W listopadzie 1943 roku Hitlerowi zaprezentowano nowy samolot, a właściwie konkretną wersję Messerschmitta Me 410 w wydaniu A-1/U4. Führer był zachwycony i natychmiast okrzyknął maszynę kręgosłupem obrony Rzeszy przed alianckimi bombowcami. Nic w tym dziwnego, skoro w dziobie samolotu zamontowano armatę kalibru 50 mm, która jednym trafieniem miała strącać nawet najcięższe bombowce przeciwnika. Ale jak ten kręgosłup sprawdził się w realiach wojny powietrznej roku 1944?

To historia jednej z ulubionych broni Hitlera, a jednocześnie jednej z najgorszych, jakie kiedykolwiek wdrożono do służby w Luftwaffe. Latem 1943 roku sytuacja Niemiec wyglądała już niepokojąco. Upadł włoski rząd Mussoliniego, ostatnia wielka ofensywa pod Kurskiem została przedwcześnie odwołana przez Hitlera, a nad Rzeszą zaczęły zbierać się czarne chmury alianckich bombowców. Do maszyn brytyjskiego RAF-u dołączyły amerykańskie latające fortece.
Już w czerwcu 1942 roku do Wielkiej Brytanii przybyły pierwsze siły amerykańskiego VIII Dowództwa Bombowego, które z czasem przekształcono w VIII Armię Powietrzną. Powstała potężna formacja zdolna wypuścić w powietrze jednocześnie nawet dwa tysiące czterosilnikowych bombowców, a do końca wojny miała przeprowadzić ponad sześćset tysięcy lotów bojowych nad Europą. Za amerykańską strategię bombardowań odpowiadał generał Ira Eaker, który odniósł ważne zwycięstwo polityczne, wywalczając niezależność od brytyjskiego podejścia. Brytyjczycy nocami niszczyli niemieckie miasta i gospodarkę, Amerykanie zaś woleli w świetle dnia uderzać w Luftwaffe.
Eaker wierzył, że głębokie ataki bombowe jeszcze w 1943 roku przyniosą poważne korzyści. Po pierwsze, latające fortece miały precyzyjnie bombardować fabryki produkujące niemieckie myśliwce, uderzając w źródło zagrożenia. Po drugie, potężne formacje B-17 miały tworzyć dosłownie fortece z fortec, wzajemnie się ochraniające i uzbrojone po zęby. Każdy bombowiec dysponował dziesięcioma ciężkimi karabinami maszynowymi kalibru 12,7 mm.
Już wiosną 1943 roku amerykańskie siły bombowe wyglądały imponująco. 14 maja dwieście bombowców zaatakowało cztery cele na niemieckim wybrzeżu. Takie formacje miały działać jak magnes na niemieckie myśliwce, które nadziewałyby się na ogień z setek karabinów. Propaganda przygotowywała obrazki pokazujące, jak bezpieczne są nowe formacje przeciwko myśliwcom.
Przekonanie, że odpowiednio duża liczba bombowców sama wystarczy w walce z myśliwcami, było pozostałością przedwojennego myślenia. Amerykanie wierzyli jednak, że technologia poszła na tyle do przodu, że problemy odczuwane przez Luftwaffe nad Anglią latem 1940 roku już nie wrócą. Latające fortece były legendarne pod względem odporności na uszkodzenia. Niemcy wyliczyli, że do strącenia jednego bombowca potrzeba średnio dwudziestu trafień pociskami 20 mm.
Amerykański plan wydawał się idealny. Formacje B-17 miały wytrzymać ataki, dolecieć nad cel, zrzucić bomby i przy okazji zestrzelić mnóstwo samolotów wroga. Do tego w maju 1943 roku dostarczono fortece z dodatkowymi zbiornikami paliwa, co poszerzyło zakres celów i pozwalało na podejścia nie w linii prostej, by zmylić niemiecką obronę przeciwlotniczą. Niemcy szybko zauważyli, że zmieniają się reguły gry.
