Wiosną 1943 roku, gdy fronty w Europie na chwilę przygasły, analitycy alianccy musieli głowić się nad dziwną luką w niemieckiej numeracji czołgów. Były tanki PzKpfw I, II, III, IV, był też ciężki Tygrys jako model VI. Gdzie podziała się piątka? Odpowiedź nadeszła w ogniu bitwy na Łuku Kurskim, a kilka miesięcy później, 4 listopada, Brytyjczycy opublikowali raport oparty na informacjach z radzieckiego wywiadu.

Zaczynał się słowami, które zapowiadały kłopoty. Niemiecka seria czołgów została wreszcie uzupełniona o brakujące ogniwo: Pantera, szybki, ciężki i dobrze opancerzony wóz bojowy z długolufową armatą 75 mm. Brytyjscy analitycy uznali, że pod względem parametrów odpowiada ona w przybliżeniu czołgowi Sherman, i dodali, że niemiecka prasa wyraża się o amerykańskiej maszynie pochlebnie. W jednym akapicie upchnięto mnóstwo informacji, ale czy były one prawdziwe?
Czy Pantera faktycznie miała być odpowiednikiem Shermana? Weryfikacja tej opinii zajęła aliantom wiele miesięcy. Bitwa pod Kurskiem była dla Niemców decydującym testem. Hitler tak bardzo wierzył w nowy czołg, że osobiście przełożył termin ofensywy nawet o dwa miesiące, czekając, aż dywizje pancerne zostaną wzmocnione Panterami.
To opóźnienie sprawiło, że zamiary Wehrmachtu stały się dla Rosjan całkowicie czytelne. Radziecka obrona zdążyła zostać poważnie wzmocniona, a w noc poprzedzającą niemieckie uderzenie artyleria Armii Czerwonej prewencyjnie ostrzelała pozycje wroga. Mimo to w lipcu 1943 roku Niemcy byli jeszcze w stanie wyprowadzić potężny cios. Kursk zakończył się jednak dla nich przedwcześnie.
Hitler, spanikowany lądowaniem aliantów na Sycylii, nakazał przerwać natarcie, a Armia Czerwona przeszła do kontrofensywy. To właśnie wtedy Rosjanie natknęli się na porzucone wraki nowych czołgów, których Niemcy nie zdołali ewakuować. Pantery od początku robiły wrażenie. Miały długą armatę 75 mm i zaskakująco potężny, pochyły przedni pancerz.
Co jednak kluczowe, większość z nich nie została zniszczona w walce, lecz uległa awariom silnika lub wpadła na miny. W ciągu kilku tygodni Rosjanie zdobyli dwadzieścia dziewięć egzemplarzy w różnym stanie. Jednym z pierwszych był model oznaczony numerem 824, pochodzący z oznaczeń na wieży. Trafił na poligon w Kubince, gdzie inżynierowie doprowadzili go do ruchu i przeprowadzili testy.
Czołg przejechał dwieście dwadzieścia kilometrów, z czego zaledwie pięćdziesiąt osiem po asfaltowych drogach, i w trakcie prób zepsuł się trzykrotnie. Mimo to zwrócono uwagę na osiąganą prędkość maksymalną pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i łatwość sterowania. Z powodu braku niemieckiej amunicji sprawdzono także siłę ognia, a raport ukończono dopiero w styczniu 1944 roku. Rosjanie nie szczędzili słów krytyki.
Podkreślali, że Pantera, mimo klasyfikacji jako czołg ciężki, jest używana głównie jako niszczyciel czołgów, a nie maszyna do przełamywania obrony. Wskazywali na gruby pancerz czołowy i potężne działo, ale słabe opancerzenie boków, tyłu i wieży. Chwalili armatę o dużej przebijalności, wysokiej prędkości wylotowej pocisku i celności, która pozwalała na celny ogień z dużych dystansów. Doceniali też nowatorski kształt kadłuba, inspirowany radzieckim T-34, gdzie pochylenie pancerza zwiększało odporność mimo mniejszej grubości płyt.
Jednak ogólna ocena była surowa. Niezawodność i poziom technologiczny podzespołów Pantery oceniono jako niższe niż w przypadku sprawdzonych PzKpfw III i IV. Najbardziej zawodnym elementem okazał się silnik, niedopracowany zarówno projektowo, jak i wykonawczo, a zastosowanie benzyny zamiast oleju napędowego tłumaczono jedynie specyfiką niemieckiej gospodarki paliwowej. Mimo tak krytycznej opinii inżynierów, zdobyczne Pantery już wtedy służyły w radzieckich jednostkach frontowych.
