„A wiecie w ogóle, jaka nasza Ania była za młodu?” – usłyszałam nagle przy własnym stole, gdy Joanna odstawiła filiżankę prosto na obrus. Siedzieli tam moi współpracownicy, moja szefowa, siostra z…

„A wiecie w ogóle, jaka nasza Ania była za młodu?” – usłyszałam nagle przy własnym stole, gdy Joanna odstawiła filiżankę prosto na obrus. Siedzieli tam moi współpracownicy, moja szefowa, siostra z...

Wciąż pamiętam ten moment, kiedy Joanna odkładała filiżankę na stół. Nie trafiła w spodek, herbata chlusnęła na obrus, a moja ręka odruchowo sięgnęła po serwetki. W salonie panował zwykły dla takich spotkań rozgardiasz, wszyscy powoli kończyli deser. I dopiero po chwili dotarło do mnie, że Joanna mówi prosto do mnie.

Thumbnail

Postukała łyżeczką w brzeg porcelany, przeczekała, aż towarzystwo zamilknie, i rzuciła z uśmiechem: – A wiecie w ogóle, jaka nasza Ania była za młodu? Dziś taka poukładana, elegancka, odprasowana od linijki. A kiedyś potrafiła sterczeć pod drzwiami przez pół godziny, bojąc się nacisnąć klamkę. Zdawało jej się, że wszyscy tylko na nią patrzą.

Przez moment nawet nie zorientowałam się, że ta anegdota jest o mnie. Przy stole siedzieli moi współpracownicy, w tym kierowniczka z biblioteki, moja starsza siostra Teresa ze szwagrem, sąsiadka z naprzeciwka, pani Krystyna, no i sama Joanna, moja przyjaciółka od ponad dwudziestu lat. Zastygłam z talerzykiem w dłoniach, czując, jak policzki zalewa mi fala gorąca. Joanna tymczasem omiotła wzrokiem zebranych, uśmiechnęła się promiennie i ciągnęła dalej: – Wyobraźcie sobie dom kultury.

Późne popołudnie, jakieś studenckie spotkanie. Ania stoi pod schodami, ściskając w dłoniach kopertę. W środku zaproszenie na wernisaż. Miała tylko wejść na piętro i wręczyć je chłopakowi, którego wtedy nawet dobrze nie kojarzyła.

I tak krążyła w kółko przez czterdzieści minut, panicznie bojąc się, że on pomyśli, iż za nim lata. W końcu podchodzi do mnie i pyta: „Joasia, a co jeśli nie weźmie? Gdzie ja to schowam? ” No powiedzcie sami, czy to nie komiczne?

Miała wtedy dwadzieścia dwa lata. Towarzystwo parsknęło śmiechem. Najpierw pojedynczym, potem już huraganowym. Teresa zerknęła na mnie z zaciekawieniem.

Szwagier tylko pokręcił głową z rozbawieniem. A pani Krystyna rzuciła: – Ojej, a ja panią Anię znam wyłącznie jako opanowaną i zorganizowaną osobę. W życiu bym nie pomyślała. Chciałam cokolwiek wtrącić, ale Joanna nie zwalniała tempa.

Opowiadała ze szczegółami, jak przez kolejne dwa tygodnie zamartwiałam się, że zrobiłam z siebie pośmiewisko. Jak potem wyszło na jaw, że ten chłopak w ogóle się nie zjawił, a list wcisnęłam jego matce. Jak ryczałam w szatni po tym, gdy moja mama rzuciła chłodno: „Przestań się mazać, nie jesteś już małą dziewczynką, weź się w garść”. Joanna mówiła to z taką lekkością i ciepłym przekąsem, jakbyśmy od zawsze wspólnie zaśmiewały się z tych wspomnień.