Luftwaffe stanęła w sytuacji podobnej do tej, w jakiej RAF znalazł się w 1940 roku. Kluczowe stało się synchronizowanie ataków na formacje bombowców w taki sposób, by były one faktycznie pozbawione eskorty. Do jesieni 1943 roku nie było to trudne. Amerykańskie myśliwce startujące z Wielkiej Brytanii musiały wracać na lotniska przeważnie znad terytorium Belgii, co otwierało przed Niemcami okno możliwości.
Luftwaffe mogła atakować fortece w świetle dziennym, nie zważając na eskortę. W tej sytuacji Niemcy dostrzegli sens w użyciu ciężkich dwusilnikowych myśliwców, takich jak Bf 110 czy nowszy Me 410, jako platform dla ciężkiej broni powietrze-powietrze. Ten typ maszyn nazwano Zerstörer, czyli niszczyciel bombowców. Eksperymentowano z różnym uzbrojeniem.
Najpopularniejsze warianty miały działka MG 151 kalibru 20 mm, używano też działek MK 108 kalibru 30 mm, a w połowie 1943 roku wprowadzono coś zupełnie nowego: wyrzutnie niekierowanych rakiet kalibru 210 mm. Problemem rakiet była niska celność i konieczność oddania strzału z konkretnej odległości ze względu na zapalniki czasowe. Niemcy dostosowali taktykę. Rakieta, nawet przy niezbyt celnym strzale, miała rozbijać spójność szyku bombowców, tak by pojedyncze maszyny stały się podatne na atak lżejszych, bardziej zwrotnych myśliwców jednosilnikowych.
Taktyka przynosiła efekty. Od sierpnia do października 1943 roku, przede wszystkim nad Schweinfurt, formacje B-17 ponosiły koszmarne straty. Od lipca do listopada VIII Dowództwo Bombowe straciło sześćdziesiąt cztery procent początkowego stanu załóg latających fortec. Ale w tej wojnie na wyniszczenie Niemcy również odczuwali koszty.
Braki w paliwie przekładały się na skrócenie czasu szkolenia nowych pilotów. Utrzymanie przy życiu weteranów było ważniejsze niż produkcja kolejnych setek maszyn, bo te i tak miałyby za sterami niedoświadczonych pilotów. Strata jednego niemieckiego pilota myśliwskiego odczuwana była mocniej niż strata całego amerykańskiego bombowca. Nawet w tak dobrym dla Niemców dniu jak 17 sierpnia 1943 roku nad Schweinfurt stracili około dwudziestu sześciu maszyn.
Rodziło się pytanie: czy istnieje sposób, by atakować bombowce z bezpiecznej odległości, a jednocześnie bardzo celnie? Pomysł był stary. Jeszcze w czasie I wojny światowej armaty przeciwlotnicze adaptowano do roli armat przeciwpancernych. Co jeśli istniejące armaty przeciwpancerne wykorzystać w powietrzu?
Wiem, co sobie myślicie. Armata 88 mm? Nie, tej nie wysłano w powietrze. Niemcy początkowo zakładali użycie armaty 37 mm, która z czasem dostępna była w coraz lżejszych wersjach.
Ale w lipcu 1943 roku oficerowie podlegający Adolfowi Gallandowi przyjrzeli się najpierw nieszczęsnej armacie przeciwlotniczej Flak 41 kalibru 50 mm, która w swojej oryginalnej roli nie sprawdziła się. Strzelała wyjątkowymi pociskami, dość ciężkimi jak na swój kaliber, ale zawiodła. Może więc lepiej znaleźć armatę, która sprawdziła się na polu walki? Od 1941 roku Wehrmacht z powodzeniem używał długich armat przeciwpancernych PaK 38 kalibru 50 mm.
Dla czołgów PzKpfw III doczekała się specjalnej wersji, 5 cm KwK 39. Zapewniała prędkość wylotową pocisku odłamkowo-burzącego około 550 metrów na sekundę, co pozwalało zachować dość płaską trajektorię lotu na większych dystansach. Pociski były przy tym lżejsze od tych z Flaka 41. KwK 39 sprawdzała się na lądzie, a technologia produkcji nie wymagałaby znacznych modyfikacji.
