W grudniu 1941 roku Churchill usłyszał w radiu o Pearl Harbor i miał powiedzieć Rooseveltowi, że to znacznie ułatwia sprawy. Pomyślał wtedy: wygraliśmy wojnę. A jednak po niemieckiej stronie…

W grudniu 1941 roku Churchill usłyszał w radiu o Pearl Harbor i miał powiedzieć Rooseveltowi, że to znacznie ułatwia sprawy. Pomyślał wtedy: wygraliśmy wojnę. A jednak po niemieckiej stronie...

W 1946 roku w Norymberdze Hermann Göring został zapytany, kiedy przestał wierzyć w zwycięstwo Niemiec. Odpowiedział, że sytuacja nie była aż tak zła do czasu ofensywy w Ardenach. Dopiero wtedy sprawy zaczęły wyglądać groźnie. Z dzisiejszej perspektywy łatwo uznać te słowa za przejaw niezwykłej naiwności.

Thumbnail

Przecież po fakcie wiemy, że Niemcy przegrały tę wojnę znacznie wcześniej. Ale czy naprawdę tak to wyglądało z ich strony? Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do 7 grudnia 1941 roku. Tego wieczoru Winston Churchill spędzał czas z amerykańskimi dyplomatami, Johnem Winantem i Averellem Harrimanem.

To właśnie podczas tego spotkania dowiedział się z radia o japońskim ataku na Pearl Harbor. Natychmiast zadzwonił do prezydenta Roosevelta i miał mu powiedzieć, że to znacznie ułatwia sprawy. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych było punktem zwrotnym, zwłaszcza w połączeniu z zatrzymaniem niemieckiej ofensywy pod Moskwą i kontratakami Armii Czerwonej. Churchill w przypływie entuzjazmu zapisał później, że pomyślał wtedy: wygraliśmy wojnę.

Pytanie jednak brzmi, czy Niemcy również zdawali sobie wtedy sprawę, że wojna jest przegrana. Co myśleli generałowie, żołnierze, politycy i sam Hitler? Co naprawdę pozbawiło ich złudzeń? Grudzień 1941 roku to przede wszystkim bitwa pod Moskwą, zwykle wskazywana jako pierwszy wielki punkt zwrotny wojny.

Historia pisana po 1945 roku korzysta jednak z wiedzy, której współcześni nie mieli. Łatwo połączyć kropki i poprowadzić linię od grudnia 41. roku aż do upadku Berlina. Ale to, co naprawdę zaskakuje, to fakt, że wydarzenia z 7 grudnia po niemieckiej stronie zostały odebrane z pewną ulgą.

Jeszcze na kilka godzin przed atakiem na Pearl Harbor Joseph Goebbels zapisał, że oddziały niemieckie są totalnie wyczerpane i niezdolne do wielkiej akcji zaczepnej. Zdobycie Moskwy przestało być realne, przynajmniej w 1941 roku. A jednak początek grudnia przyniósł ministrowi propagandy swego rodzaju wytchnienie. Kilka dni wcześniej Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Finlandii, Węgrom i Rumunii.

Goebbels gratulował sobie takiej sytuacji, bo nie istniało już niebezpieczeństwo, że któryś z sojuszników Osi odskoczy. A 8 grudnia, już z wiedzą o Pearl Harbor, zapisał, że poważne zagrożenie na jakiś czas się oddaliło. Roosevelt nie będzie już taki bezczelny. Wojna stała się naprawdę światowa, a sytuacja militarno-polityczna w 1942 roku miała być dla Niemiec bardziej korzystna.

Rzeczywiście, kolejne dni i tygodnie mogły napawać aliantów niepokojem. Japończycy odnosili spektakularne sukcesy na odległych frontach. 10 grudnia Churchill otrzymał ponure wieści o zatopieniu okrętów Prince of Wales i Repulse. Mówił później, że to był największy szok, jaki przeżył w tej wojnie.

Dla państw Osi to był kolosalny sukces, ale w samym środku kryzysu na froncie wschodnim część oficerów traktowała to jako pocieszenie. Generał Gotthard Heinrici w wigilię 1941 roku napisał do żony, że katastrofa trwa, a na szczycie w Berlinie nikt nie chce się do tego przyznać. Gdy bogowie chcą kogoś zniszczyć, najpierw czynią go ślepym. Heinz Guderian, choć pisał te słowa dopiero po wojnie, wspominał, że żołnierze dziwili się, iż Hitler wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym, a Japonia ze swojej strony nie wypowiedziała wojny Związkowi Radzieckiemu.