Ja natomiast siedziałam bez ruchu, łapiąc z trudem powietrze. Ta historia nie była ani straszna, ani haniebna. Nikt przy stole nie usłyszał niczego, co zrujnowałoby moją reputację. Ale to była moja prywatność, moja własna, intymna sprawa.

Zwierzyłam się z tego Joannie wieki temu, gdy siedziałyśmy w jej kuchni nad kubkami z herbatą i dzieliłyśmy się swoimi lękami. Nie opowiedziałam jej tego po to, by robiła z tego atrakcję imieninowego wieczoru. Zaufałam jej, bo uważałam ją za najbliższą osobę. Ona zaś bez mrugnięcia okiem zamieniła mój dawny wstyd w tani dowcip.

Najgorsze było to, że goście słuchali jej z wypiekami na twarzy. Widziałam potakującą z uśmiechem szefową i rozbawioną siostrę. Wszyscy świetnie się bawili. Milczałam.

Dobre wychowanie nie pozwalało mi urządzać scen. Zresztą co niby miałam zrobić? Gdybym krzyknęła: „Przestań to rozpowiadać”, wyszłabym na histeryczkę i pieniaczkę. Zaprzeczyć?

Przecież to była prawda. Czekałam po prostu, aż skończy. Wreszcie Joanna rozłożyła teatralnie ręce i podsumowała: – I oto, proszę państwa, jakim cudem nasza Ania wyrosła na najdzielniejszą bibliotekarkę w mieście. Teraz codziennie staje twarzą w twarz z setkami czytelników i nie robią na niej wrażenia nawet ci, co oddają książki z pozaginanymi rogami.

Kolejna fala śmiechu. Zmusiłam się do bladego uśmiechu i rzuciłam coś w stylu: – Daj już spokój, Joasiu. Machnęła tylko ręką, sięgając po dzbanek. Odstawiłam talerz i wymknęłam się do kuchni pod pretekstem nastawienia wody na herbatę.

W rzeczywistości musiałam po prostu uciec z pokoju, żeby nie pęknąć i nie rozpłakać się na oczach wszystkich. Odkręciłam kran, nalałam wody do czajnika elektrycznego i wcisnęłam przycisk. Stałam tyłem do okna, wpatrując się w drzwiczki szafki. Z salonu dobiegały kolejne wybuchy śmiechu.

Joanna przeszła już do opowiadania zabawnych historii ze swojego biura podróży. Słyszałam strzępy jej głosu i nie potrafiłam pojąć, po co to zrobiła. Chciała pokazać, jaka zabawna bywam? Udowodnić towarzystwu, że zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny?

Czy po prostu kompletnie wyłączyła myślenie? Czajnik pstryknął. Zalałam torebkę w kubku, choć wcale nie miałam ochoty na herbatę. Potrzebowałam tylko zająć czymś ręce.

W progu stanęła Teresa. Podeszła do suszarki, sięgnęła po kubek, nalała sobie wrzątku i zapytała cicho: – Co ty tu robisz? Obraziłaś się? – Nie – rzuciłam zbyt szybko i zbyt sztywno.

– Przecież widzę. Po jej gadaniu zrobiłaś się blada jak ściana i całkiem zdrętwiałaś. Wpatrywałam się w parujący napar, czując na sobie jej badawczy wzrok. – Przecież Aśka nie chciała ci zrobić na złość – podjęła siostra.

– Chciała po prostu rozruszać towarzystwo. Przecież wiesz, jaka ona jest. Zawsze musi błyszczeć. – Nie prosiłam, żeby błyszczała moim kosztem – mruknęłam.

– To był zwykły żart, może mało fortunny, ale nie miała złych intencji. Spojrzałam na Teresę. Stała ze zmarszczonymi brwiami, zupełnie nierozumiejąca sytuacji. Zawsze twardziej stąpała po ziemi, podchodziła do życia prościej.

