze Haberbuscha oraz w budynku sądu przy ulicy Ogrodowej. Nie oznaczało to jednak, że jeńcy nie byli wystawieni na przemoc. Beck: „Polacy często pozwalali sobie na żarty. Uważali, że to zabawne, kiedy podchodzili do nas i zmuszali do prób odwagi z bagnetem nasadzonym na karabin.

Przykładali nam go do czoła i mówili: »No, a teraz strzelam«. Ale muszę przyznać, że właściwie nie robiło to na nas wrażenia. Myśleliśmy sobie, że mu tego nie wolno, bo w tym czasie skończyły się już rozstrzelania. Były tylko na początku, później byliśmy dla powstańców ważni jako siła robocza do pracy przy barykadach.

Wojciech Sowiński, pseudonim Sowa, w rozmowie z Muzeum Powstania Warszawskiego wspominał bardziej drastyczne przypadki: „Jak miałem oficera inspekcyjnego, taki jest dyżur, to chodziłem wszędzie. Byłem w areszcie, odwiedzałem wszystko. Wolno mi było, bo miałem specjalną przepustkę. Byłem w areszcie, w Szlachtuzie, gdzie rzeźnik miał rzeźnię.

Siedzieli Niemcy w mundurach, oficerowie i nieoficerowie, ale już pobici, pokrwawieni, muchy chodziły po twarzy. Popatrzyłem na nich, zamknąłem i dalej poszedłem zwiedzać. ”

Niezależnie od tego, czy jeńcy byli obijani, zaczęło im grozić coś znacznie poważniejszego. Beck: „Zostaliśmy przydzieleni do grup roboczych.

Naturalnie w międzyczasie, ósmego czy dziewiątego dnia, działania ogniowe z naszej strony znacznie się nasiliły. ” Praca pod ostrzałem. Stefan Szwedzik, pseudonim Szlak, wspominał: „Gdzieś w pierwszej dekadzie sierpnia podczas nalotu rąbnęło w dom, gdzie była nasza kwatera. Zasypało nas trzech i dwóch jeńców, których przesłuchiwał sierżant Cichy.

Jeden z Niemców zginął, drugi został ranny. ”

Powstanie warszawskie stworzyło unikatowe pole walki. Zazwyczaj jeńców ewakuuje się na dalekie tyły frontu. W Warszawie jeńcy niemieccy żyli tą samą upiorną rzeczywistością co powstańcy i cywile.

Zdecydowana większość niemieckich jeńców zginęła w wyniku nieustannego ostrzału miasta. Jeszcze w pierwszym tygodniu powstania zniszczeniu uległ obóz przy browarze Haberbuscha. Miało tam zginąć około 60 Niemców, w tym cywilów. To zrównanie losu Niemców i Polaków wynikało też z zaangażowania jeńców do prac: stawiania barykad, kopania studni, odgruzowywania zawalonych budynków, pomocy rannym, a także rozbrajania niewybuchów.

20 sierpnia Chruściel zalecał wyszukać saperów także wśród jeńców, aby zatrudnić ich przy rozładowywaniu niewypałów bomb lotniczych. Od strony formalnej jeńcy brali udział w pracy niebezpiecznej. Konwencja haska z 1907 roku zaznaczała, że prace, do których można skierować jeńców wojennych, nie będą w żadnym związku z działaniami wojennymi. Konwencja genewska z 1929 roku precyzowała, że praca jeńców musi być bezpieczna.

W realiach oblężonej Warszawy porzucono takie konwenanse. 26 sierpnia niemiecka bomba trafiła siedzibę Armii Ludowej na ulicy Fredry. Barbara Niewiadomska-Kardasz wspominała: „Próbują odgruzowywać zasypany sztab AL. Używają do tego jeńców niemieckich, ale bez skutku, wydobywają same trupy.

” Zygfryd Beck widział to tak: „Zawsze należałem do tych grup roboczych. Kiedyś zaprowadzili nas do budynku poczty. 30 studentek brało tam udział w walkach. Wbiegły do jakiegoś tunelu, znaczy się korytarza, który był z żelbetonu.