Firmie Rheinmetall zlecono dostosowanie armaty do potrzeb lotnictwa. Wojna powietrzna wymagała przede wszystkim zwiększonej szybkostrzelności, bo Luftwaffe potrzebowała automatycznej wersji armaty 50 mm. Proces przebiegał sprawnie. Armatę połączono mechanizmem z magazynkiem mieszczącym dwadzieścia jeden pocisków, a kadłub Me 410 łatwo dostosowano do nowej maszynerii.
Wszystko się spinało. Nawet testy wykazały, że dzięki hamulcowi wylotowemu energia odrzutu nie uszkadza samolotu. Brakowało tylko odpowiedniego celownika, by wykorzystać duży zasięg armaty. Projekt traktowano tak poważnie, że zdecydowano się na celownik ZFR 4a, lunetę długą na ponad pół metra, wystającą poza kabinę.
Nową armatę przetestowano w powietrzu przeciwko celowi z odległości stu metrów. Celność i skupienie pocisków uznano za wyjątkowo dobre. Snajperska armata automatyczna kalibru 50 mm była gotowa do użycia. Nazwano ją BK 5 i oznaczono jako wersję A-1/U4.
Była ogromna. Zakładano, że pilot będzie mógł oddawać celne strzały do bombowców nawet z odległości ośmiuset lub dziewięciuset metrów, podczas gdy najdalszy skuteczny zasięg amerykańskich karabinów maszyNowych kalibru 12,7 mm określano na około pięćset pięćdziesiąt metrów. Jednak w akcji każdy wcześniej pominięty szczegół zaczynał mieć znaczenie. Wystająca przed kadłub lufa i specyficzne umiejscowienie armaty pogarszały aerodynamikę i obciążały dziób samolotu.
Gorzej: odrzut przy wystrzale, choć nie demolował maszyny, wpływał negatywnie na system automatyki, co wykluczało szybkie snajperskie poprawki przy strzelaniu do szybko poruszającego się celu. Problem pogarszało coraz gorsze standardy produkcji amunicji. Narzekano na jakość łusek. A przecież warunki walki powietrznej, przy prędkościach bombowców dochodzących do pięciuset kilometrów na godzinę, zawsze nagradzały broń szybkostrzelną i walkę na bardzo bliskim dystansie.
Wątpliwości ogarnęły podkomendnych Gallanda już w październiku 1943 roku, gdy formacje B-17 zostały dotkliwie poturbowane między innymi podczas drugiej akcji nad Schweinfurt. Tam sprawdziła się kombinacja rakiet i działek 20 mm, a szczególnie chwalono działko MK 108 kalibru 30 mm, szybkostrzelne i dopracowane. Nic dziwnego, że stało się ulubionym narzędziem pilotów latających na myśliwcach Bf 109 i Focke-Wulfach. Plany wobec armaty 50 mm zmieniały się, ale w listopadzie 1943 roku Hitler nie krył entuzjazmu.
W obliczu klęsk i wyzwań mogło się wydawać, że wysiłek niemieckiej technologii wreszcie się spiął. Podobnie jak ciężkie czołgi zadawały na froncie wschodnim nieadekwatnie wysokie straty, tak armata miała być powietrznym tygrysem. Hitler łatwo zapalał się do nowinek technicznych. Ledwie chwilę wcześniej w Me 410 widział bombowiec w typie Mosquito do szybkich ataków na Wyspy Brytyjskie, teraz dzięki armacie BK 5 miał stać się najlepszym niszczycielem bombowców.
Każda taka zajawka miała konsekwencje. Ku konsternacji oficerów Luftwaffe Hitler nakazał przezbrojenie na BK 5 dwóch Gruppen, czyli formacji liczących kilkadziesiąt maszyn. Göring z zażenowaniem musiał przyznać, że w tym momencie Luftwaffe gotowa jest wystawić nie tyle dwie formacje, co dwie, a może maksymalnie trzy maszyny. Dopiero 12 stycznia 1944 roku wydał rozkaz przezbrojenia aż dziewięćdziesięciu Me 410 na armatę 50 mm.
Feldmarszałek Erhard Milch odpowiedział, że proces nie jest tak łatwy, jak się wydawało. Pierwsza dostawa dziesięciu armat miała nastąpić już w grudniu, ale wykryto liczne problemy w systemie podajnika pocisków. Gdy je rozwiązano, wyszły na jaw niedoskonałości łusek i taśmy. W typowej dla późnej Rzeszy sytuacji liczono, że wszystkie usterki da się wygładzić w kolejnych miesiącach.