Dla niej słowa były po prostu słowami. Ja natomiast w swojej pracy dzień w dzień widzę, jak słowo potrafi zranić. Widziałam starszych ludzi płaczących przez niewinną uwagę na karcie bibliotecznej. Widziałam zażarte kłótnie o pojedyncze zdanie w gazecie.

Widziałam czytelniczkę, która rozdarła stronę w tomiku poezji, bo nie potrafiła poradzić sobie z emocjami wywołanymi przez autora. Moje wspomnienia, moja historia, moje niepewności – to wszystko należy do mnie i nikt nie ma prawa wchodzić tam z butami bez mojej zgody. Wiedziałam jednak, że Teresa tego nie pojmie. Rzuciłam tylko krótkie: – Nie przesadzajmy.

Postała jeszcze chwilę, wzięła kubek i wróciła do pokoju. Zostałam w kuchni, wsłuchując się w dobiegający zza ściany gwar. Było mi potwornie głupio, że znów czuję się taka nadwrażliwa. Chciałam po prostu wrócić, śmiać się z resztą i udawać, że nic się nie stało, ale ciało odmawiało mi posłuszeństwa.

Kiedy w końcu zebrałam się w sobie i weszłam do salonu, Joanna powitała mnie szerokim uśmiechem. – No nareszcie. Myślałam, że tam medytujesz nad tą herbatą. – Chciałam po prostu świeżego naparu – odparłam krótko i zajęłam swoje miejsce.

Rozmowy toczyły się dalej. Joanna brylowała, opowiadając o tym, jak w zeszłym miesiącu była w Ciechocinku na turnusie z dofinansowaniem z pracy. Ze szczegółami opisywała współlokatorkę, która chrapała tak głośno, że drżały szyby w oknach. Słuchałam jej i czułam, że nie ma we mnie wściekłości.

Był tylko głęboki, przytłaczający smutek. Zabolało mnie nie to, co powiedziała, ale fakt, że uznała, iż ma do tego pełne prawo. Że moje granice i mój komfort można bez wahania poświęcić w imię chwili śmiechu obcych ludzi. Impreza dobiegła końca około dwudziestej pierwszej.

Goście zaczęli zbierać płaszcze. Stałam w przedpokoju, podając okrycia i dziękując za życzenia oraz upominki. Joanna wychodziła na samym końcu. Objęła mnie mocno, cmoknęła w policzek i rzuciła: – Naprawdę super wieczór.

Cieszę się, że nie zaszyłaś się w kącie, tylko wreszcie zaprosiłaś ludzi. Przecież pamiętam czasy, kiedy wstydziłaś się nawet zapytać ekspedientki w społem o cenę masła. Nie odpowiedziałam nic. Drzwi się zamknęły.

Oparłam czoło o chłodne drewno i wypuściłam powietrze z płuc. W mieszkaniu zapadła martwa cisza. W zlewie piętrzyła się góra talerzy i kieliszków. Zostawiłam to wszystko.

Usiadłam na kuchennym stołku, oparłam dłonie na blacie i wbiłam wzrok przed siebie. Musiałam poukładać sobie w głowie, dlaczego to ukłucie było tak silne. Analizowałam ton Joanny, reakcję gości i nagle dotarło do mnie, że jestem zła nie tylko na nią. Byłam wściekła na samą siebie.

Za to, że od razu jej nie przerwałam. Za to, że uśmiechałam się przez zaciśnięte zęby, udając, że świetnie się bawię. Za to, że zabrakło mi odwagi, by powiedzieć wprost: „Joasiu, to moja prywatna sprawa. Nie życzę sobie, żebyś o tym mówiła”.

Tyle że gdybym to zrobiła w oczach wszystkich, wyszłabym na przewrażliwioną i psującą atmosferę. A ja całe życie uciekałam przed taką łatką. Od dziecka byłam tą cichą, grzeczną, ułożoną dziewczynką. Mama zawsze powtarzała: „Nie wychylaj się, to nikt ci krzywdy nie zrobi”.