To była dla nich dziwna polityka, która nie przyniosła ulgi. Najszybciej złudzenia tracili ci, którzy zajmowali się logistyką, zaopatrzeniem i produkcją. W tych kręgach świadomość połączonego potencjału gospodarczego Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego była przytłaczająca. Albert Speer wspominał spotkanie z Fritzem Todtem, ministrem uzbrojenia i amunicji.

Todt wrócił właśnie z inspekcji na wschodnim teatrze wojny. Widział zamarzniętych rannych w pociągach sanitarnych, oddziały odcięte od świata przez śniegi i mróz, niezadowolenie i zwątpienie wśród żołnierzy. Przygnębiony stwierdził, że Niemcy nie są zdolni do znoszenia takich trudów ani fizycznie, ani duchowo. Mówił, że to walka, w której przewaga będzie po stronie ludzi prymitywnych, zdolnych do przetrwania wszystkiego.

Niemcy są zbyt wrażliwi i muszą ulec. W końcu zwyciężą Rosjanie i Japończycy. Dziwacznie sformułowany pesymizm, ale Todt miał powody do ponurego nastroju. Miał dostęp do danych, które budziły niepokój.

Krytyczna sytuacja na froncie to jedno, ale perspektywy na przyszłość były jeszcze gorsze. Todt należał do pierwszych wysokich urzędników Rzeszy, którzy w tym momencie stracili wiarę w zwycięstwo. To właśnie ludzie zaangażowani gospodarczo w atak na Związek Radziecki najszybciej pozbawieni zostali złudzeń. Generał Georg Thomas, odpowiedzialny za zbrojenia w naczelnym dowództwie Wehrmachtu, w grudniu i styczniu ostrzegał, że problemy z zaopatrzeniem będą tylko narastać.

Malował depresyjne scenariusze, które później się sprawdziły. System Trzeciej Rzeszy miał jednak wiele zaworów bezpieczeństwa. Defetyzm był szybko eliminowany. Hitler doprowadził do dymisji licznych dowódców, w tym von Brauchitscha ze stanowiska naczelnego dowódcy, a w cień usunął też doświadczonych oficerów jak Guderian.

Wykorzystał kryzys moskiewski nie tylko do wzmocnienia swojej władzy nad wojskiem, ale też do odświeżenia oblicza Wehrmachtu i poprawy działania wywiadu. Fremde Heere Ost, która tak źle oceniała potencjał Armii Czerwonej, przeszła zmiany strukturalne. W nocy z 7 na 8 lutego 1942 roku Fritz Todt zginął w katastrofie lotniczej. Hitler miał być wstrząśnięty, ale na stanowisko ministra uzbrojenia mianował Alberta Speera.

Ten głośnym planem racjonalizacji przemysłu rozwiązał część problemów niemieckiej zbrojeniówki, ale też zagarniał kolejne kompetencje różnych urzędów. Swoje stanowisko stracił generał Thomas. Speer twierdził, że system eliminował krytyków, a w Hitlerze uzyskał narzędzie powolne, ale uległe. Zmiana ta wpisywała się w zasadę doboru negatywnego, która dominowała w otoczeniu Hitlera.

Na sprzeciw odpowiadał on wyborem kogoś bardziej posłusznego. Niezależnie od tych zmian, zarówno Hitler, jak i najbardziej optymiści w Rzeszy zdawali sobie sprawę, że wojna na wyniszczenie z wielkimi potęgami gospodarczymi musi przynieść Niemcom porażkę. Dlatego należało unikać przedłużającej się wojny gospodarczej. Speer czuł się jak ktoś, kogo praca polega na nadmuchiwaniu gumowych ludzików, z których uszło powietrze.

Ale do porażki militarnej było jeszcze daleko. Na początku 1942 roku państwa Osi wchodziły na szczyt swoich możliwości. Niemiecka i włoska propaganda coraz mocniej podkreślały imponujące postępy Japończyków oraz nową ofensywę w Afryce Północnej. Do tego doszło znaczne zwiększenie produkcji zbrojeniowej.

