Ziemia niczyja nocą nie była pusta. To tam, w ciemności, padaliśmy ofiarą wszelkiego rodzaju irracjonalnych urojeń. Pniak drzewa, kępa ziemi, zwój drutu przybierały nowe złowrogie kształty i w…

Ziemia niczyja nocą nie była pusta. To tam, w ciemności, padaliśmy ofiarą wszelkiego rodzaju irracjonalnych urojeń. Pniak drzewa, kępa ziemi, zwój drutu przybierały nowe złowrogie kształty i w...

W ciemności padaliśmy ofiarą wszelkiego rodzaju irracjonalnych urojeń. Pniak drzewa, kępa ziemi, zwój drutu przybierały nowe złowrogie kształty i w świetle flary mogły sprawiać wrażenie, że poruszają się w naszym kierunku. Patrol to potężna działka narkotyku. Wychodzisz na ziemię niczyją i wracasz, o ile w ogóle wracasz, jako odmieniony człowiek.

Thumbnail

Pierwsza wojna światowa nie bez przyczyny kojarzy się nam z wojną okopów. Mimo że front wschodni pozwalał na wielkie manewry, fronty zachodni, salonicki, włoski czy w Galipoli oznaczały setki kilometrów ziemnych obwarowań. Długie okresy względnego spokoju przerywane były przez krwawe bitwy na wyniszczenie. Dla wszystkich żołnierzy przedpiersie ostatniego okopu stawało się symbolem, granicą między przestrzenią względnie bezpieczną, własną, a tym przerażającym kawałkiem terenu, który prowadził do linii wroga.

Stąd ten pas ziemi, mający czasami kilkadziesiąt, a innym razem kilkaset metrów szerokości, nazywano powszechnie ziemią niczyją. Trauma tego krańca dwóch światów przeszła nawet do języka powszechnego. W Anglii nadal korzysta się z wyrażenia „go over the top”, oznaczającego działanie przesadzone, ekstremalne, ciut dramatyczne. Pochodzi właśnie z czasów pierwszej wojny światowej, z tego pójścia ponad, z wystawienia się na wielkie niebezpieczeństwo.

Ale ziemia niczyja nie pozostawała bez życia. Tam życie budziło się jednak po zapadnięciu zmroku. W nocy na żer wychodziły upiory, nie zawsze namacalne, nie zawsze dające się usłyszeć. Wojna stacjonarna przez weteranów określana była wielokrotnie jako forma przejmującej bezradności.

Pułk składający się z około tysiąca żołnierzy, w wyniku rotacji między pierwszą linią, drugą linią i tyłami, mógł miesiącami brać udział w wycieńczających psychicznie i fizycznie działaniach bez ponoszenia znaczących strat i bez zobaczenia ani jednego wroga. Prace ziemne, walka z pogodą, chorobami, szczurami – to było bardziej powszechne niż właściwy udział w wielkiej bitwie. Zależnie od odcinka frontu balans między walką a przetrwaniem mógł być inny, ale nie zmieniała się odczuwalna groza bijąca z terenu za ostatnim okopem. We Flandrii miał on przeważnie szerokość około stu pięćdziesięciu metrów, w innych miejscach czterystu pięćdziesięciu, a jeszcze gdzie indziej ledwie kilkudziesięciu metrów.

Często zryty w trakcie walk, które doprowadziły do ustabilizowania frontu, był faktycznie najmniej bezpiecznym miejscem dla żołnierza piechoty. Jedna i druga strona, niepewna co do intencji przeciwnika, musiała zakładać, że może dojść do próby przełamania. Stąd ten kawałek terenu podlegał bacznej obserwacji, a w wypadku frontalnego ataku przygotowany był do zamiany w istne pole śmierci. Żadna ze stron nie mogła pozwolić sobie jednak na kompletnie pasywne podejście do ziemi niczyjej.

Na froncie mnożyły się paranoje. Czy wróg robi podkop i zbliża się do naszych linii? Czy przygotowuje się do frontalnego ataku? Czy nasze zasieki uległy uszkodzeniu?