I po bombardowaniu ten żelbet leżał teraz na nich. Pracowaliśmy w 30. Podnosiliśmy rękami, przepiłowywaliśmy ręczną piłą, a potem widzieliśmy te pojedyncze masy ciała, całkiem spłaszczone i okaleczone. Dwa razy musiałem odnosić osobno głowę, a nic jeszcze nie miałem w żołądku.

Już miałem dość. Kazali mi się położyć obok zwłok na papierze, w który zawijali zwłoki. Dali mi odpocząć. Tego dnia wszyscy, którzy tam pracowali, dostali większe racje chleba.

Jadwiga Czapaj, pseudonim Jagoda, opisywała scenę ze Starego Miasta 30 sierpnia: „Szliśmy przez rynek, cały zasypany szkłem. Domy wypalone, głębokie rowy. Przed nami dwaj jeńcy niemieccy dźwigali wielki niewypał. Jak go upuszczą, zażartował rotmistrz, to zginiemy.

– Dopowiedziałam: i oni też. ”

W tym wszystkim dochodziła kluczowa rola propagandowa. Temat wykorzystywania niemieckich jeńców trafił do powstańczej prasy i kronik filmowych. Wedle jednej relacji z seansu: „Po chwili widzimy jeńców niemieckich w nowej roli.

Zamiast Herrenvolk – Dienstvolk, swastyka nie na piersi, lecz na plecach. Wielki znak białą olejną farbą. Serce rośnie na widok specjalistów niemieckich rozbrajających niewypały. ”

Tylko co działo się wtedy w głowach jeńców?

Beck: „W naszej piwnicy było nas około 120. Razem z oficerami dostawaliśmy filiżankę zupy dziennie i kawałek chleba. Potem się zaczęło. Można powiedzieć, że rozpętało się nad nami piekło, nad nami wszystkimi.

Ataki sztukasów były co godzinę. Jeszcze zajęły pozycję miotacze min. Polacy mówili o nich krowy. Jak nas brali do pracy, wszystko się paliło jasnym płomieniem.

Wszystko stało w płomieniach. U nas niektórzy ludzie zaczynali wariować od tej ciągłej roboty na zewnątrz, od bombardowań, z poczucia bezsilności, od tej niepewności. Dla nas to było moralnie straszne. Jednego dnia mówiliśmy sobie: »Wyjdziemy stąd«.

Wydostaną nas. Innym razem: nie. Stąd już nikt nie wyjdzie. Śniło się nam, że dajemy się Polakom zamknąć w jakimś magazynie żywności i nażeramy się do syta.

Całkiem zdziczałem. Głowę ogolili nam do skóry. Wszyscy chodziliśmy bez włosów. Mnie osobiście mocno dokuczali, bo miałem pewien incydent.

Uśmiechnąłem się do jakiejś dziewczyny i polski wartownik zaczął mnie bić. Wszystko sobie przez to popsułem i wartownicy szczególnie mieli na mnie oko. ”

Utrata przez powstańców kolejnych dzielnic mogła dla Niemców oznaczać perspektywę rychłego wyzwolenia, ale w obliczu klęski powstańcy stawali się nieprzewidywalni. Zbigniew Blichwicz wspominał wydarzenie z 6 września: „Dziwny i fatalny to był dzień pod każdym względem.

Pewnej chwili zwróciła moją uwagę bezładna strzelanina w ogrodzie Czerwonego Krzyża przylegającym do Pierackiego. W ogrodzie barak, na tle którego stoi w szeregu kilkunastu ludzi. Obok przypatruje się temu spora gromadka ludzi, obojga płci. Przed ustawionymi w szeregu pod ścianą baraku ludźmi kręci się kilku żołnierzy AK i co chwila któryś z nich strzela do stojących bez ruchu.

Trafiony podskakuje w śmiesznym drgnieniu. Wali się pod ścianę. Wszyscy poprzednicy już leżeli zabici na ziemi. Zapytałem, co tu się dzieje.