Speer chwalił się, że już pół roku po objęciu urzędu produkcja wzrosła. W sierpniu 42. roku produkcja broni wzrosła o 27 procent, czołgów o 25 procent, a amunicji niemal dwukrotnie. Ogółem produkcja zbrojeniowa wzrosła o prawie 60 procent w porównaniu z lutym.

Mimo zaczynających się nalotów, do lipca 44. roku produkcja miała wzrosnąć jeszcze bardziej, od wskaźnika 98 w 1941 roku do szczytowego 322 w lipcu 1944. Rok 1942 to także intensyfikacja bitwy o Atlantyk. Alianci stracili w wyniku ataków okrętów podwodnych 1155 statków handlowych, podczas gdy rok wcześniej było to 457.

W połączeniu z odparciem desantu pod Dieppe, realizacją planu Błękitnego i upadkiem Tobruku w czerwcu 42. roku morale państw Osi wzrosło do bardzo wysokiego poziomu. Nawet Włosi zaczęli wierzyć, że u boku Niemców może ich czekać zwycięstwo. Jeśli po kryzysie moskiewskim państwa Osi potrafiły się tak poważnie odgryźć, to kto mógł twierdzić, że wojna jest przegrana?

To uniesienie nie trwało jednak długo. Kombinacja bitew pod El Alamein i Stalingradem, operacji Torch w Afryce Północnej oraz japońskich porażek pod Midway i na Guadalcanal to drugi, jeszcze większy kryzys niż ten po Moskwie. Od lutego 1943 roku rozpoczął się prawdziwy kryzys wizerunkowy Rzeszy, narodowego socjalizmu i samego Hitlera. Raporty z pierwszych miesięcy 43.

roku wskazują, że klęska stalingradzka odbiła się krytycznie na morale żołnierzy, oficerów i cywilów. Propaganda została skierowana na nowy front. Doświadczenia ze wschodu miały dowodzić, że Rosjanie odwracają losy wojny dzięki przygotowaniu ideologicznemu. Kluczowe wydawało się przekazanie żołnierzom Wehrmachtu i Waffen-SS, o co naprawdę toczy się gra.

Generał Heinrici wskazywał, że żołnierze muszą przejść szkolenie ideologiczne obejmujące takie tematy: znaczenie wojny, cele nieprzyjaciół, zwycięstwo w wojnie totalnej. Kompromis jest niemożliwy. Niemcy na kolejne klęski odpowiadali radykalizacją. Jeden z żołnierzy pisał do rodziny, że to sprawa życia i śmierci, że Rosja jest ich przeznaczeniem.

Walka osiągnęła poziom srogości, który wymyka się opisom. Powtarzano im, że nikt nie ma prawa wrócić do domu żywy. Byli w pełni przygotowani. Radykalizacja dotyczyła też stosunku do sojuszników.

Niemcy przygotowywali się do rozbrojenia włoskiej armii i trzymali w rękawie kilka asów, jak Horię Simę, przywódcę rumuńskiej Żelaznej Gwardii. Mieli też nadzieję na udział Bułgarii w wojnie obronnej. Mimo wysiłków sojusz sypał się od środka. Upadek Włoch we wrześniu 43.

roku był poważnym kryzysem, ale Niemcy patrzyli na to z dwóch perspektyw. Utrzymywali Włochy na nogach, wysyłając jednostki do Afryki, na Sycylię i na Półwysep Apeniński, ale także poważne dostawy zaopatrzenia. Formalnie niemieckie jednostki podlegały włoskiemu dowództwu, więc przejęcie przez Niemców pełnej kontroli nad frontem włoskim mogło oznaczać oszczędności. Rozbrojenie sił włoskich było cichym zwycięstwem Niemców i porażką aliantów, którzy nie mogli liczyć na setki tysięcy włoskich żołnierzy.

W tym czasie Niemcy wkraczały w fazę decydującą, ale też subiektywnie największej potęgi. Miasta stawały się celem intensywnych bombardowań, ale produkcja zbrojeniowa rosła. Choć Niemcy pod Kurskiem stracili tysiąc czołgów, do końca 43. roku wysłali na front wschodni kolejne 8900.