Załogi, które miały okazję walczyć nimi przeciwko niemieckim czołgom, chwaliły armatę pozwalającą na prowadzenie walki na bardzo dużym dystansie. Te dwie ścieżki informacji zwrotnej doprowadziły do zaskakującego obrotu spraw. W styczniu 1944 roku padła sugestia, aby wszystkie zdobyczne Pantery oficjalnie wcielić do służby. Rosjanie pozostawili nawet niemiecką nazwę pojazdu, co świadczyło o respekcie, jakim go darzono.
Wprowadzenie do służby okazało się jednak trudne. Benzynowy silnik był obcym elementem w radzieckiej logistyce, a nowa armata wymagała innej, cięższej amunicji niż ta, którą Rosjanie już znali. Dodatkowo przetestowany egzemplarz należał do wczesnej, awaryjnej serii D, podczas gdy Niemcy od sierpnia 1943 roku produkowali już ulepszoną wersję A i zmierzali ku najsolidniejszej wersji G. Jedno było pewne: od lata 1943 roku Pantera na froncie wschodnim stawała się stałym elementem pancernego krajobrazu.
Zachodni alianci poznali nowy czołg ze znacznym opóźnieniem. Do czasu włoskiej kampanii znali go jedynie z raportów przesyłanych przez Rosjan. Wszystko zmieniło się po lądowaniu pod Anzio, które mocno zaniepokoiło Hitlera. W obawie przed utratą Rzymu Niemcy skierowali do Włoch 69.
pułk pancerny, dysponujący między innymi siedemdziesięcioma sześcioma Panterami. To właśnie tam, w marcu 1944 roku, alianci zachodni zdobyli pierwszy uszkodzony egzemplarz i poddali go dogłębnej analizie. Wnioski były druzgocące. Ani Sherman, ani Churchill nie były ani wystarczająco opancerzone, ani odpowiednio uzbrojone, aby stawić czoła Panterze w bezpośrednim starciu.
Listopadowy raport Brytyjczyków, w którym porównywano Panterę do Shermana, mocno się zestarzał. Co więcej, alianci błędnie założyli, że Niemcy będą używać Panter w sposób podobny do Tygrysów, czyli w specjalnych, wydzielonych batalionach ciężkich. Rzeczywistość miała być inna. Warunki we Włoszech nie sprzyjały jednak niemieckiej broni pancernej.
Teren łatwy do obrony był jednocześnie nieprzyjazny dla wszelkich działań pancernych. Niemieckie raporty z lutego 1944 roku opisywały drogi pokryte kamieniami i luźnym piargiem, co powodowało ogromną liczbę awarii. Wszędzie stały porozrzucane czołgi z uszkodzonymi gąsienicami i układami przeniesienia napędu. Na pierwszej linii prawie w ogóle nie widywano czołgów, a jeśli już jakiś się pojawił, natychmiast stawał się celem ataku.
W jednym z przykładów zaledwie pięć Panter weszło do walki, a po trzech godzinach cztery z nich były zniszczone lub unieruchomione. Wpływ nowego czołgu na front włoski pozostał więc na tym etapie niezauważalny. Co gorsza, machina wywiadowcza działała opieszale. W maju 1944 roku, z dziewięciomiesięcznym opóźnieniem, Związek Radziecki dostarczył do Anglii inny zdobyczny egzemplarz, należący wciąż do awaryjnej serii D.
Czołg trafił na poligon w Bovington, ale jego zły stan techniczny wprowadzał w błąd. Brytyjczycy uznali pojazd za nieprzyjazny w prowadzeniu i wskazywali na liczne wady praktycznie wszystkich układów. Zupełnie inaczej niż Rosjanie, którzy potrafili docenić jego walory. To, co jednak zrobiło na Brytyjczykach wrażenie, to odporność na obrażenia.
Powstał specjalny poradnik, w którym przednie płyty pancerza uznano za wyjątkowo niekorzystny cel. Jedynie wieża mogła zostać uszkodzona ogniem z potężnego działa 17-funtowego. Zalecano ataki z boku i z tyłu, a w desperacji kierowanie ognia z broni małokalibrowej na szczeliny obserwacyjne. Problem polegał na tym, że raport ukończono dopiero w lipcu 1944 roku, gdy żołnierze alianccy od tygodni mogli się przekonać o walorach Pantery na własnej skórze.
