„Nie strzelajcie! To my!” – krzyknąłem przez radio, ale odpowiedzią była tylko cisza, a potem seria z półcalowego karabinu maszynowego rozerwała powietrze wokół mojego samolotu. Był 25 grudnia…

„Nie strzelajcie! To my!” – krzyknąłem przez radio, ale odpowiedzią była tylko cisza, a potem seria z półcalowego karabinu maszynowego rozerwała powietrze wokół mojego samolotu. Był 25 grudnia...

George Earl Preddy Junior był jednym z najskuteczniejszych asów myśliwskich drugiej wojny światowej. Szóstego sierpnia 1944 roku, podczas jednego lotu bojowego, zestrzelił sześć messerschmittów Bf-109. Ale dwudziestego piątego grudnia tego samego roku przyszła kolej na niego. W niespodziewanych i tragicznych okolicznościach.

Thumbnail

Ścigając niemieckiego focke-wulfa, wpadł pod ogień amerykańskiej artylerii przeciwlotniczej. Preddy zginął od ran zadanych półcalowymi kulami i stał się jedną z najgłośniejszych ofiar ognia bratobójczego w czasie drugiej wojny światowej. Bohater gazet i kronik filmowych, skoszony sojuszniczą serią. Taka śmierć dotykała także generałów.

Generał Leslie McNair zginął w lipcu 1944 roku od bomb zrzuconych przez amerykańskie bombowce. Ogień bratobójczy pozostaje jedną z szarych eminencji wojennych ofiar. Z jednej strony wypadek, z drugiej problem organizacji wojskowych, a także gorzki żart demonów wojny. Jak poważny był i jest to problem?

Czy komukolwiek udało się doliczyć konkretnych strat? Ilu żołnierzy naprawdę ginie od ognia sojuszniczego? Zacznijmy od początku. Jeśli mówimy o ogniu, nietrudno zgadnąć, że problem dotyczy przede wszystkim broni dystansowej, czyli broni palnej.

Już u zarania jej istnienia można doszukać się efektów bratobójczych. W 1287 roku na terenie Chin, gdy dynastia Yuan dławiła jedną z licznych rebelii, użycie prymitywnych rusznic miało wywołać w szeregach buntowników takie zamieszanie, że – cytując ówczesne kroniki – żołnierze wroga atakowali i zabijali się nawzajem. Wtedy zamieszanie odbierano pozytywnie. Z czasem miało się okazać, że człowiek strzela, ale mgła wojny kule nosi.

W czasie wojny Dwóch Róż doszło do fascynującego zderzenia technologii późnego średniowiecza, ciasnych formacji i broni palnej. W 1471 roku, podczas bitwy pod Barnet, na jaw wyszły konsekwencje nieodpowiedniego określenia celu. Walki toczyły się od samego rana we wczesnowiosennej angielskiej mgle, widoczność była znikoma. Kiedy hrabia Oksfordu, walczący po stronie Lancastrów, wracał do sojuszniczych linii po złamaniu oporu przeciwnika na skrzydle, jego kolumna została ostrzelana przez sojuszniczą artylerię.

W chaosie walki ludzie hrabiego mogli uwierzyć, że zostali zdradzeni. Pomimo wcześniej osiągniętej przewagi siły Lancastrów zaczęły sypać się od środka. Stracili dowódcę, Richarda Neville’a, hrabiego Warwick, i ostatecznie przegrali bitwę. Skutek ognia bratobójczego sięgnął daleko poza bezpośrednie straty w szeregach hrabiego Oksfordu.

W ciągu kolejnych stuleci, wraz z upowszechnianiem się broni palnej i artylerii, coraz częściej dochodziło do ostrzeliwania sił sojuszniczych. Rozwój broni zwiększał jej szybkostrzelność i zasięg, a czarny proch nasycał pole walki gryzącym, gęstym dymem. Nic dziwnego, że na tym etapie dominowały kolorowe mundury i wyraźnie widoczne sztandary. System kolorystyczny miał znaczenie nawet w kwestii pomponów – na przykład francuscy woltyżerowie z daleka mieli być rozpoznawalni dzięki żółto-zielonym pomponom.