Więc się nie wychylałam. Joanna stanowiła moje całkowite przeciwieństwo – głośna, pewna siebie, wchodząca wszędzie z podniesionym czołem, kompletnie obojętna na cudze opinie. Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywałyśmy. Dla mnie była uosobieniem odwagi, a ja dla niej bezpieczną przystanią, w której zawsze mogła się wygadać.

Następnego ranka obudziłam się z potwornym bólem głowy. Pomyłam zalegające naczynia, przetarłam stół, wyrzuciłam śmieci. Potem usiadłam z kawą i zaczęłam układać w myślach rozmowę z Joanną. Wiedziałam, że muszę to z siebie wyrzucić.

Jeśli to przemilczę, ten żal będzie narastał, aż w końcu zniszczy naszą relację. A przecież zależało mi na Joannie. Zbyt wiele lat nas łączyło. Koło południa wykręciłam jej numer.

Odebrała niemal natychmiast. – Anka, cześć. Właśnie wyszłam z Biedronki. Stoję obładowana siatkami.

– Joasiu, możemy porozmawiać o wczorajszym wieczorze? – O wczoraj? A co się stało? – Chodzi o tę historię z domem kultury i listem, którą wyciągnęłaś przy stole.

– Ojej, a co w tym złego? Zwykła, śmieszna historyjka. Wszyscy się uśmiali. – Mnie do śmiechu nie było.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko szelest toreb foliowych przekładanych z ręki do ręki. – Anka, weź przestań. Przecież nie chciałam ci dopiec.

Zwykła anegdota. To było sto lat temu. Wszyscy już o tym zapomnieli. – Ja nie zapomniałam – odpowiedziałam cicho.

– I nie po to ci się z tego zwierzałam, żebyś robiła z moich kompleksów kabaret przed gośćmi. – No nie wierzę, jaka ty potrafisz być trudna – westchnęła ciężko. – Przecież to były tylko żarty, rozumiesz? Czysty żart.

Ludzie się pośmiali i tyle. – Dlaczego moje dawne lęki mają służyć za twój żart? Dlaczego to, co dla mnie było trudne, traktujesz jak nic nieznaczącą bzdurę? Znowu chwila milczenia, po czym w jej głosie pojawiła się wyraźna irytacja.

– I jakie znowu trudne doświadczenia? Jakich ty wielkich słów używasz. Chciałam tylko rozbawić towarzystwo. Sama się przecież wczoraj śmiałaś.

– Nie śmiałam się. – No dobra, ale siedziałaś cicho, słowem się nie odezwałaś. – A co miałam zrobić? Robić awanturę przy kierowniczce i rodzinie?

– No widzisz. Czyli sama uznałaś, że to nic takiego. A teraz robisz problem z niczego i nakręcasz się bez powodu. Jesteś po prostu przewrażliwiona, Anka.

Zawsze taka byłaś. To zabolało jak cios w twarz. Stałam boso na kafelkach w kuchni, patrząc na podłogę i nie wiedząc, co powiedzieć. Przewrażliwiona.

Słyszałam tę łatkę przez całe życie. Od matki, od nauczycieli w szkole, od pierwszego dyrektora, od byłego męża. A teraz usłyszałam to od Joanny, mojej najbliższej przyjaciółki. – Joasiu – powiedziałam, starając się opanować drżenie głosu.

– Nie musisz się ze mną zgadzać. Oczekuję tylko jednego: że nie będziesz wyciągać moich prywatnych spraw publicznie bez mojej zgody. – Dobra, daj spokój. Nie powtórzę tego więcej.

Pasuje? Zadowolona jesteś? – Nie chodzi o to, co zrobisz w przyszłości. Chodzi o to, że ty zupełnie nie rozumiesz, co zrobiłaś wczoraj.

– Anka, nie dramatyzuj już. Pogadamy wieczorem. Wpadnę do ciebie na herbatę. – Nie przychodź – ucięłam.