»Rozwalamy folksdojczów« – odpowiedział z dumą powstaniec. ” Niewielki oddział AK samowolnie rozstrzeliwał wszystkich przetrzymywanych nieopodal cywilów, wchodzących we wszystkie możliwe kategorie jenieckie, bo w tej grupie byli nie tylko folksdojcze, ale też rodowici Niemcy. W obliczu nieuniknionego upadku Powiśla żołnierze uznali, że lepiej będzie ich wszystkich wymordować. Blichwicz, chcąc nie chcąc, zdecydował, że przed dalszym rozstrzelaniem należy zrobić prawidłową selekcję, tak aby przy życiu zachować rodowitych Niemców, a resztę ciał dobrze spalić, aby nie było śladów.

Jeszcze tylko z tłumu wyciągnął ubranego po cywilnemu niemieckiego sapera, z praktycznych względów. Żołnierze AK o 10:00 rano zameldowali o wykonaniu rozkazu. W podobnym czasie większość niemieckich jeńców z gmachu PKO przeniesiono do dawnego kina Hollywood przy ulicy Chmielnej. Beck wspominał: „Około 1 września znaleźliśmy się w innej dzielnicy, bo ta, w której byliśmy do tej pory, wokół PKO, cała stała w ogniu.

Częściowo pod ziemią, kanałami, zaprowadzili nas do innej dzielnicy. Musiało to być w pobliżu naszego lazaretu i ulicy Marszałkowskiej. Tam domy były jeszcze częściowo niezniszczone. Było nas około 300 jeńców.

Drugiego dnia zostałem wezwany, że mam iść do noszenia wody, do kopania studni, bo Niemcy zamknęli wodę. Na początku nie chciałem iść. Pomyślałem: »Nie pójdę«, żeby mi strzelili w łeb właśni koledzy, ale gumowa pała mnie przekonała. Wszedłem do cysterny znajdującej się bezpośrednio w polu ostrzału.

W jednej z bocznych ulic byli Niemcy, w drugiej Polacy. Przewiązano mnie sznurem w pasie i spuszczono do cysterny. Miałem tam na dole wybierać szlam. Stałem do połowy w wodzie.

Wybierać szlam i do kubła. Inni go wyciągali na górę. I to wszystko pod ostrzałem. Całkiem gówniana sytuacja.

” I wtedy okazało się, że praca w cysternie może być bardziej bezpieczna niż przesiadywanie w budynku kina Hollywood. Według danych Muzeum Powstania Warszawskiego kino zostało zniszczone 16 września 1944 roku. Beck: „Zobaczyłem, że wszystko dookoła się pali, a kino, w którym byliśmy umieszczeni, zawaliło się pod bombami sztukasów. Trzy sztukasy obróciły kino w perzynę.

180 naszych zginęło. Część załóg wartowniczych też. Wszyscy martwi, inni mieli ciężkie oparzenia, ale nimi też nikt się nie zajął. Twarze mieli czarne od prochu i pożaru i znowu kilku zwariowało.

” Beck prawdopodobnie przesadził z ofiarami, gdyż tego dnia doliczono się w ruinach kina Hollywood 104 zabitych Niemców. Im bliżej końca powstania, tym szanse Niemców na przeżycie były mniejsze, co wynikało z coraz gorszej sytuacji powstańców, ale też z postawy cywilów i polskich żołnierzy, coraz bardziej rozgoryczonych. Z drugiej strony, na tym etapie każdy żywy Niemiec był atutem w obliczu porażki powstania. Podkreślmy, że pomimo pewnych ekscesów i nadużyć większość niemieckich jeńców była traktowana całkowicie poprawnie, szczególnie biorąc pod uwagę sytuację zaopatrzeniową.

Krzysztof Jachimowicz, pseudonim Szczawik, w rozmowie zachowanej w archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego wspominał, że jednego dnia na potrzeby umacniania okien otrzymał jeńca czołgistę. „Mówię do niego: »Nie wyglądaj oknem, bo cię zabiją«. Ale co będziesz gadał? Do mnie mówił, bo trochę niemiecki język znam i w pewnej chwili dostaję postrzał w pachwinę.