Aby utrzymać kontrolę, obie strony wysyłały nocą na ziemię niczyją specjalistów, saperów, zwiadowców, większe lub mniejsze patrole. Jeden z historyków ujął to pięknie. Noc była najaktywniejszą porą z całych dwudziestu czterech godzin, ponieważ wojna odwróciła normalny bieg czasu. Ta część doby, która w Anglii miała być niezauważona, we Francji unosiła się i opadała niczym gilotyna, określając miarę niebezpieczeństwa i odmierzając przetrwany czas.

Noc była ciszą, izolacją i strachem. Niemiecki generał Otto von Corfes mniej poetycko opisywał: „W nocy pozycje budziły się do życia. Prowadzono pracę nad okopami, a patrole cicho wyruszały w stronę wroga, niczym nocne duchy. Za dnia w każdej kompanii na pluton przypadał jeden lub dwóch obserwatorów.

W nocy każda drużyna miała od dwóch do czterech wartowników z karabinami leżącymi w pogotowiu na przedpiersiu okopu”. Ta aktywność toczyła się w jak największej ciszy. Angielski weteran tak opisywał swoje doświadczenie. Przechodzenie przez przedpiersie okopu zawsze dostarczało mocnych wrażeń.

Po oswojeniu się z otoczeniem kierowałeś się ku wyrwie we własnych zasiekach. Potem zaczynała się zabawa, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Każdy obiekt zdawał się przybierać ludzkie kształty. Jeśli wpatrywałeś się w niego wystarczająco długo, mógłbyś przysiąc, że się porusza.

Zbliżając się do niemieckiej linii, można było wyłowić jakiś dźwięk wroga. Głos, odgłos kroków, metaliczny dźwięk przesuwanego karabinu, a może tylko kaszel lub chrząknięcie. Nawet wtedy mogło się jednak okazać, że to, w co się wsłuchiwałeś, nie było niczym innym jak tylko dźwiękiem luźnego drutu kołyszącego się na wietrze. Robert Graves, pisarz, który zasłynie między innymi powieścią „Ja, Klaudiusz”, w swojej autobiografii wspominał, że w jego pułku zapanował zwyczaj wysyłania każdego nieopierzonego oficera pierwszej nocy na patrol, aby sprawdzić jego odwagę.

To on prawdopodobnie najlepiej opisał zjawisko, do którego dochodziło nocą na ziemi niczyjej, czyli rozciągnięcie czasu i przestrzeni. „Naciągnęliśmy skarpety z odciętymi palcami na gołe kolana, żeby nie odznaczały się w ciemności i żeby ułatwić sobie czołganie. Posuwaliśmy się po dziesięć jardów na raz. Powoli, nie na czworakach, lecz wijąc się płasko po ziemi.

Po każdym przemieszczeniu się leżeliśmy i obserwowaliśmy otoczenie przez około dziesięć minut. Przeczołgaliśmy się przez nasze własne zasieki i wzdłuż suchego rowu, rwąc ubrania na kolejnych drutach kolczastych, wpatrując się w ciemność, aż zaczynała wirować przed oczami. Raz z przerażeniem cofnąłem dłoń z miejsca, w którym oparłem palce na oślizgłym ciele dawno zmarłego trupa. Przy najmniejszym hałasie czy podejrzeniu, z szybko bijącymi sercami, szturchaliśmy się nawzajem, czołgając się, obserwując, czołgając się, udając martwych w oślepiającym świetle wrogich flar i znów czołgając się, obserwując, czołgając się”.

To doświadczenie było całkowicie uniwersalne. Francuski żołnierz opowiadał: „Przesuwaliśmy się naprzód niedostrzegalnie, poruszając się na łokciach i kolanach, z lewymi dłońmi zaciśniętymi na rękojeściach naszych bagnetów. Przeczesywałem okopy szkopów intensywnym wzrokiem, ale nie patrzyłem bez przerwy w jeden punkt, ponieważ jeśli stale wpatrujesz się w nieprzeniknioną ciemność, zaczynają majaczyć niejasne cienie. Nieruchome obiekty zdają się poruszać, a wyobraźnia bierze górę nad dokładną obserwacją”.