Na początku lutego pierwszy tuzin Me 410 A-1/U4 uznano za gotowy do wysłania na front. Trafił do skrzydła ciężkich myśliwców, a dokładnie do Zerstörergeschwader 26, skrótowo ZG 26, doświadczonej jednostki latającej wcześniej na starszych Bf 110. Jesienią 1943 roku ZG 26 zadała formacjom B-17 niebagatelne straty, ale sama płaciła słoną cenę. W najgorsze dni jesieni stosunek strat wynosił jeden do jednego.
Każdy pilot zadawał sobie pytanie, czy armata 50 mm zmieni tę proporcję. Podczas próbnych lotów zapał pilotów nieco zmalał. Meldowano, że serce broni, mechanizm zasilania amunicją, nadal szwankuje, zwłaszcza wystawione na przeciążenia w powietrzu. Do tego każdy wystrzał wstrząsał całą maszyną, od dzioba po ogon.
W najgorszych wypadkach automatyka blokowała się już po jednym strzale. Mimo to 22 lutego ZG 26 skierowała do walki dziesięć Me 410 z armatami BK 5. Pierwsza akcja nie wypadła dobrze. Skuteczny ogień z armaty trzeba było otwierać z odległości najwyżej czterystu metrów, a nie ośmiuset czy dziewięciuset.
Realia walki powietrznej zawsze weryfikowały lądowe standardy. Amerykańscy piloci na P-51 otwierali skuteczny ogień z karabinów 12,7 mm z odległości zwykle mniejszej niż sto pięćdziesiąt metrów. Na większych dystansach pociski po prostu nie trafiały. Im większy dystans, tym większy obszar obejmował pilot wystrzelonymi kulami.
Niektóre zestrzelenia wymagały nawet kilkuset nabojów, a jeden z pilotów raportował, że wystrzelił ich tysiąc pięćset. Tego dnia dziesięć snajperskich niszczycieli strąciło ledwie dwie latające fortece, z sześciu potwierdzonych przez ZG 26. W zamian raportowano utratę siedmiu Bf 110 i jednego Me 410 w innym wariancie. Ta ostatnia strata była szczególnie bolesna, bo to była maszyna Eduarda Tratta, legendarnego asa ciężkich myśliwców.
Skąd ta dysproporcja? Do lutego sytuacja w powietrzu zmieniła się znacznie na korzyść aliantów. Ciężkie myśliwce pomyślane do walki z bombowcami stawały się łatwymi ofiarami szybkich myśliwców wroga. Debiut armaty BK 5 przypadł na początek zupełnie nowej epoki wojny powietrznej na zachodzie.
Snajperski Me 410 A-1/U4 praktycznie nie miał możliwości trafić z BK 5 w zbliżający się myśliwiec wroga. Miał wprawdzie dodatkowe uzbrojenie, ale to zerująca się do jednego namiaru antybombowa formuła. Łowca sam stawał się zwierzyną i wymagał własnej eskorty w postaci Messerschmittów Bf 109 czy Focke-Wulfów. Mimo to kontynuowano testy.
24 lutego trafienie z armaty BK 5 strąciło kolejną latającą fortecę. Ale znacznie lepiej sprawdzały się warianty Me 410 uzbrojone w działka 20 mm. Nie wszyscy piloci byli zachwyceni przesiadką na eksperymentalne snajperskie maszyny. Jeden z nich wspominał, że do marca 1944 roku ich Me 410 wyposażone były w cztery wyrzutnie rakiet kalibru 21 cm i cztery działka 20 mm, natomiast od kwietnia do sierpnia w armatę BK 5.
Z powodu tylnych karabinów obronnych bombowców i długotrwałego podchodzenia do celu nie była to popularna broń. Ze względu na trajektorię pocisku często strzelano zbyt wcześnie, a do tego doskwierały liczne usterki. Specyficzne działanie armaty BK 5 wymagało opracowania nowych taktyk podejścia do ataku. Wcześniejsze taktyki z rakietami niekierowanymi przynajmniej akceptowały trudności w precyzyjnym trafieniu bombowców w formacjach.