A tu jest duże ukrwienie. »Ich bin tot, ich bin tot«. Przewrócił się, krwotok taki, że płynie, bo tu jest duże ukrwienie. Przyleciały sanitariuszki, załatały go.

Zofia Rus, pseudonim Kanarek, pracowała w szpitalu powstańczym przy ulicy Złotej. Opowiadała: „U nas byli jeńcy niemieccy, ranni. Miałam dyżury na sali na pierwszym piętrze, a ich ulokowano na drugim i się nimi zajmowałam. Jedzenie im przynosiłam, sprowadzałam do sali opatrunkowej na opatrunki.

To byli nie najmłodsi ludzie. Uczyłam się niemieckiego. Wtedy jeszcze mogłam się dogadać. Oczywiście żadnych tam filozoficznych dyskusji pewnie bym nie potrafiła, ale z taką zwykłą rozmową sobie radziłam.

Przeklinali Hitlera. Myślałam sobie: no tak, w takiej sytuacji, ale chyba rzeczywiście tak było. Rzeczywiście, jak po kapitulacji odprowadzało się ich na Szucha i pytali tam, jak byli traktowani, odpowiadali: bardzo dobrze. ”

Każdy dobrze potraktowany Niemiec mógł na tym etapie powstania odpowiadać za uratowanie nawet dziesiątek polskich żyć.

Jolanta Zawadzka, kolega na Starym Mieście leżał łóżko w łóżko z niemieckim oficerem. Gdy Niemcy po zdobyciu starówki weszli do tego szpitala, chcieli z miejsca wszystkich pacjentów wystrzelać. „No i ten Niemiec się postawił. Nie wolno wam nikogo zabijać, bo oni mi uratowali życie.

Zrobili mi operację jak każdemu polskiemu żołnierzowi. I w ten sposób uratował cały szpital. ” Zbigniew Blichwicz: „Szpital był już pełny nie tylko żołnierzy AK, ale również rannych Niemców. Gdy szpital przeszedł w ręce wroga, ranni niemieccy żołnierze w zamian za opiekę, jaką nad nimi roztoczył polski personel, nie pozwolili wyrżnąć załogi sanitarnej, co gdzie indziej w Warszawie Niemcy robili z sadystyczną przyjemnością.

Tylu niemieckich jeńców dotrwało do końca powstania? Beck opowiadał: „W drugiej połowie września było nas już tylko tylu, że zmieściliśmy się w sklepie z artykułami sportowymi. Wtedy kazali mi iść do budowy barykady. Musieliśmy wejść po pas w wodę, pozostałą po gaszeniu pożarów.

Na dole był piasek. Musieliśmy tym mokrym piaskiem napełniać worki i przenosić je z powrotem z niesamowitym wysiłkiem. Polacy mieli wyrozumienie. Przynieśli nam jajka.

Herbaty też nam dali. Muszę powiedzieć, że oddziały walczące były wobec nas właściwie tolerancyjne, miały dla nas więcej zrozumienia. ”

Nieco później Beck w napadzie bezsilności próbował wyrwać się do linii niemieckich, ale został ranny i krwawiąc wrócił do piwnicy po polskiej stronie. „Wprowadzili mnie tam do jakiegoś pomieszczenia i położyli na stole operacyjnym i tak zostawili.

Była tam Polka. Powiedziała mi, że najchętniej poderżnęłaby mi gardło. To była pielęgniarka. W oczach miała obłędną nienawiść.

A druga Polka w ogóle nic nie mówiła, tylko mnie opatrywała. Była naprawdę przyzwoita w stosunku do mnie. Później mi powiedziała, że jej syn jest na robotach w Monachium i że ona ma nadzieję, że też mu się tak dobrze wiedzie jak mnie i że jemu też nikt nie zrobi krzywdy. ”

Ale pomimo starań polskich lekarzy i pielęgniarek, agonia powstania odbijała się na coraz mniejszej grupie niemieckich jeńców.

Beck: „Wróciłem do sklepu z artykułami sportowymi. Tam leżeli już tylko półżywi. Wariowali z bólu. Obok mnie leżał jeden.