Pewien Kanadyjczyk wspominał: „Najgorsze dla nerwów były śmieci na ziemi niczyjej. Puszki, arkusze blachy falistej, setki pozornie luźnych kawałków drutu kolczastego, które ostatecznie zawsze okazywały się solidnie zakotwiczone na drugim końcu, przez co upadałeś jak długi pośród całego tego zabójczego i hałaśliwego złomu”. Stąd w kontrze do działań na ziemi niczyjej konieczne były specjalne punkty nasłuchowe wysunięte przed główną linię. Często umieszczane były w lejach po pociskach, połączonych rowami dobiegowymi z główną linią okopu.

Służba tam szarpała wartownikom nerwy nie mniej niż patrole. Jak wspominał jeden francuski żołnierz: „Punkty te budziły we mnie najstraszniejsze wspomnienia. Jakże często absolutna samotność wywoływała panikę przy najmniejszym ruchu zwierzęcia w trawie, przy poruszaniu się gałęzi w świetle księżyca”. Żołnierz na patrolu i żołnierz nasłuchujący brali udział w grze, która demolowała psychikę swoją powolnością, metodycznością, strachem przed wywołaniem jakiegokolwiek hałasu, w połączeniu z ciągłym, wyczerpującym poczuciem walki ze swoimi zmysłami.

Głęboka jesień i środek zimy wydłużały te noce w nieskończoność. Kolejny Anglik oddawał głos: „Nieprędko zapomnę te długie zimowe noce na pierwszej linii frontu. Ciemność zapadała około czwartej po południu, a świt nadchodził dopiero o ósmej rano następnego dnia. W ciemności padaliśmy ofiarą wszelkiego rodzaju irracjonalnych urojeń.

Pniak drzewa, kępa ziemi, zwój drutu przybierały nowe złowrogie kształty i w świetle flary mogły sprawiać wrażenie, że poruszają się w naszym kierunku. Nikt rzecz jasna nie przyznawał się do strachu i każdy oburzony zaprzeczyłby takiemu zarzutowi. Lecz jestem pewien, że niewielu było w pełni spokojnych podczas tych długich nocnych czuwań”. Żołnierze mimo wszystko przeważnie wracali z patrolu żywi.

Podobnie służba wartownicza w większości wypadków kończyła się bez szczególnych wydarzeń. Ta rozciągliwość czasu z wyostrzeniem zmysłów prowadziła jednak do niesamowitych napięć. Pewien Francuz tak opisywał uczucia towarzyszące powrotowi z patrolu. „Czujesz się jak wyjęty spod prawa, wygnany i nietykalny.

Tak czy inaczej jesteś całkowicie wyczerpany. To wycieńczenie jest reakcją nerwową i dlatego, niezależnie od skuteczności militarnej, porównuję tego typu misje do działania narkotyków na ludzką świadomość. Patrol to potężna działka narkotyku. Wychodzisz na ziemię niczyją i wracasz, o ile w ogóle wracasz, jako odmieniony człowiek”.

Wartownicy też na swoich wysuniętych pozycjach potrafili odchodzić od zmysłów. W jednej z relacji żołnierz zmieniony po szesnastu godzinach na słuchu rzucił się z bagnetem na swoich zmienników. Te obustronne działania, patrole i kontrujące je obserwacje i nasłuchy na dłuższą metę prowadziły do znikomych efektów militarnych. Robert Graves zauważał w patrolach tylko jedną teoretyczną korzyść.

„Najlepszym czasem na to, by zostać rannym, była noc i przebywanie na otwartej przestrzeni, ponieważ zmniejszało to prawdopodobieństwo trafienia w witalny punkt. W nocy ostrzał prowadzono mniej lub bardziej na oślep, a całe ciało było odsłonięte. Dogodnie było również zostać rannym w momencie, gdy w punktach opatrunkowych nie było tłoku rannych, a obszary na tyłach nie były pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim. W związku z tym najdogodniej było zostać rannym podczas nocnego patrolu w spokojnym sektorze”.

Te absurdy nie pozostawały niezauważone przez żołnierzy. Do tego dochodziła coraz bardziej specyficzna sytuacja na froncie zachodnim. Niemcy w piętnastym roku porzucili szerokie koncepcje ofensywne przeciwko Francji, skupiając się na rozwiązaniu problemu poprzez zwycięstwo z Rosją. Alianci podjęli się zaś kilku operacji, głównie pod Artois, w Szampanii oraz pod Loos, ale też szukali ucieczki z okopów poprzez skok na Turcję.