Taka wizualna komunikacja nie mogła jednak rozwiązać problemów coraz większych armii. W drugiej połowie XIX wieku regularnie w pole ruszały wojska liczące już niemal sto tysięcy żołnierzy. Synchronizacja ich działań wymagała nowych metod, dopracowanych dopiero w systemie korpusów przez Napoleona. Warto zauważyć, że tuż przed erą napoleońską, w 1788 roku, w nieco legendarnej tak zwanej bitwie, której nie było, armia austriacka zadała sobie straty wynoszące około tysiąca zabitych.

Wszystko przez rozprzestrzeniającą się panikę i omyłkowe nierozpoznanie własnych uciekających jednostek. W tym wypadku straty od ognia bratobójczego wyniosły okrągłe sto procent, co stanowi wyjątkowy dowód na złe zarządzanie i niekompetencję. Wojny napoleońskie przyniosły zmiany zarówno w dowodzeniu wielkimi armiami, jak i w wykorzystaniu artylerii. Liczba armat używanych w jednej bitwie rosła wymiernie.

Francuzi pod Marengo w 1800 roku mieli dwadzieścia dwa tysiące ludzi i piętnaście armat. Austriacy pod Wagram w 1809 roku zgromadzili sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi i czterysta armat. Od tej pory ściśnięte formacje piechoty były szczególnie narażone na ostrzał artyleryjski, także ten prowadzony przez sojusznika. Po Wagram białe mundury saskich sprzymierzeńców Napoleona łatwo było pomylić z białymi mundurami Austriaków.

Doszło wtedy do trudnych do zliczenia incydentów ognia bratobójczego. Czas tylko wyostrzył technologiczny paradoks. Piechota i kawaleria jeszcze w czasie wojny secesyjnej walczyły bardzo blisko siebie. Ogólna ciasnota formacji i czarnoprochowa mgła wojny prowadziły do częstych, choć trudnych do zmierzenia, przypadków ognia bratobójczego od kul wystrzelonych przez własnych żołnierzy.

Rozwój technologii miał zwiększać dystans starć, co przecież powinno rozwiązywać ten podstawowy problem. Tak się jednak nie stało. Przy rosnącym zasięgu broni palnej tym trudniej było określić, skąd naprawdę padają strzały. Nie do końca wyjaśniona pozostaje na przykład śmierć generała Południa, Alberta Johnstona.

Wedle chirurga ranę zadała kula wystrzelona z karabinu powszechnie używanego przez siły konfederatów. Do tego wprowadzano nowe taktyki artyleryjskiego ognia pośredniego, co otwierało kolejne tragiczne okienko dla błędów. Wojna secesyjna była wojną domową, więc ogień bratobójczy można było odczytywać w jeszcze bardziej symboliczny sposób. Nic dziwnego, że to właśnie anglosasi ukuli pojęcie friendly fire.

W ciągu kolejnych stu trzydziestu lat wprowadzano coraz dokładniejsze procedury wsparcia ogniowego i identyfikacji celu, ale wyglądało na to, że bez ognia bratobójczego nie da się uspokoić ani żołnierzy, ani coraz bardziej świadomej opinii publicznej. Amerykańska marynarka po drugiej wojnie światowej wyliczyła własne straty. Doliczono się pięćdziesięciu trzech przypadków ostrzelania amerykańskich statków i okrętów w wyniku ognia bratobójczego. Przekładało się to na straty w wysokości sześciuset dwudziestu czterech ludzi: czterystu trzydziestu ośmiu rannych i stu osiemdziesięciu sześciu zabitych.

Na tle prawie sześćdziesięciu trzech tysięcy poległych marynarzy i marines to ledwie 0,03 procenta. Pierwsza konkretna liczba. Niewiele. Po co więc cały ten film?

