29 stycznia 1917 roku brytyjski okręt podwodny K13 z osiemdziesięcioma osobami na pokładzie zatonął podczas próby zanurzenia i uderzył rufą o dno zatoki Gareloch. Woda zalała tylne przedziały, zabijając natychmiast trzydzieści jeden osób. Pozostali utknęli w ciasnych, przechylonych pomieszczeniach dziobu, a część z nich mogła w tamtej chwili pozazdrościć zmarłym szybkiej śmierci. Sternik nazwiskiem Mow miał wtedy powiedzieć na głos: Co za cholernie kiepski sposób na śmierć.

Okręt był nowoczesny jak na swoje czasy, ale należał do pechowego typu K, który już wtedy budził niepokój. Maksymalne zanurzenie wynosiło ledwie sześćdziesiąt metrów, a długość stu trzech metrów oznaczała, że proces zanurzania musiał przebiegać niemal chirurgicznie precyzyjnie. Tego dnia na pokładzie znajdowało się wiele ważnych osobistości, w tym konstruktor statków Percy Archibald Hillhouse, który przeżył katastrofę i spisał jej przebieg. Okręt zabrał dwadzieścia siedem osób więcej niż zwykle, wszyscy mieli obserwować próby nowoczesnej jednostki.
Kapitan Herbert rozejrzał się po raz ostatni, zamknął właz kiosku i wydał rozkaz pół naprzód. Gdy osiągnięto odpowiednią pozycję naprzeciwko Shandon Hydro, rozkazał zanurzenie. Prawie natychmiast stało się jasne, że coś poszło nie tak. Wskaźniki głębokości pokazywały, że statek tonie znacznie szybciej, niż zakładano.
Wydano rozkazy opróżnienia zbiorników balastowych i wynurzenia, ale okręt nadal nurkował. Woda dostawała się do tylnych przedziałów, obciążając rufę, i to właśnie na rufie K13 osiadł na dnie. Po uszczelnieniu grodzi okręt podzielił się na dwie części: zalaną i suchą. Od początku pogodzono się ze śmiercią wszystkich w części rufowej.
Ci, którzy przeżyli, nie spodziewali się niczego dobrego. Hillhouse wspominał, że sytuacja wydawała się rozpaczliwa i nikt nie miał nawet cienia nadziei, że jeszcze kiedykolwiek ujrzy niebo. Podszedł do niego pan Hepworth i powiedział: To wygląda na koniec. Hillhouse odpowiedział tylko: Obawiam się, że tak jest.
Mimo wszystko systemy okrętu nadal częściowo działały. Działała elektryczność, a słabe światło ujawniało grozę sytuacji. Czterdzieści osiem osób stłoczono w niewielkiej, zagraconej przyrządami przestrzeni. Hillhouse wyliczył, że początkowo każdy miał tyle tlenu, by przy braku wysiłku przeżyć około piętnastu godzin.
Dzięki kontrolowanej wymianie powietrza z zalanych przedziałów udało się wywalczyć znacznie więcej czasu. Ten powolny proces duszenia się miał kilka koszmarnych niuansów. Wraz z używanym tlenem w powietrzu przybywało dwutlenku węgla. Najpierw pojawiało się dyszenie, potem bolesne oddychanie, a każdy wysiłek fizyczny stawał się szalenie trudny.
Jednocześnie dochodziło do intelektualnego regresu. Rosnące stężenie upośledzało zdolności umysłowe, w szczególności logiczne myślenie i kreatywne wykorzystanie informacji. Hillhouse opisywał, że niektórzy oddychali z wielkim trudem i bólem, wielu uważało stanie za najłatwiejszą pozycję, a kapitan Duncan przez cały czas chodził tam i z powrotem po sterowni, jakby wciąż dowodził na mostku. Zdecydowana większość była bezwładna i apatyczna, kładła się gdziekolwiek i wszędzie, półśpiąca, półrozbudzona, oddychająca w męczarniach.
Koje miały po dwóch lub trzech pasażerów, krzesła cieszyły się wielką popularnością, a kilka przezornych dusz odkryło, że pod stołem jadalnym jest rzadziej deptane niż w innych miejscach. Dopiero rankiem następnego dnia, po szesnastu godzinach, kapitanowi okrętu E50 udało się nawiązać kontakt z uwięzionymi dzięki alfabetowi Morse’a wybijanemu na linę opuszczoną w głąb. Hillhouse wspominał, że około ósmej rano usłyszeli ciężkie tąpnięcia i stukanie na zewnątrz kadłuba, ale byli tak odurzeni złym powietrzem, że spotkało się to z niemal obojętnością. Świadomość, że pomoc jest na wyciągnięcie ręki, nie wzbudziła żadnego entuzjazmu.