W Normandii Pantera miała zaprezentować się z zupełnie innej strony. Pierwszym założeniem, które należało zweryfikować, była kwestia powszechności jej użycia. Okazało się, że nie była to rzadka maszyna jak Tygrys. Już sama dywizja pancerna SS Hitlerjugend walcząca w rejonie Caen dysponowała teoretycznie osiemdziesięcioma Panterami i stu czołgami PzKpfw IV.
Warunki w tym sektorze były najlepsze do wykorzystania przewag nowego czołgu. Teren na wschód od Caen był bardziej otwarty, w przeciwieństwie do zachodniej części pola bitwy, gdzie gęste żywopłoty dzieliły krajobraz na małe mikroobszary. Mimo to w dniach 8 i 9 czerwca ataki Panter przeprowadzone przez Hitlerjugend nie doczekały się wystarczającego wsparcia piechoty, co doprowadziło do kosztownej niemieckiej klęski. Przez cały czerwiec Kanadyjczycy wielokrotnie odpierali niezręczne, słabo skoordynowane natarcia pełnych kompanii Panter.
Niemcy tracili swoje atuty przez brak współdziałania czołgów z piechotą, podczas gdy alianci kumulowali przewagi w postaci licznej artylerii. Na relatywnie niewielkich dystansach dochodziło do licznych ataków z flanki, do których Pantera nigdy nie była przygotowana. Kontrataki niemieckie nie wpłynęły więc na poczucie nieadekwatności alianckich środków przeciwpancernych. Sytuacja zaczęła się odwracać, gdy inicjatywę przejęli Amerykanie i Brytyjczycy.
Dopiero w lipcu Amerykanie przeprowadzili poważne testy praktyczne zdobycznych Panter i to oni znaleźli się w najgorszej sytuacji. Standardowa armata 75 mm w Shermanach nie była w stanie przebić przedniego pancerza Pantery z rozsądnych dystansów. Jedynie rzadka amunicja HVAP o wysokiej prędkości pocisku pozwalała osiągnąć przewidywalne penetracje. Do Normandii ściągnięto tysiąc takich pocisków, ale jak na standardy alianckiego zaopatrzenia były to zapasy wręcz śmieszne.
Anglicy i Kanadyjczycy byli w nieco lepszej sytuacji dzięki posiadaniu dłuższych armat 17-funtowych, zarówno w wersji holowanej, jak i zamontowanej w Shermanie Firefly. Ale Firefly miał swoje problemy: ciasna wieża, nieprzyjemny odrzut długiej lufy i niska szybkostrzelność. Niektóre wyliczenia wskazują, że w całej Normandii alianci napotkali w walce zaledwie sto dwadzieścia czołgów ciężkich, czyli Panter i Tygrysów obu wersji. Udział Panter w bitwie był więc ograniczony, ale częste relacje o nieskuteczności ostrzału przeciwko ich przedniemu pancerzowi musiały wstrząsnąć alianckimi czołgistami i artylerzystami.
Ci, którzy nie przeżyli spotkania z Panterą, nie mogli już niczego opowiedzieć. Od strony wywiadowczej sprawa nabierała powagi. Pod koniec lipca Amerykanie otrzymali szczegółowy opis Pantery w wersji A, a wkrótce potem wersji G, która miała lepszy pancerz boczny i znacznie mniejszą awaryjność. W praktyce nie zmieniało to jednak sytuacji na froncie.
Nierównomierne opancerzenie oznaczało, że poradniki niszczenia Panter zakładały mnóstwo sposobów jej unieszkodliwienia na rozsądnych dystansach, a nierówna jakość stali powodowała pewną losowość efektów trafień. To, co budziło prawdziwy szacunek, to potężna armata Pantery. W połączeniu ze świetnymi przyrządami celowniczymi była zarówno bardzo celna, jak i przewidywalna w efektach. Co istotne, mimo mniejszego kalibru niż armata Tygrysa, miała lepsze parametry przebijania pancerza.
Zasada dla aliantów była teoretycznie prosta, ale trudna w realizacji: nie pozwól, żeby Niemiec cię trafił. Brytyjczycy, którzy dłużej niż Amerykanie uczestniczyli w wyścigu zbrojeń pancernych, lepiej przewidywali dalszy bieg wydarzeń. Ich nowe czołgi Centurion z mocno pochylonym pancerzem nie zdążyły jednak na wojnę. Amerykanie z kolei przespali masową produkcję czołgu M26 Pershing.