– Jak to nie przychodź? Strzeliłaś takiego focha, że nawet widzieć mnie nie chcesz? – Nie chcę po prostu udawać, że wszystko jest w porządku. Skoro uważasz, że to moja fanaberia, to o czym mamy rozmawiać?

– A niech ci będzie – rzuciła ostro Joanna. – To nie dzwoń. Naprawdę nie mam czasu ani ochoty bawić się w zgadywanki, o co tym razem masz pretensje. Rozłączyła się.

Zostałam ze słuchawką przy uchu. Za oknem pruszył drobny, mokry śnieg. Na parapecie leżał stos książek przyniesionych w zeszłym tygodniu z biblioteki. Patrzyłam na nie bezmyślnie, wciąż tkwiąc w tej rozmowie.

Przez kilka kolejnych dni nie mogłam dojść do siebie. Chodziłam do pracy, przyjmowałam zwroty, wprowadzałam nowości do bazy, prowadziłam lekcje biblioteczne dla licealistów. Przewijali się różni ludzie. Rozmawiałam z nimi mechanicznie, ale myślami wciąż byłam gdzie indziej.

Nie chodziło nawet o ten opryskliwy ton przez telefon. Bolało mnie przede wszystkim to, że Joanna zupełnie mnie nie usłyszała. Że moje granice znowu zostały uznane za fanaberię, a moja prośba o szacunek za bezsensowny ciężar. Mniej więcej tydzień później siedziałam w czytelni, uzupełniając rejestry.

Podeszła do mnie koleżanka ze zmiany, pani Walentyna, i rzuciła, że ktoś pyta o mnie przy szatni. Wyszłam do holu. To była Joanna. Stała w zimowej kurtce, trzymając w ręku papierową torbę.

Na jej twarzy malowało się poczucie winy przemieszane z uporem. – Cześć – zaczęła. – Byłam w pobliżu. Pomyślałam, że zajrzę.

– Wejdź – odpowiedziałam spokojnie. – Dokończę tylko wpis. Usiadła na krześle, stawiając torbę na podłodze. Zamknęłam dziennik, schowałam go do szuflady i wróciłam do niej.

Przeszłyśmy na boczny korytarz, bo przy wejściu kręciło się zbyt wielu czytelników. – Chciałam cię przeprosić – wykrztusiła, wbijając wzrok w lamperię na ścianie. – Może rzeczywiście przesadziłam, ale ty też spróbuj mnie zrozumieć. Nie miałam pojęcia, że to dla ciebie aż taka wielka sprawa.

Myślałam, że skoro znamy się tyle lat, to nie ma między nami tematów tabu. – Między nami nie ma – odpowiedziałam. – Ale to nie znaczy, że rzeczy powierzone w zaufaniu mają być tematem do żartów przy całym stole. Pokiwała głową.

– No tak. Nie pomyślałam, że tam siedzi twoja szefowa i Teresa. Myślałam, że po prostu pośmiejemy się razem. Ostatnio zrobiłaś się taka zamknięta w sobie, poważna.

Chciałam cię trochę rozruszać. – Moim kosztem? – Wcale nie twoim kosztem. Po prostu – Joanna zacięła się na moment – wiesz, ja o swoich wpadkach opowiadam na prawo i lewo.

Tak mi łatwiej. Myślałam, że tobie też ulży, jak ludzie zobaczą, że jesteś normalnym człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko surową panią z biblioteki. Przyjrzałam się jej uważnie. Wyglądała na zmęczoną.

Widziałam, że na swój sposób to przeżywa, ale w głębi duszy nadal nie pojmuje, gdzie leży problem. Czekała na moje zwyczajowe: „Dobra, zapomnijmy o sprawie, wpadnij wieczorem na herbatę”. Tym razem nie mogłam tego zrobić. Jeśli machnę ręką teraz, za miesiąc znów zrobi to samo, i za rok też.