Tym razem operacja ratunkowa, polegająca na podniesieniu dziobu ponad linię wody, pozwoliła wydostać ludzi po pięćdziesięciu siedmiu godzinach. Nie byłoby to możliwe bez bliskości bazy marynarki, szybkiej reakcji jednostek ratowniczych i płytkości zatoki. Seria wypadków trwała jednak dalej. Do 1925 roku sami Brytyjczycy doliczyli się stu dziewięćdziesięciu siedmiu ofiar od zakończenia pierwszej wojny światowej.
Jeden z polityków grzmiał, że okręt podwodny to śmiercionośna maszyna, która zdradziecko niszczy tych, którzy jej używają, i zadaje powolne tortury oraz śmierć. Wizja tej tortury trafiła do powszechnej świadomości za sprawą głośnej katastrofy amerykańskiego okrętu S4. 17 grudnia 1927 roku S4 wynurzył się około półtora kilometra od brzegu, nieopodal Provincetown w Massachusetts. Wody przybrzeżne patrolował niszczyciel Paulding i doszło do przypadkowego zderzenia.
S4 nie miał szans, poszedł na dno i osiadł na głębokości około trzydziestu metrów. W warunkach pokoju otrzymano laboratoryjny przypadek tego, co dzieje się we wnętrzu okrętu podwodnego staranowanego jak podczas wojny. Powtarzał się scenariusz brytyjski. Dzięki bliskości wybrzeża akcja ratunkowa miała realne szanse powodzenia.
Po dwudziestu dwóch godzinach od zatonięcia pierwsi nurkowie dotarli do wraku. Nurek Tom uderzył kilkukrotnie młotkiem w kadłub i w odpowiedzi usłyszał tąpnięcia z wnętrza. Część załogi przetrwała w przednim przedziale torpedowym. Za pomocą oscylatora Fessendena, zainstalowanego na trałowcu Falcon, nawiązano komunikację z uwięzionymi i przekazano im, jak mają być tłumaczone ich uderzenia na kod Morse’a.
Zapisy tej szarpanej rozmowy budzą grozę. Falcon pytał: Ulatnia się gaz? S4 odpowiadał: Nie, ale powietrze jest złe. Ile jeszcze?
Ilu was jest? Sześciu. Pospieszcie się proszę. Szybko ustalono, że sześciu podwodniaków utknęło w przedziale torpedowym, do którego powoli wdzierała się woda o temperaturze ledwie dwóch stopni Celsjusza.
Siedzieli w niewielkim pomieszczeniu bez prądu, z wyczerpującym się powietrzem, odczuwając jednocześnie przenikliwy chłód i wilgoć. Oddychanie sprawiało coraz większy ból, a jedynymi dźwiękami było chlupotanie wody i dziwne odgłosy morza, teraz niezagluszane przez pracę maszyn. 18 grudnia o 23:31 ekipa ratunkowa pytała, czy poziom wody się podnosi. Odpowiedź brzmiała: Powoli.
Pospieszcie się. Trzydzieści jeden minut później Falcon zapewniał, że pracują tak szybko, jak to możliwe, a na pytanie o światło uwięzieni odpowiedzieli: Nie mamy światła. Powietrze jest bardzo złe. Na powierzchni wcale nie było lepiej.
Pogoda się pogarszała, jeden z nurków niemal przypłacił życiem podłączenie przewodu z powietrzem do przedziału torpedowego. Został odratowany przez wspomnianego Toma, który za swoje poświęcenie otrzymał Medal Honorowy i Krzyż Marynarki Wojennej. Przewód udało się podpiąć, ale uwięzieni twierdzili, że przecieka. Nie wszystko było stracone, bo przedział torped zawierał dodatkowy zapas powietrza w systemach napędowych torped.
Miejsce Falcona w komunikacji przejął okręt podwodny S8. Nadawano coraz więcej sygnałów, aby upewnić się, że uwięzieni żyją i podtrzymać ich morale. 19 grudnia o szóstej rano S8 pytał, jak wysoko sięga woda. Odpowiedź brzmiała: Woda ma osiemnaście cali głębokości.
Powietrze jest bardzo złe. Uwięzieni, niepytani, ponownie podkreślali, że powietrze się pogarsza. Ten ponury komunikat powracał z głębin wielokrotnie. O 9:38 zapytali: Butla z tlenem pusta, możecie kilka wysłać?
Na pokładzie Falcona starano się oszacować, ile powietrza im zostało, ale komunikacja zmieniła charakter na niemal pożegnalny. O 12:50 S8 poprosił o nazwiska osób w przedziale. Odpowiedź przyszła szybko: Fitch, Short, Crabb, Pelner, Snizek, Stevens. Po południu głębiny odpowiadały coraz rzadziej i coraz krócej.