Rozrastała się też armia. Mimo wielkich porażek, Wehrmacht, Waffen-SS, Luftwaffe i Kriegsmarine miały pod bronią ponad dwa razy więcej żołnierzy niż na początku wojny. Wystawione późno w wojnie dywizje pancerne cechował pewien entuzjazm dobrze przygotowanych ideologicznie żołnierzy. Nowe czołgi jak Pantery, broń automatyczna, zwycięstwa w defensywie i lokalnych kontratakach pozwalały utrzymać realne zaangażowanie.

Nawet jeśli było to zaangażowanie zrodzone z katastroficznego nacjonalizmu. To właśnie po Stalingradzie, aż do jesieni 43. roku, powstała nowa podstawa dla niemieckiego oporu. Generał Jodl 7 listopada 43.

roku mówił, że będą bronić nawet ruin ojczyzny do ostatniego pocisku, bo życie w ruinach jest tysiąc razy lepsze od życia w niewoli. Mówił też, że zwyciężą, bo muszą zwyciężyć, inaczej historia straciłaby sens. Prywatnie Jodl miał stracić wiarę po Stalingradzie, ale nadal powtarzał propagandowe frazesy. Część żołnierzy, trudna do oszacowania, faktycznie wierzyła, że wojnę da się jeszcze wygrać albo przynajmniej uniknąć porażki takiej jak w listopadzie 1918 roku.

Sami alianci nie ułatwiali Niemcom znalezienia alternatywnej drogi wyjścia z konfliktu. Żądanie bezwarunkowej kapitulacji zamykało fanatyków i zbrodniarzy w oblężonej twierdzy. Bombardowania przybliżały wojnę do frontu domowego, ale Niemcy nadal mogli liczyć na ogromną odległość od naziemnych frontów. Kolosalne sukcesy z lat 1939–1941 odsunęły ryzyko wkroczenia wroga na tereny Rzeszy o tysiące kilometrów.

Jeszcze przed utratą Monte Cassino wiosną 44. roku Niemcy mieliby problem z określeniem, ile wojna może potrwać. Niemal cała Europa nadal należała do państw Osi. Wehrmacht obiektywnie był mocniejszy niż w 41.

roku, bo na miejsce poobijanych jednostek trafiały nowe, wzmocnione dywizje Waffen-SS. Dowództwo przyjęło plan Hitlera: odczekać do alianckiej inwazji na zachodzie, zdusić ją w zarodku, a potem przerzucić siły na wschód. Z perspektywy czasu wygląda to jak plan szaleńca, który nie chciał zaakceptować rzeczywistości, zwłaszcza rosnącej dysproporcji w produkcji i demografii. Ale dopóki nowe czołgi trafiały do dywizji, dopóki nowe pokolenia młodych mężczyzn przygotowanych przez nazizm trafiały do jednostek, dopóki przeciwnik popełniał błędy i ponosił straty, wojna z perspektywy Niemców była daleka od przegranej.

Skoro plan zakładał rozbicie inwazji, nie może dziwić, że lądowanie w Normandii Niemcy przyjęli podobnie jak 7 grudnia 1941 roku. Raporty SD zwracały uwagę, że rozpoczęcie inwazji odbierano powszechnie jako uwolnienie od nieznośnego napięcia i uciążliwej niepewności. Wiadomość o inwazji przyjęto po części z dużym entuzjazmem. Przecież to alianci wpadli w pułapkę.

Wystarczyło tylko pokazać Anglosasom, co potrafią niemieckie dywizje. Problemem okazała się jednak nie tyle piechota, która na długie tygodnie utknęła w Normandii, co totalna dominacja aliantów w powietrzu. Niemcy nie mogli wyeliminować przyczółka. Jeden z niemieckich majorów w niewoli mówił koledze, że między 6 a 16 czerwca widział na niebie jeden jedyny niemiecki samolot rozpoznawczy, a poza tym całkowite panowanie Amerykanów.

Dla niego ten rozdział był zamknięty. Całe armie zostały rozbite w ciągu kilku dni. Operacje Overlord i Bagration, wraz z przełamaniem frontu włoskiego, doprowadziły do kolosalnych strat niemieckich i ogromnej przewagi aliantów. Doszło też do kluczowej zmiany: wkroczenia sił wroga na tereny wielkiej Rzeszy.