Przyjrzyjmy się innej sprawie. Czego nie pokazały nigdy gry o amerykańskich spadochroniarzach? W lipcu 1943 roku, podczas lądowania aliantów na Sycylii, amerykańskie samoloty C-47 transportujące spadochroniarzy zostały ostrzelane przez własną flotę i artylerię przeciwlotniczą. Ze stu czterdziestu czterech transportowców zestrzelono wielu, zginęło ponad osiemdziesięciu spadochroniarzy, a kolejnych dwustu dwudziestu zostało rannych.

Ten jeden, ale bardzo głośny przypadek odpowiadał za osiemdziesięciu zabitych spośród wszystkich dwóch tysięcy ośmiuset Amerykanów poległych na Sycylii. Blisko trzy procent wszystkich strat poniesionych w jeden dzień. Przenieśmy się teraz do 1991 roku, kiedy wojna zmieniła ostatecznie swoje oblicze. W walkach w Zatoce Perskiej arcynowoczesna amerykańska technologia zmiażdżyła zacofanego przeciwnika.

Amerykanie doliczyli się zaledwie czterdziestu ośmiu poległych własnych żołnierzy na polu walki, z czego trzydzieści pięć od ognia bratobójczego. Jak udało się tak precyzyjnie doliczyć tych dwudziestu trzech, dwudziestu czterech procent? Po raz pierwszy w 1991 roku dało się perfekcyjnie namierzyć ślad uranowy pozostawiany przez amerykańskie pociski. Wojna w Zatoce promieniowała nowymi faktami.

Nowoczesna wojna miała być szalenie precyzyjna, także w mierzeniu statystyk, o których wcześniej wojskowym się nawet nie śniło. Wysoki procent strat od ognia bratobójczego budził niepokój, ale tłumaczono go wyjątkowymi wyzwaniami nowoczesnego pola walki i totalną przewagą ogniową Amerykanów. Przy takim nasyceniu technologią poważnym zagrożeniem miały być właśnie pomyłki przy korzystaniu na przykład z celowników termowizyjnych. Żeby uspokoić opinię publiczną, powoływano się między innymi na badania pułkownika Charlesa R.

Schneidera, który po przebadaniu dwustu sześćdziesięciu dziewięciu potwierdzonych historycznych przypadków ognia bratobójczego oszacował, że w XX wieku odpowiada on za około dwa procent wszystkich strat. Gdyby trzymać się tej statystyki, w czasie drugiej wojny światowej aż dziewięć tysięcy Amerykanów zginęłoby od ognia bratobójczego. Skąd jednak wzięło się to magiczne dwa procent? Jego korzenie sięgają pierwszej wojny światowej.

Po 1918 roku temat ognia bratobójczego zaczęto traktować poważniej. Francuski lekarz Person miał podać wielkość 2,2 procent na bazie ankiet ze szpitali wojskowych przeprowadzonych jeszcze w 1915 roku, przed takimi bitwami jak Verdun. Co ciekawe, sam Person opierał się na opowieściach weteranów spod Verdun, którzy być może z przesadą twierdzili, że na każde dziesięć pocisków spadających na ich pozycje tylko siedem było niemieckich. W ten anegdotyczny sposób po raz pierwszy pojawiła się znacznie wyższa statystyka strat od ognia bratobójczego.

Można by założyć, że aż trzydzieści procent francuskich strat od artylerii pod Verdun było efektem ostrzału własnego. Struktury wojskowe, szczególnie francuskie przeżywające wewnętrzne wstrząsy, nie były gotowe na ujawnienie takich wyliczeń. Person z jednej strony przecierał szlaki, z drugiej jego liczba opadła do 2,2 procent – łatwa do przełknięcia i brzmiąca na chłopski rozum realistycznie. Chłopski rozum nieraz jednak wyprowadza w pole.