O 17:45 S8 przekonywał: Jest jeszcze nadzieja, czy dostałeś ostatnią wiadomość. W odpowiedzi zanotowano uderzenia, które nie składały się w sensowny komunikat. S8 pocieszał, że wszystko, co możliwe, zostało i będzie zrobione. Radiotelegrafista na pokładzie S8 usłyszał w słuchawkach jedynie odgłos szurania czymś po kadłubie.
Głębiny zamilkły. Wcześniej szacowano, że powietrza wystarczy do końca dnia 19 grudnia. Akcja ratunkowa wciąż trwała. Na miejsce kierowano nowoczesny sprzęt, w tym wielkie pontony, którymi planowano podnieść wrak.
Wszystko na nic. Sztorm nie ustawał i uniemożliwiał jakikolwiek plan ewakuacji. Nagle 20 grudnia o 6:20 rano z dołu zabrzmiały serie uderzeń. Ustalono wcześniej, że trzy uderzenia oznaczają tak, pięć nie, siedem nie wiem.
Wedle jednej z wersji ostatnim komunikatem było powtórzone desperackie: Pospieszcie się proszę, ale to nieprawda. W rzeczywistości 20 grudnia o 16:05 S8 pytał: U was wszystko w porządku? Z dna morza przyszło zapewnienie, trzy uderzenia. Tak, wszystko w porządku.
W ciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin warunki poprawiły się na tyle, że możliwa stała się operacja wymiany powietrza w przedziale torpedowym. Na podstawie próbek ustalono, że stężenie dwutlenku węgla sięgnęło siedmiu procent. Uznano, że wszyscy na dole stracili przytomność, ale istniał najbledszy cień szansy, że przy poprawie jakości powietrza ktoś się obudzi. W ciągu dwunastu godzin stężenie obniżono do dwóch procent, w ciągu dwudziestu czterech do pół procenta.
Nikt nie odzyskał przytomności. S4 milczał. Operację podniesienia wraku przeprowadzono dopiero wczesną wiosną. 19 marca 1928 roku S4 został wydobyty na powierzchnię.
W oczy rzucała się potężna rana przecinająca okręt prostopadle, efekt uderzenia z grudnia. Inspektorzy stanęli przed bardzo trudną prawdą. Część załogi w innych przedziałach również przetrwała uderzenie. Podwodniacy rozstawili tam coś na miarę namiotów, pewnie dla resztek prywatności.
Magazyn żywności został splądrowany, a na jednej z grodzi znajdowały się ślady uderzeń. Inspektorzy uznali, że w ten sposób komunikowano się z szóstką uwięzioną w przedziale torpedowym. W samym przedziale torpedowym odnaleziono sześciu zmarłych, miejsce, w którym wybijano sygnał, oraz użyte do tego narzędzie, klucz nasadowy. Oznaczało to, że ta szóstka była świadkami gaśnięcia kolegów po drugiej stronie.
Wizja wymierania przedział po przedziale była trudna do udźwignięcia. Kilku zmarłych zostawiło po sobie ostatnie prośby. Przy jednym ciele znaleziono karteczkę z prośbą o odesłanie ciała na adres w mieście Omaha w Nebrasce. W cynowym pudełeczku znajdowały się pięćdziesiąt dwa dolary, ważne dokumenty i dowody ubezpieczenia wraz z notką: W wypadku mojej śmierci proszę o wysłanie zawartości pudełka do mojej matki.
Inspektorów szczególnie zaniepokoiły pewne szczegóły. Uwięzieni nie wykorzystali wszystkich rezerw tlenu, a co gorsza, nieprawidłowo oceniali stan przewodu, którym ratownicy starali się dostarczyć powietrze. Przewód naprawdę nie był uszkodzony. Inspektorzy doszli do wniosku, że przy jego otwarciu musiało wylać się z niego trochę zassanej wody i uwięzieni, z obawy przed zalaniem, przedwcześnie uznali, że wpuszczą tylko wodę do przedziału.
Wniosek mógł być tylko jeden. Uwięzieni na dnie oceanu z czasem stają się coraz mniej wiarygodnym źródłem informacji. Przypadek S4 przyspieszył opracowanie metod ratowania uwięzionych na pokładach okrętów podwodnych. Losy sześciu mężczyzn, z tak wyjątkową możliwością wglądu w niemal nienaruszony wrak, pozwoliły nakreślić najczarniejsze scenariusze.