A ja znów będę stała w kuchni, dławiąc się łzami. – Joasiu – powiedziałam cicho. – Ty masz prawo opowiadać o sobie wszystko, co tylko chcesz. Ale jeśli chodzi o mnie, po prostu najpierw zapytaj.

Przynajmniej zapytaj. Ja nie zawsze potrafię zareagować od razu. Potrzebuję czasu, żeby poukładać sobie emocje. A ty postawiłaś mnie pod ścianą przed wszystkimi.

Wzruszyła ramionami. – No dobra, zrozumiałam. Zapamiętam. Tylko nie zachowuj się tak, jakbyśmy były sobie obce.

– Nie zachowuję się. Ale potrzebuję, żebyś zrozumiała jedno. To było dla mnie naprawdę przykre. Niewymyślone, nie na pokaz.

Naprawdę. – No przecież mówię, że rozumiem – machnęła ręką zniecierpliwiona. – Nie wiem, co jeszcze mam ci powiedzieć. Przecież przeprosiłam.

Zamilkłyśmy. Na korytarzu panowała cisza, przerywana jedynie szelestem kartek z czytelni. Czułam, jak bardzo Joanna chce mieć ten temat z głowy. Była nim zwyczajnie zmęczona.

Uznała, że skoro padło słowo „przepraszam”, wszystko powinno wrócić na dawne tory. A ja nie potrafiłam. Przeprosiny bez rzeczywistego zrozumienia błędu są tylko pustym dźwiękiem. A tego zrozumienia u niej nie było.

– Wiesz co? – odezwałam się w końcu. – Może powinnyśmy na jakiś czas ograniczyć kontakt? Odwróciła się gwałtownie.

– Ty tak na serio? Przez taką głupotę? – Dla ciebie to głupota. Dla mnie nie.

– Anka, spójrz na siebie. Jesteś dorosłą kobietą, a zachowujesz się jak mała dziewczynka, która obraziła się na koleżankę w piaskownicy. – Naprawdę znowu to robisz? – zapytałam spokojnie.

– Co niby robię? – Znowu próbujesz zrobić ze mnie wariatkę. Najpierw przed wszystkimi przedstawiłaś mnie jako zalęknioną, nieporadną istotę, a teraz, gdy proszę cię o uszanowanie moich granic, twierdzisz, że stroję fochy. To dokładnie taka sama próba poniżenia, tylko tym razem w cztery oczy.

Joanna otworzyła usta, zamknęła je i prychnęła z kpiną. – No tak, ty to potrafisz ubrać w słówka. Nagle wyszłam na potwora. – Jesteś moją przyjaciółką i właśnie dlatego boli mnie to podwójnie.

Chwyciła torbę i zarzuciła ją na ramię. – Skoro tak stawiasz sprawę, to proszę bardzo. Nie będę się narzucać. Pamiętaj tylko jedno: sama sobie nakręciłaś ten cały dramat.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. Patrzyłam na jej plecy. Nie obejrzała się ani razu. Wahadłowe drzwi zamknęły się za nią z cichym skrzypnięciem.

Tego wieczoru po powrocie do domu przygotowałam prostą kolację. Zjadłam w samotności przy kuchennym stole. Telewizor milczał, a telefon leżał na blacie ekranem do dołu. Czułam pustkę, ale towarzyszył jej dziwny, dawno niewidziany spokój.

Po raz pierwszy od wielu dni nie wyczekiwałam powiadomień, nie układałam w głowie kolejnych dialogów i nie zastanawiałam się, jakich argumentów użyć, by wreszcie potraktowano mnie poważnie. Byłam po prostu zmęczona. Zmęczona wiecznym byciem tą przewrażliwioną, zmęczona udowadnianiem, że ból, który czuję, nie jest wytworem mojej wyobraźni. Dwa tygodnie później zadzwoniła Teresa.