Prawie dziewięćdziesiąt procent linii frontu zachodniego, ciągnącego się od morza po granicę szwajcarską, pozostawało w ramach tak zwanych cichych sektorów. Do tego, szczególnie po wydarzeniach z Bożego Narodzenia czternastego roku, doszło do ewolucji specyficznych lokalnych systemów nazywanych w skrócie „żyj i pozwól żyć”. Zwykli żołnierze zaczęli zauważać, że powstrzymanie przemocy powoduje brak reakcji i w miarę znośne warunki do życia. Można by powiedzieć, że ten horror ziemi niczyjej starano się jakoś kontrolować.

W maju piętnastego roku pewien młody angielski oficer zapisał w dzienniku. „Niemcy również wyszli przeprowadzić prace ziemne, więc strzelanie uważa się za niezgodne z etykietą”. Na poziomie pułku instynktownie podejmowano decyzję o niezaognianiu spokojnych odcinków frontu. Ta etykieta obejmowała na przykład nieprowadzenie żadnego ostrzału w trakcie śniadania.

Patrole nocne zaś potrafiły wykonywać swoje zadania z niejakim zignorowaniem działań wroga. Często można usłyszeć ciekawostkę z czasów wojny secesyjnej, że zdecydowana większość żołnierzy, nawet osiemdziesiąt procent, nie była w stanie oddać strzału do przeciwnika. Pewnie ta ogólna obserwacja dotyczy każdego konfliktu. Większość ludzi nie widzi sensowności przemocy i ma w sobie blokady przed odebraniem życia.

Wojna okopowa mogła jeszcze podkreślać sensowność lokalnych układów, bo co miałoby przynieść kilka dodatkowych ofiar, gdy front od miesięcy stoi w miejscu. Głównodowodzący po obu stronach byli wściekli na wieści o jakichkolwiek nieplanowanych rozejmach i o braku wojowniczości. Szukali sposobu, jak nawet na uśpionych odcinkach zapewnić żołnierzom zastrzyk krwi. Są przecież sposoby, aby z cywilów zrobić faktycznie morderców.

Trzeba wzbudzić w nich złość i chęć zemsty. Tym narzędziem do upuszczania krwi i nakręcania spirali przemocy stawały się specjalne jednostki nastawione szczególnie na cel zabijania wrogów. Niemieccy strzelcy wyborowi byli jednym z pierwszych takich narzędzi. To oni nocą wychodzili również w ziemię niczyją, by zająć dogodną pozycję do porannego, zaskakującego ataku, często sprowadzającego się do ledwie jednego precyzyjnego strzału.

Ta taktyka przyniosła świetne efekty już zimą czternastego i piętnastego roku. Przez długie miesiące alianci nie mieli narzędzi do radzenia sobie z tym zagrożeniem. Front zachodni oddychał różnie w różnych sektorach. Po wielkich bitwach dochodziło często do zmęczenia brutalnością i do pasywności po obu stronach.

W spokojnych sektorach zaś działania jednego snajpera mogły prowadzić do chęci zemsty i do eskalacji lokalnej walki bez pardonu. Uznaje się, że w podobnym czasie Kanadyjczycy eksperymentowali z innym podejściem do terroru ziemi poprzez tak zwane nocne wypady. Niewielkie grupy lekko uzbrojonych żołnierzy miały infiltrować wysunięte pozycje przeciwnika, pojmać jeńców, najlepiej przy tym zostawiając kilka trupów. Dla efektu psychologicznego jeden brytyjski generał uznał, że nocne wypady są bardzo wartościowym sposobem na przeszkolenie odważnych i gruntownie kompetentnych dowódców.

Jak wyglądały przygotowania do takiego nocnego ataku? Przybierały one różne formy. Od próby zachowania absolutnej ciszy poprzez nagłe obrzucenie granatami przeciwnika. Działania na poziomie plutonu wspierane były chociażby eksplozją podziemnego ładunku czy kilku pocisków artyleryjskich.