Dopiero wtedy ważne osoby dla reżimu, jak Erwin Rommel, były przekonane, że wojna jest przegrana. Badania alianckie na niemieckich jeńcach potwierdzają tę zmianę. W czerwcu połowa przesłuchiwanych Niemców wierzyła, że Trzecia Rzesza wygra wojnę. W sierpniu było to 18 procent, we wrześniu zaledwie 7,5 procent.

Ale żołnierze nadal widzieli sens w dalszej walce. Część trzymała się nadziei na krwawy remis albo zgniły kompromis. Porzucenie tej nadziei zniweczyłoby cały dotychczasowy wysiłek i zaangażowanie emocjonalne. Kryzys morale sięgnął dna w momencie zamachu na Hitlera.

Ujawnił on ostatecznie niewiarę szerokiego środowiska oficerskiego w to, że Hitler może doprowadzić do jakiejkolwiek formy porozumienia czy honorowej kapitulacji. Sinusoida niemieckiego doświadczenia przegrywania wojny jeszcze się nie skończyła. Jesienią 44. roku morale niemieckich żołnierzy wyraźnie się podniosło.

Co więcej, wyszło na jaw, że żołnierze i oficerowie niższych szarż nie podzielali poglądów oficerów-spiskowców. To jeden z największych paradoksów badań nad morale niemieckich żołnierzy: dysproporcja między wiarą w zwycięstwo militarne a wiarą w Hitlera. Amerykańskie badania wskazywały, że Hitler miał pozytywną opinię u 60 procent jeńców nawet na kilka tygodni przed upadkiem Berlina. Perspektywa piechura nie wykraczała często poza kawałek brudnego terenu wokół niego, zwłaszcza tak blisko ojczystej ziemi.

Mówi się o cudzie odbudowy Wehrmachtu jesienią 44. roku, ale niewiele tam było cudu. To była kumulacja ostatnich zasobów. Do jednostek wracali ozdrowieńcy, skracające się linie zaopatrzeniowe pozwalały szybciej wystawić i uzbroić nowe formacje, jak chociażby Grenadierów Ludowych.

Nie należy ich mylić z Volkssturmem, to dwie różne koncepcje. Alianci jesienią 44. roku byli zresztą umęczeni. Najbardziej poobijane dywizje amerykańskie przechodziły rotację.

Żołnierze stacjonujący w Lotaryngii, Holandii czy Belgii nie mieli szczególnie wysokiego morale. Mieli raczej kaca po tym, że wojny nie udało się wygrać z marszu. Po euforii z sierpnia, źle dowodzeni i walczący w coraz gorszych warunkach, nie wierzyli, że wojna skończy się lada dzień. Weterani różnych narodowości coraz rzadziej mieli odwagę myśleć o końcu wojny.

Amerykanie służący w pułkach piechoty nie mieli większych szans na przeżycie niż ich ojcowie w pierwszej wojnie światowej. Brytyjskie dane wskazywały, że żołnierz walczący od Normandii ryzykował śmierć przed końcem wojny na poziomie 14 procent, nie mówiąc o ranach. Po stronie niemieckiej doszło wtedy do ostatecznego podporządkowania Wehrmachtu partii i ideologii nazistowskiej. Tak zwane pozdrowienie niemieckie zastąpiło salut wojskowy.

Czystka po zamachu na Hitlera oznaczała kolejną fazę zaostrzenia propagandy i dyscypliny. Ale błędem byłoby uznać, że żołnierzy zmuszano do walki siłą. Ostre środki dyscyplinarne wpisywały się w szerszy arsenal walki o bezpieczne tyły. Oficjalna narracja wciąż pielęgnowała pamięć o porażce z 1918 roku jako o porażce wewnętrznej, zdradzie.

Na ratunek morale przychodziły też nie tyle legendarne cudowne bronie, co realne wydarzenia. Powstanie warszawskie było powszechnie odbierane jako ostateczne rozwiązanie problemu polskiej partyzantki. W wyniku operacji Panzerfaust Węgry zostały podporządkowane Niemcom, Budapeszt obroniono w dramatycznych walkach. Ten względny porządek na tyłach oraz utrata kolejnych okupowanych terytoriów i niepewnych sojuszników mogły upewniać Niemców, że tylko od nich zależy wynik wojny, że nie otrzymają już ciosów w plecy.