Podejście Persona skupiało się na artylerii, która faktycznie odpowiadała za około sześćdziesiąt procent strat zadawanych na froncie. Nie byłoby głupio założyć, że straty od ognia sojuszniczego musiały wykraczać poza to, co doliczyli się lekarze w ankietach na tyłach. W latach dziewięćdziesiątych pokolenie amerykańskich wojskowych, którzy przeszli przez Wietnam, pod wpływem strat w Zatoce Perskiej zadało sobie pytanie, czy przypadkiem sami się nie oszukują. W 1992 roku amerykański lekarz, pułkownik David Sadach, odkopał mało znane raporty z czasów drugiej wojny światowej i wojny w Wietnamie.

Sięgał nie tyle do wojskowych, co do medycznych statystyk z pierwszej linii frontu. Medycy notowali rodzaje ran oraz badali fragmenty pocisków wydobywane z ciał, co pozwalało ustalić, jakiej broni użyto. Wyniki były porażające. Badania ran odniesionych przez amerykańskich marines na Nowej Georgii wykazały, że około osiemnastu procent zabitych i rannych padło od ognia bratobójczego.

Nawet po ostrożnej korekcie liczba spadła tylko do czternastu procent. To nadal siedem razy więcej niż przyjęty dwuprocentowy standard. Kampania na Nowej Georgii, choć ostatecznie zwycięska, uznawana jest za poprowadzoną niezbyt kompetentnie. Już walki na wyspie Bougainville oznaczały straty od ognia bratobójczego w wysokości około dwunastu procent.

Taktyka piechoty została usprawniona, marines zdobyli doświadczenie, ale dwanaście procent nadal nie daje się porównać z magicznymi dwoma procentami. W Wietnamie, na poważnej próbce sześciu tysięcy zabitych i rannych, doliczono się jedenastu procent ofiar ognia bratobójczego. Statystyka nigdy nie chciała spaść do poziomu dwóch procent. Wniosek był oczywisty: straty od ognia bratobójczego zawsze były znacznie zaniżone.

Jeśli przyjąć całościowy współczynnik na poziomie dwunastu procent, w czasie drugiej wojny światowej w ten sposób zginęło prawie pięćdziesiąt tysięcy Amerykanów. W takiej sytuacji każdy procent ma znaczenie. W 2006 roku sprawą friendly fire zajęli się Brytyjczycy. Powód?

Mrożące krew w żyłach statystyki i wyjątkowo medialny fakt. Pierwszym poległym Brytyjczykiem w czasie inwazji na Irak była ofiara ognia bratobójczego. Samoloty A-10 ostrzelały pojazdy brytyjskiej armii, zabijając jednego żołnierza. Odpowiedni materiał wideo z perspektywy pilota trafił do mediów.

Kulisy tej sytuacji były wstrząsające i niezależnie od dostępnej technologii ujawniały, jak niewiele zmieniło się od czasów drugiej wojny światowej. Brytyjskie straty w Iraku były minimalne, ale na tej mikropróbce znów wyszła dziwna rozbieżność: spośród trzydziestu trzech ofiar aż sześć, czyli osiemnaście procent, było efektem ognia bratobójczego. Kolejne badania tylko potwierdzały skalę problemu. Na bazie dwóch tysięcy dwustu siedemdziesięciu ośmiu potwierdzonych przypadków friendly fire wyliczono, że aż pięćdziesiąt procent dotyczyło operacji ziemia–ziemia, a na drugim miejscu z dziewiętnastoma procentami znalazły się przypadki powietrze–ziemia.

Najrzadsze były interakcje morze–ziemia i ziemia–morze. Ofiarami ognia bratobójczego padały przede wszystkim jednostki lądowe, obrywające z lądu i z powietrza. Nic dziwnego, że żołnierze na ziemi nieraz strzelali do wszystkiego, co pojawiało się nisko na niebie. Siódmego sierpnia 1944 roku w Normandii doszło do licznych przypadków ostrzelania alianckich jednostek przez brytyjskie myśliwce.