Opracowywano coraz lepszy sposób wyposażenia takich żołnierzy. Jeden z weteranów wspominał: „Wyruszaliśmy nocą w ciszy, a grupy były zawsze organizowane w ten sam sposób. Numerem jeden był strzelec, który niósł karabin, bagnet, pięćdziesiąt sztuk amunicji i nic więcej. Następny był miotacz granatów, noszący chlebak pełen ręcznych bomb Millsa.

Kolejnym żołnierzem był również miotacz. Pomagał on pierwszemu uzupełniać zapasy, gdy te się wyczerpały. Ostatnim znowu był strzelec z bagnetem, a jedyne co niósł, to karabin i pięćdziesiąt sztuk amunicji w bandolierze przewieszonym przez ramię. Plan polegał na tym, by przeczołgać się pod niemieckimi zasiekami i wskoczyć do ich okopu pierwszej linii.

Następnie należało pozbyć się każdego, kto go bronił, w miarę możliwości bagnetem, nie robiąc przy tym hałasu, lub uderzając w głowę kolbą. Kiedy już usadowiliśmy się w okopie, posuwaliśmy się wzdłuż kolejnych odcinków. Strzelec szedł pierwszy i zatrzymywał się przy następnym odcinku, który zwykle był pusty. Miotacz bomb rzucał wtedy granat w kierunku kolejnego załamania okopu, a po jego eksplozji prowadzący strzelec wpadał tam i likwidował ewentualnych obrońców, którzy jeszcze ocaleli.

I tak postępowaliśmy dalej, aż oczyściliśmy cały okop”. Głównodowodzący podchodzili tak poważnie do sprawy, że specyficzna kategoria oficerów została nazwana przez Anglików frasterami, korzystając z nazewnictwa myśliwskiego. Byłby to rwący się do przodu oficer, który swoim przykładem ciągnie resztę za sobą. Tych ludzi przerzucano między różnymi odcinkami frontu z jasno postawionym zadaniem.

Przebijać balon fraternizacji, eskaluj przemoc. Nic dziwnego, że dla wielu żołnierzy takie niewielkie operacje na poziomie drużyny czy plutonu odbierane były w wielu sektorach jako coś obcego. Jeden z weteranów wspominał, jak bardzo te wypady stały się znienawidzone przez tych, którzy musieli je przeprowadzać. „Sądząc po tym, co ukazywało się w niektórych gazetach, a także w oficjalnych komunikatach, brytyjski żołnierz pragnął nade wszystko, aby pozwolono mu wziąć udział w wypadzie.

Jeśli rzeczywiście tak było, to z pewnością bardzo skutecznie ukrywał to pragnienie przed swoimi kolegami”. Ta eskalacja nocnych działań postępowała nierównomiernie. Z czasem jednak niektóre pułki wypełniły się ochotnikami gotowymi zaryzykować, by poczuć jakąś sprawczość. Inni dawali się przekonać pewnej kalkulacji ryzyka i potencjalnego zysku.

Wprowadzono też system nagród. Nocne zabijanie, nazwane przez jednego z weteranów krwawą morderczą orgią, miało więc swoje korzyści i tworzyło mniej lub bardziej wyodrębnioną kategorię tak zwanych gangsterów, a może bardziej trafnie myśliwych, którzy w mroku udawali się na polowanie. Siegfried Sassoon, swoją drogą przyjaciel Roberta Gravesa, brał udział w niezliczonych nocnych wypadach. Tak opisywał jeden z nich o większej skali.

„Dwudziestu ośmiu ludzi z poczernionymi twarzami, z toporkami, zapasem granatów w kieszeniach, ciężkimi pałkami okopowymi czeka w ziemiance na linii rezerwowej. O 22:30 ruszają z trudem do dowództwa batalionu, brodząc w błocie i wodzie w kredowym okopie, podczas gdy deszcz pada równomiernie i bezustannie. Oddział składa się z dwudziestu dwóch ludzi, pięciu podoficerów i jednego oficera. Potem w górę ku pierwszej linii przeciskam się do punktu wyjścia.