Miał podwójne pęknięcie czaszki. Ciągle jęczał, a potem umarł. ”

Generał Okulicki tak spisywał warunki układu z Niemcami: „AK wydaje władzom wojskowym niemieckim wziętych do niewoli niemieckich żołnierzy i internowane przez polskie władze osoby narodowości niemieckiej. ” Wszystkie te osoby miały zostać przekazane w ręce Wehrmachtu bezwzględnie do północy 2 października.

Doliczono się około 300 jeńców, którzy nadal żyli na początku października 1944 roku. Beck zaznaczał, że od tej pory zaczął cieszyć się niezwykłymi względami. „W tym czasie Polacy pukali po nocy do naszego okna i prosili nas o kartki, że się w stosunku do nas przyzwoicie zachowywali. Dawali nam za to chleb i papierosy.

1 października zaczęła się kapitulacja. „Tego popołudnia przyszedł nasz przyjaciel, polski lekarz i mówi: »Panowie, macie tu gumowe płaszcze, szykujcie się. Wracacie do domu«. ” Zbigniew Blichwicz patrzył na to z drugiej strony barykady.

„Przyszedł też pożegnać się ze mną mój Niemiec. W myśl umowy o jeńcach odchodził do swoich. Zapewniał, że do końca życia będzie się modlił za swego wybawcę, który uratował go dosłownie spod lufy pistoletu. Przyjąłem to bez wrażenia, gdyż nie dla pięknych oczu ocaliłem szkopa.

Był mi potrzebny jako pirotechnik. ”

Wróćmy do Becka. „Wyprowadzono nas na górę, to znaczy tych z nas, którzy byli ciężko ranni i nie mogli chodzić. Prowadzili nas przez wszystkie te gruzy.

Ze wszystkich stron szli cywile. Wartownicy na barykadach już wiedzieli. Wartownicy nas zawsze od razu przepuszczali jako pierwszych. Żołnierze klepali nas po ramieniu i częstowali papierosami.

Tak wychodziliśmy z miasta. Pamiętam jeszcze dziś, bo to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Moje drugie narodziny. Jak podchodzę do tej barykady wysokości człowieka, opiera się o nią esesman.

Tak po amerykańsku się opiera i tak na nas patrzy długo i mówi: »Co te polaczki u nas robią? Przecież stąd nie wyjdą«. Ja mu na to: »zaraz ci tu damy polaczków«. Całkiem zbaraniał, jak zobaczył, że jesteśmy Niemcami.

Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. ”

Tak kończyła się gehenna niemieckich jeńców wziętych do niewoli w czasie powstania warszawskiego. Byli to jedyni Niemcy, którzy mogli na powstanie warszawskie popatrzeć z drugiej strony barykady. A szansa na przeżycie w niewoli była niewielka.

Jeśli uznamy, że faktycznie wzięto ponad 1000 jeńców w pierwszych dniach powstania, do tego wliczymy zdobycie PASTy i niemożliwą do ustalenia liczbę pojedynczych jeńców pojmanych w walkach, wyjdzie nam coś z 1300 osób, może więcej. Z tej grupy do zawieszenia broni przetrwało około 300 osób, czyli na pewno mniej niż 25%. Pamiętajmy tylko o tym, że wszystkie te liczby stoją pod wielkim znakiem zapytania. Co jednak nie budzi wątpliwości, to że w wyniku samej bezwzględności sił tłumiących powstanie warszawskie sami niemieccy jeńcy ponieśli ogromne straty.

Ginęli od tych samych kul, od tych samych bomb i od tych samych min, co polscy żołnierze i polscy cywile. Na koniec ostatnie słowa Zygfryda Becka: „Kiedy dzisiaj o tym wszystkim myślę, lepiej potrafię zrozumieć przeciwną stronę. Podziwiam i patrzę z uznaniem na dzielność, z jaką walczyli. Ale ran, jakie dostałem, nie mogę usprawiedliwić.

Ja też byłem pełen nienawiści, jak stamtąd wychodziłem. Ale później, dzisiaj widzi się to inaczej, tak jakby mnie wcale przy tym nie było. Czas przysłania wszystko.