Śmierć setek podwodniaków w czasie wojny nie była ani gwałtowna, ani krwawa. Była wielką torturą wygasania i intelektualnego otumanienia. Benjamin Bryant, dowódca HMS Sealion, wspominał swój najgorszy patrol z 1940 roku, kiedy przez wiele godzin nie mógł wynurzyć się i przewietrzyć okrętu bez ryzyka zniszczenia przez niemieckie lotnictwo. Godziny dłużyły się, wszyscy odczuwali bóle głowy, sen był niemożliwy, ciało zimne i wilgotne.
Bryant przyznał, że zawsze wyobrażał sobie, iż ktoś uwięziony bez powietrza zapadnie w otępiającą drzemkę i po prostu się nie obudzi. Wygląda na to, że tak nie jest. Nie da się spać. Właśnie weterani drugiej wojny światowej wielokrotnie opisywali, jak złe powietrze wpływało na podejmowanie decyzji podczas ewakuacji.
19 lipca 1941 roku HMS P 32 został staranowany przez sojuszniczy okręt i osiadł na głębokości około osiemnastu metrów. Ta niewielka głębokość pozwoliła na częściowo skuteczną ewakuację, ale wymagała użycia luku ratunkowego mieszczącego tylko jedną osobę. Wyrównanie ciśnienia i powrót do warunków na pokładzie przedłużało ceremonię do około pięciu minut na człowieka. Na dole uwięzionych było siedemnastu.
Kiedy zostało ostatnich czterech, trzech nagle uznało, że może lepiej zostać i odczekać do następnego dnia. Czwarty zachował resztki przytomności i wymusił opuszczenie wraku. To otumanienie było cichym mordercą. 5 lipca 1943 roku Brytyjczycy wydobyli na powierzchnię wrak HMS Untamed, który kilka tygodni wcześniej zatonął w tajemniczych okolicznościach podczas manewrów w zatoce Firth of Clyde.
Inspektorzy potrzebowali odpowiedzi, dlaczego nikt z załogi nie wykorzystał nowoczesnych mechanizmów ewakuacyjnych. Okręt osiadł na głębokości czterdziestu pięciu metrów, a podczas operacji ratunkowej nadano sygnał: Pomoc nadciąga. Ewakuujcie się natychmiast. Po inspekcji okazało się, że wada produkcyjna spowodowała przeciek pod wysokim ciśnieniem, ale dalsze działania załogi były kolejnym dowodem wpływu zatrutego powietrza.
Zamiast ewakuować się, załoga przez kilka godzin próbowała zatrzymać przeciek, a przy lukach ratunkowych kolejna wada konstrukcyjna wywołała spore zamieszanie. Zawór luku wskazywał nieprawidłowe ustawienie. Prawdopodobnie oficer wyrównujący ciśnienie zdębiał od braku efektu i nie spróbował przełączyć na drugą opcję. W zamian załoga karkołomnie próbowała samodzielnie doprowadzić wodę do luku ewakuacyjnego, tracąc kolejne godziny.
Komisja uznała, że choć okręt miał całą serię wad absolutnie nie do przyjęcia, to kilka złych decyzji podjętych pod presją i w warunkach przytrucia dwutlenkiem węgla ostatecznie pogrzebało szansę na uratowanie części załogi. Po wojnie Amerykanie przebadali statystyki strat wśród podwodniaków, którzy przeżyli moment zniszczenia okrętu. Dane były wstrząsające. Aż osiemdziesiąt sześć procent z nich ostatecznie zginęło, mimo wprowadzenia po katastrofach lat dwudziestych licznych metod ewakuacji.
Jednocześnie ci, którym udało się wydostać z okrętu, ponieśli straty na poziomie dziesięciu procent. Okazało się też, że dzięki specyfice rozszerzania się powietrza w płucach podczas wynurzania, marynarze nawet pozbawieni specjalnych przyrządów mieli porównywalne szanse na przeżycie z tymi, którzy je mieli. Rekomendowano używanie takich oddycharek jeszcze w trakcie ewakuacji, aby zachować klarowność myślenia. Po katastrofie okrętu Kursk w 2000 roku świat przypomniał sobie o grozie służby na okręcie podwodnym, gdy odnaleziono ostatnie zapiski jednego z uwięzionych marynarzy.
Notatka brzmiała: Jest zbyt ciemno, ale spróbuję pisać po omacku. Chyba nie ma szans. 10–20%. Mamy nadzieję, że ktoś to jednak przeczyta.
Poniżej jest lista ludzi z załogi innych przedziałów, którzy zgromadzili się w dziewiątym i będą próbowali wyjść. Pozdrowienia dla wszystkich. Nie trzeba rozpaczać, koledzy. W przypadku Rosji sprawdził się jednak inny scenariusz.
To rosyjskie dowództwo zachowywało się tak, jakby ktoś odciął mu dopływ tlenu. Zachowywało się kompletnie nieracjonalnie. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.