Jest północ. Siedzę na przedpiersiu, nasłuchując, czy coś się wydarzy. Pięć, dziesięć, prawie piętnaście minut. Ani dźwięku, ani jednego strzału.

Słychać tylko zwykłe flary oświetleniowe. Żadna blisko naszego oddziału. Minutę lub dwie później rozlega się strzał karabinowy i niemal jednocześnie obie strony rzucają kilka granatów. Jeden eksploduje prosto w wodzie na dnie lewego krateru blisko naszych ludzi, wyrzucając snop bladej piany wodnej.

Następują oślepiające błyski i eksplozje, strzały karabinowe, tupot nóg, przekleństwa i jęki, a potykające się postacie wyłaniają się z dołu i niezdarnie wdrapują przez przedpiersie. Niektórzy ranni, białka oczu i wargi odcinają się w zmierzchu. Kiedy doliczyłem się szesnastu, którzy wrócili, idę naprzód, by zobaczyć, jak się sprawy mają. Wciąż rzucają w nas granatami i strzelają.

Złowrogi dźwięk szczękających zamków karabinowych wydaje się być bardzo blisko. Być może wyczołgali się ze swojego okopu i strzelają za swoich wysuniętych zasieków. Kule uderzają w wodę w kraterach, a małe kaskady ziemi osypują się do wnętrza krateru. Pięciu lub sześciu z nich strzela do wnętrza krateru z odległości zaledwie kilku jardów.

Te cholerne sukinsyny strzelają do mnie z najbliższej odległości. Naprawdę zastanawiałem się, czy moja godzina już wybiła. Z naszych okopów i przed nimi słyszę mamrotanie głosów. Większość z nich musi już być bezpieczna w środku.

Po minutach ciągnących się jak godziny z wielkim trudem okrążam dno krateru i wracam w kierunku naszego okopu. Wracam do ziemianki na linii wsparcia i zastaję tam niepoprzebieranych ludzi z oddziału wypadowego, którzy odzyskują siły. Stan wszystkich już jest znany. Jedenastu rannych, jeden umrze od ran, jeden zabity z dwudziestu ośmiu.

Schodząc w dół, widzę pułkownika siedzącego na łóżku w wełnianej czapce z pomponem, bardzo przybitego niepowodzeniem całej akcji, ale bardzo zadowolonego z tego, jak nasi ludzie próbowali przebić się przez zasieki”. Pompon pułkownika kontra chaos nocnej walki. Sassoon wiedział, co chce przekazać. Swoją drogą jego doświadczenia okopowe, w których nie można mu zarzucić ani grama tchórzostwa, doprowadzą Sassoona w siedemnastym roku do tak zwanego sprzeciwu sumienia, oporu wobec dalszej służby, z argumentem, że wojna jest specjalnie przedłużana.

Tak przeważnie kończyła się ścieżka dla wszystkich weteranów, od cywila poprzez żołnierza po mordercę, aż do człowieka z PTSD. Jeden żołnierz wspominał: „Nie wiem, jaka opinia panowała w innych batalionach, ale mogę powiedzieć, że nasze największe udręki w tym okresie wynikały z tego krótkiego i suchego słowa „wypad”, przytaczając taki czy inny powód. Obniżenie morale wroga, podniesienie naszego własnego, rozpoznanie jakichś rzekomo nowych oddziałów naprzeciwko, uszkodzenie niemieckich okopów. Wielka niewiadoma na naszych tyłach coraz bardziej dawała się uwieść temu słowu”.

Po części w wyniku tego stopniowego wypalenia ochotników w szesnastym roku w armii brytyjskiej dochodziło do kluczowej zmiany, przerzucenia decyzyjności o niewielkich operacjach piechoty na szczebel dywizji. Stąd cała piramida dowódcza była zaangażowana w inicjację, ale też rozliczanie działań piechoty na poziomie plutonu. Jeden z oficerów wspominał, że wypad przeprowadzony przez całe dwadzieścia cztery osoby zaplanowany był na tak zwanej samej górze. Pewnie dlatego, że sam Douglas Haig, głównodowodzący brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego, był wielkim fanem nocnych rzezi.