Göring w Norymberdze zaprzeczył, jakoby to Stalingrad pozbawił go złudzeń. Nie, wtedy było jeszcze daleko do końca. Sytuacja nie była taka zła aż do Ardenów. Dopiero wtedy sprawy zaczęły wyglądać groźnie.

Jak pokazaliśmy, nie była to odosobniona opinia. Nie oddaje ona oczywiście całego spektrum postaw, zależnych od stopnia, wieku, przynależności do Waffen-SS czy Wehrmachtu i własnych doświadczeń. Ale coś w tym jest. Przed ofensywą w Ardenach pułkownik Joachim Gutmann z drugiej Dywizji Pancernej raportował, że morale żołnierzy jest lepsze niż na początku wojny.

Generał Hasso von Manteuffel potwierdzał, że większość żołnierzy wierzyła w sukces. Ofensywę w Ardenach Stalin mógł przyjąć z politowaniem, ciesząc się z roztrwonienia niemieckich rezerw pancernych i paliwa. Ale w pierwszych dniach żołnierze Wehrmachtu i Waffen-SS naprawdę entuzjazmowali się atakiem, który przyniósł wymierne sukcesy. Do niewoli wzięto między 20 a 24 tysiące alianckich żołnierzy.

Na wschodzie Niemcy też nie pogodzili się z porażką. Świadczy o tym memoriał sylwestrowy Reinharda Gehlena, szefa Fremde Heere Ost, napisany między 31 grudnia a 1 stycznia. Gehlen twierdził, że wojna na wschodzie nie jest jeszcze przegrana. Uważał jednak, że do sukcesu potrzebne jest oderwanie dowodzenia armią od postaci Adolfa Hitlera.

Guderian dał się przekonać tym argumentom. Doszli do wniosku, że tylko przerwanie działań zaczepnych na zachodzie i natychmiastowe przesunięcie punktu ciężkości na wschód mogło stworzyć skromną szansę powstrzymania wielkiego natarcia rosyjskiego. To właśnie nieudana obrona przed styczniową ofensywą Armii Czerwonej okazała się przełomowym momentem, ostateczną akceptacją tego, że wojna nie skończy się dla Niemców zwycięstwem ani nawet remisem. Wróćmy do Norymbergi i przesłuchania Göringa.

Jackson zapytał, w którym momencie zrozumiał, że wojna jest przegrana ze względu na cele, które chciał osiągnąć. Göring odpowiedział, że w połowie lub pod koniec stycznia 45. roku przestały istnieć jakiekolwiek nadzieje. Należy rozróżniać dwie fazy: zwycięskie i remisowe zakończenie wojny.

Moment zrozumienia, że wojna nie może skończyć się zwycięsko, przyszedł znacznie wcześniej. Ale podając tę datę, miał na myśli moment zrozumienia nadchodzącej klęski. Dopiero z kompleksową wiedzą po fakcie możemy uznać ten pogląd za naiwny. Morale niemieckich wojsk od grudnia 41.

roku poruszało się po specyficznej sinusoidzie. Po wielkich dołkach następowały momenty uniesienia, których nie da się zrzucić tylko na propagandę. Konsekwencje przegranej wojny gospodarczej były mocno odsunięte w czasie. Defetystyczne nastroje niemieckich żołnierzy nie różniły się nawet do końca wojny od podobnych uczuć u przeciwników.

Prawdziwa przegrana militarna z perspektywy Niemców nastąpiła między czerwcem 44. a styczniem 45. roku. Ostatni oficerowie pozbawieni zostali złudzeń w jednym krytycznym momencie, kiedy armia nie była w stanie utrzymać własnych tyłów.

Generał Friedrich von Mellenthin był świadkiem, jak cały system uzupełnień został pożarty przez potrzeby frontu. Kiedy kwatermistrzowie, instruktorzy i żołnierze jednostek zaopatrzeniowych zostali wysłani pod broń, stało się jasne: cenne rezerwy zostały wyczerpane i nie było już nic, co mogłoby odsunąć nadchodzącą katastrofę na wschodzie. W tym momencie wojna z perspektywy Niemców wkraczała w fazę życzeniową. Nie brakowało nadal wierzących, może nie tyle w zwycięstwo militarne, co w jakiś sukces dyplomatyczny.

Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.