Pytała, co słychać i dlaczego nie odzywam się na rodzinnej grupie. Wykręciłam się nawałem pracy, ale siostra nie odpuszczała. Nie chciałam wchodzić w szczegóły. Powiedziałam krótko, że na razie nie utrzymujemy z Joanną kontaktu.

– Oszalałaś? – zdumiała się Teresa. – Przez tamtą bzdurę na imieninach? Przecież Aśka pewnie dawno o tym zapomniała.

– Może ona tak. Ja nie. – Anka, nie bądź taka pamiętliwa. Znacie się przecież od pierwszego roku studiów.

Nie dyskutowałam. Teresa tego nie rozumiała. Dla niej relacja polegała na nieustannym cyklu kłótni, godzenia się i udawania, że nic się nie stało. Dla mnie natomiast prawdziwa bliskość oznacza, że nikt nie wykorzystuje moich słabości jako puenty przy stole i nie traktuje moich łez jak dziecięcego kaprysu.

W bibliotece zrobiło się spokojniej. Zaczęłam zostawać chwilę dłużej po godzinach. Porządkowałam stare karty katalogowe. Podklejałam zniszczone grzbiety starszych wydań.

Zapach papieru, kleju introligatorskiego i płótna działał na mnie kojąco. Lubię tę pracę za jej prostotę i ład. Z książką sprawa jest jasna. Jest albo cała, albo uszkodzona.

Wystarczy odpowiedni zabieg, by przywrócić jej dawny stan. Z ludźmi tak się nie da. Przy ludziach nigdy nie wiesz, w którym miejscu pęknie szew i jak głęboka okaże się rysa. Któregoś dnia w magazynie trafiłam na stary egzemplarz powieści, którą czytałyśmy razem z Joanną na studiach.

Trzymałam ją w dłoniach i przez ułamek sekundy poczułam impuls, by wyciągnąć telefon i napisać. „Pamiętasz jeszcze, jak czytałaś mi to na głos na stancji? ” Nie napisałam. Taka wiadomość byłaby pierwszym krokiem do powrotu do tego, co było.

A ja nie chciałam wracać. Po co? Żeby znów usłyszeć, że ze wszystkim przesadzam? Żeby moje emocje znowu potraktowano jak niewygodny problem, który należy zamieść pod dywan?

Nie. Nie wiem, czy Joanna zrozumiała, że przez brak taktu bezpowrotnie straciła moje zaufanie. Niewykluczone, że nadal uważa mnie za przewrażliwioną i opowiada wspólnym znajomym, jak to urwałam kontakt z powodu głupiego żartu. Ja jednak żyję dalej ze świadomością, że postąpiłam właściwie.

Nie ze złości. Po prostu wreszcie przestałam naginać się do cudzych oczekiwań. W zeszłym tygodniu do biblioteki przyszła nowa czytelniczka. Starsza pani o niezwykle cichym, nieśmiałym głosie podała mi zniszczoną, pożółkłą kartę biblioteczną z dawnych lat i ze skruchą wyznała, że w młodości nie zdążyła oddać jednej książki.

Sprawdziłam stary rejestr. Pozycja rzeczywiście wciąż wisiała na jej koncie. Kobieta oblała się rumieńcem, zaczęła gorączkowo przepraszać, tłumacząc, że zgubiła ten tom podczas przeprowadzki. Zdjęłam ją ze stanu, wpisałam w ubytki i zamknęłam sprawę.

Wyszła z czytelni, wyraźnie lżejsza na duchu. Pomyślałam wtedy, że ta kobieta nosiła w sobie wstyd przez czterdzieści lat z powodu jednej zagubionej lektury. I nie powiedziałam o tym nikomu na głos, bo cudza wrażliwość i cudzy wstyd to nie jest moja sprawa do rozgłaszania. I to jest cała moja odpowiedź dla Joanny.

Ona by tego nie pojęła.