Zakładali, że do zwalczania Panter wystarczą nadchodzące niszczyciele czołgów M36 z armatą 90 mm, ale znów zabrakło odpowiedniej amunicji. Dopiero w grudniu 1944 roku raport wskazywał, że armata 90 mm przebije pancerz Pantery z odległości tysiąca stu metrów, jeśli pocisk uderzy pod korzystnym kątem. Przy najmniejszym odchyleniu nie miało to jednak miejsca. W jednym z przypadków potrzeba było ośmiu trafień, aby wyeliminować pojedynczą Panterę.
Niezbyt zachęcająca statystyka. Nawet tak późno jak 20 marca 1945 roku generał Isaac D. White, dowódca drugiej dywizji pancernej, pisał do generała Eisenhowera, że niszczyciel czołgów M36 nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, a dostępna amunicja jest nieskuteczna na dużych dystansach. Krwawe kampanie przełomu 1944 i 1945 roku oznaczały coraz częstsze starcia z Panterami, które wbrew wcześniejszym przewidywaniom nie były używane wyłącznie w specjalnych batalionach.
Gdy wojna zbliżała się ku końcowi, amerykańscy dowódcy gotowi byli na gorzkie porównania. Jeden z oficerów stwierdził wprost, że gdyby miał wybór, wolałby walczyć w niemieckim czołgu Mark V lub VI przeciwko amerykańskiemu czołgowi średniemu i niszczycielowi z armatą 90 mm. Podobne odczucia mieli weterani z czterech, pięciu, a nawet sześciu kampanii. Mimo pierwszych rozczarowań Pantera ostatecznie zrobiła na aliantach ogromne wrażenie.
Jej obecność prowadziła nawet do wniosku, że pomimo wygrania wojny Amerykanie nie doczekali się faktycznej naziemnej odpowiedzi na ten czołg. Brytyjczycy wykorzystali zresztą dwa dobrze zachowane egzemplarze na polu walki, nadając im przezwiska Dezerter i Kukułka, co żartobliwie odnosiło się do zmiany stron. Czołgiści, którzy mieli okazję prowadzić Pantery w wersji G, nie kryli zachwytu nad łatwością działania, świetnymi parametrami terenowymi i wygodnym użyciem armaty, która pozwalała na bardzo dalekie i celne strzały. Ograniczeniem był brak części zamiennych, przez co żaden z tych pojazdów nie dotrwał do końca wojny, ale pozostawiły jak najlepsze wrażenie.
Koniec wojny otwierał powoli kolejną rywalizację. Armia Czerwona doliczyła się w czerwcu 1945 roku ponad dwustu Panter w różnym stanie, ale generalnie zdatnych do dalszej służby. Odbudowująca się armia francuska zapewniła sobie ponad czterdzieści egzemplarzy. Pantera, ze wszystkimi wadami i awaryjnością, budziła ogromne zainteresowanie wszystkich krajów przejmujących resztki niemieckiego arsenału.
Towarzyszyło temu jednak rozczarowanie, gdy na scenę wkraczały nowe konstrukcje powstające w przemyśle brytyjskim, amerykańskim i radzieckim. Wpływ Pantery po wojnie stawał się coraz mniej bezpośredni, ale wyznaczała ona standard, do którego należało dążyć. Kluczowym elementem była powszechność jej użycia, w kontraście do rzadkości Tygrysów. Rosjanie uznali, że rozwój czołgów średnich nie może zakończyć się na T-34.
W tych warunkach powstawał model T-44, a jego prototypy testowano właśnie w porównaniu do Pantery, a nie do własnych obecnych czołgów. Był to swoisty komplement i dalekosiężna aspiracja. Zadawano pytanie, jak nie popełnić błędów Niemców, tworząc czołg wystarczająco opancerzony i uzbrojony, by poradzić sobie z samą Panterą. Pantera, balansując między ciężarem, potęgą uzbrojenia a powszechnością użycia, wytyczała kierunek dla całej koncepcji czołgu uniwersalnego, choć zatrzymywała się w połowie drogi z powodu usterek.
Ten wrak, zatrzymany na zawsze w połowie technologicznej ścieżki, zrobił na mijających go aliantach głębokie wrażenie.