Jedna forma działań zasługuje na wzmiankę, mianowicie wypady. „Charakter tych operacji, przygotowanie przejścia przez nasze własne oraz wrogie zasieki, niepostrzeżone pokonanie otwartego terenu, wdarcie się do okopów wroga, walka wręcz w ciemnościach i niepewność co do siły oddziałów przeciwnika dają szczególne pole do popisu dla męstwa, brawury i szybkości podejmowania decyzji przez zaangażowane oddziały. W operacjach tych często wykazuje się dużą zręczność i odwagę. Inicjatywa w tych pomniejszych działaniach została przejęta i ogólnie rzecz biorąc jest utrzymywana przez nas.

Jednakże Niemcy podjęli ostatnio kilka śmiałych i dobrze obmyślonych wypadów na nasze linie”. Co za obrzydliwa idealizacja walki na krótkim dystansie, tego podrzynania gardeł, rozbijania czaszek kolbami karabinów, topienia i duszenia. Pewien szeregowiec napisał: „Te wypady na okopy to dziwna sprawa. Myślę, że piechota ich nienawidzi.

Major nie wierzy, że nawet jeśli uda się zidentyfikować jednostkę naprzeciwko, zmieni to cokolwiek w naszych planach. Są łatwiejsze i lepsze sposoby na wypatrzenie nadciągającej ofensywy. Prawdopodobnie ktoś na wysokim stanowisku i dość oderwany od rzeczywistości uważa, że wypady do okopów utrzymują piechotę w stanie czujności i ukształtują ducha walki. Na pierwszej linii po prostu nie wierzą, że rezultaty uzasadniają ponoszone straty, a jednak muszą wykonywać rozkazy.

Biedna cholerna piechota”. Tak jak i alianci wyciągali wnioski z sukcesów niemieckich snajperów, tak i Niemcy zaczęli korzystać z nocnych wypadów. Pewien szkocki żołnierz wspominał. „Moja własna kwatera była po prostu dziurą wykopaną w ścianie okopu, wystarczająco dużą, by pomieścić mnie jedynie w pozycji leżącej, z wodoodporną płachtą zawieszoną z przodu w celu ochrony przed warunkami atmosferycznymi, w którym to zadaniu całkowicie zawiodła.

Sam okop z powodu deszczu tonął w błocie i wodzie o głębokości średnio od dziewięciu cali do jednej stopy. Już pierwszej nocy szkopy przeprowadzili wypad. Jakoś zaszli go od tyłu, wrzucili granaty, wskoczyli do środka, było ich sześciu. Porwali dwóch ludzi, zastrzelili kolejnego i szybko uciekli z powrotem”.

Jeśli możemy pokusić się o jakieś podsumowanie, to faktycznie głównodowodzącym udała się brutalizacja nawet tych spokojniejszych odcinków frontu. Ziemia niczyja spływała krwią. W jednym ze źródeł znalazłem wyrywkową informację, że tylko od grudnia piętnastego do końca czerwca szesnastego roku siły brytyjskie straciły w takich niewielkich operacjach okopowych pięć tysięcy osiemset ludzi, a kolejne sto dwadzieścia tysięcy zostało rannych. Ta statystyka wskazywałaby na to, że faktycznie Graves miał rację.

Nocne operacje dawały większe szanse na rany, a nie na śmierć. Ta statystyka nie może jednak umniejszać narastającej grozy nocy na ziemi niczyjej. Jedno jest wspólne we wspomnieniach żołnierzy wszystkich narodowości. Ziemia niczyja stawała się właśnie tą czarną dziurą zasysającą ludzi pochowanych w otaczających ją okopach.

Była to przestrzeń skrajna, graniczna między życiem a śmiercią, w której każdy cień i kształt przybierał najbardziej groźne formy. To tam czas i przestrzeń ulegały zagięciu i rozciągnięciu. Robert Graves na sam koniec podsumował. „Pewien oficer z drugiego batalionu, który po wojnie ponownie odwiedził te okopy, mówił mi o wręcz śmiesznie małym obszarze ziemi niczyjej w porównaniu z tym, jak wielka wydawała się podczas tych długich, bolesnych przepraw.

To jak rzeczywisty rozmiar ubytku w zębie w porównaniu z tym, jak duży wydaje się w dotyku językiem”.