Jedna z kompanii amerykańskiego 120. pułku piechoty najpierw straciła dowódcę od sojuszniczego nalotu, a dwie godziny później jego zastępcę. Takie wypadki prowadziły do paranoi w jednostkach lądowych. Śmierć George’a Preddy’ego Juniora jest wypadkową strat, które alianci ponosili od własnych myśliwców.

Najłatwiej było zliczyć spektakularne przypadki maszyna kontra człowiek, człowiek kontra maszyna. Mgła wojny opadała jednak na realia walk w terenie zabudowanym i straty od ognia z broni małokalibrowej. Dlatego tak ważne na tle głośnych przypadków są statystyki wzięte prosto z walk na Pacyfiku czy w Wietnamie. Pokazują one, że walka piechoty niesie ze sobą bardzo poważne ryzyko friendly fire.

Całkowity procent strat od ognia bratobójczego na Pacyfiku i w Wietnamie zamyka się w przedziale od dziesięciu do około dwudziestu czterech procent. Historycy musieli zadać sobie jeszcze jedno pytanie: czy te ustalenia działają wstecz, a jeśli tak, to jak daleko? Opracowano więc wskaźnik ryzyka wystąpienia przypadku ognia bratobójczego na jeden dzień działania jednostki w boju. Na bazie danych z Normandii z 1944 roku ustalono go na 0,09.

Na Falklandach w 1982 roku wyniósł 0,09, w Iraku w 2003 roku 0,07. Przy konfliktach o mniejszej próbie, takich jak wojna w Zatoce Perskiej, wskaźnik szedł wyraźnie do góry, nawet czterokrotnie. Fascynujące jest to, że historycy byli w stanie cofnąć się najwcześniej do kampanii pod Waterloo z 1815 roku, doskonale opisanej przez uczestników, i obliczyli wskaźnik ryzyka friendly fire na 0,13 na dzień działania batalionu. Ta statystyka w późnych wojnach napoleońskich byłaby więc nieco gorsza niż z lata 1944 roku, ale zdecydowanie lepsza niż z czasów wojny w Zatoce.

Poziom strat zależał też od rodzaju broni użytej przy bratobójczym ostrzale, co powoduje kolejny problem statystyczny. Zdobycze technologiczne raczej na dłuższą metę nie pomagają w eliminowaniu incydentów ognia bratobójczego. Postęp wręcz się resetuje: im nowsza technologia, tym większy zasięg, większa śmiertelność i trudność w namierzeniu właściwego celu. W ten sposób dochodzimy do uśrednionego szacunku strat od ognia bratobójczego.

Trzeba tylko odrzucić zarówno skrajnie niskie przypadki, takie jak straty amerykańskiej marynarki, jak i skrajnie wysokie, jak w wojnie w Zatoce. Wedle pewnego pływającego konsensusu historyków ogień bratobójczy odpowiada za około dziesięć do czternastu procent wszystkich strat bojowych. Dziesięć do czternastu procent. To znacznie więcej niż magiczne dwa procent.

Świadomość, że nawet co szósty żołnierz mógł zginąć z rąk sojusznika, podkopuje heroiczną narrację o starciu z wrogiem. Oczywiście można zapytać, dlaczego po prostu nie wyeliminować problemu. Nie da się. Amerykańska instytucja Office of Technology Assessment nakreśliła wykres, który wskazuje, że armia zbyt ostrożna, unikająca jak ognia ognia bratobójczego, musi ponosić większe straty od ognia przeciwnika.

Idealnie można zmierzać tylko ku dolinie pośrodku, ku balansowi między profesjonalizmem, agresywnością na polu walki a rozwagą w namierzaniu celów. Chodzi o osiągnięcie jak najmniejszych strat przy realizacji celów, co przeważnie przekłada się na zwycięstwo. Współczesne podejście do ognia bratobójczego po cichu zmierza ku tym samym wnioskom co kilka wieków temu. Nie ma znaczenia, ilu żołnierzy polegnie od friendly fire.

Ważne jest, kto ostatecznie zwycięży na polu bitwy.