Do tego Amerykanie od początku 1944 roku stosowali nowy szyk złożony z trzydziestu sześciu maszyn, w którym jedna eskadra dwunastu bombowców mieściła się w ciasnej bryle o wymiarach kilkuset metrów. Nawet przy idealnym podejściu i braku usterek pilot miał do dyspozycji ledwie dwadzieścia dwa pociski, często bardzo różnej jakości, co nie poprawiało celności na dużych dystansach. Pewien niemiecki inżynier zostawił taką ocenę: działo kalibru 5 cm nadaje się do użytku w powietrzu, ale wymaga starannego serwisowania. Misje próbne wykazały, że armata nie poprawiła efektywnej siły ognia, bo nie uzyskała żadnych trafień.
Co więcej, niewielka przewaga taktyczna Me 410 została zniweczona, ponieważ działo pogarszało manewrowość samolotu. Dochodzimy do sedna paradoksu: armata była mechanicznie dostosowana do użycia w powietrzu, ale nawet w najlepszych warunkach nie przekładała się na poprawę siły ognia, bo piloci po prostu nie trafiali w cel. Ofcerowie Luftwaffe zdali sobie sprawę, że takie podejście nie działa. Rozwiązania z mniejszymi działkami, przede wszystkim 20 i 30 mm, sprawdzały się lepiej.
Kolejne raporty nie poprawiały sytuacji. Misje dwusilnikowych niszczycieli bombowców stawały się najbardziej ryzykownymi, jakie można było otrzymać w Luftwaffe. Samoloty były narażone na przechwycenie przez alianckie myśliwce, a przy podejściu do latających fortec ponosiły nadal straty, wbrew obietnicy trafień z bezpiecznej odległości. 12 maja ZG 26 straciła cztery Me 410 w wariancie A-1/U4, strącając ledwie trzy bombowce.
W ośmiu maszynach doszło do zacięć mechanizmu automatyki, czasem po wystrzeleniu zaledwie jednego pocisku. Już 15 maja Göring zgodził się, by nie poszerzać eksperymentu na kolejne formacje. ZG 26 była jednak skazana na tę nieszczęsną armatę, choćby dlatego, że z takim entuzjazmem podchodził do niej sam Hitler. Kolejna wersja Me 410, oznaczona literą B, doczekała się podwersji U4 z armatą BK 5.
Miała osiągać większą prędkość, ale częściowo niwelowały to zmiany uzbrojenia. Co ważniejsze, użycie armat BK 5 przypadło na moment, kiedy w ogóle formacje Zerstörerów traciły na znaczeniu. Pod koniec maja większość operacji Me 410 kończyła się tragicznie. Tylko 30 maja spośród trzynastu użytych samolotów stracono siedem.
Wyjątkiem pozostały nieliczne szczęśliwe operacje, jak ta z 20 czerwca, kiedy dwusilnikowe Messerschmitty nad Bałtykiem dopadły osamotnioną formację amerykańskich bombowców. Tego dnia kosztem trzynastu własnych maszyn doliczyli się zestrzelenia trzydziestu dziewięciu, a amerykańskie dane w większości potwierdzają straty rzędu trzydziestu czterech bombowców. Mimo to straty wszystkich niemieckich eskadr wzrosły wiosną na tyle, że Hitler groził rozwiązaniem sił myśliwskich i przekierowaniem zasobów w kierunku artylerii przeciwlotniczej. Ostatecznie wygrała inna koncepcja: ostatni skok w kierunku nowoczesnych myśliwców jednosilnikowych, przede wszystkim Me 262.
Latem 1944 roku dotychczasowe formacje ciężkich myśliwców przesiadły się na jednosilnikowe maszyny. Jednostka ZG 26 została rozwiązana i przeformowana, a artyleryjskie Me 410 trafiły na militarny śmietnik historii. Po wojnie Adolf Galland nie przebierał w słowach. O BK 5 mówił: dało się latać z tym potworem wystającym trzy metry z przodu.
Strzelanie też było możliwe, chociaż armata beznadziejnie zacinała się po około pięciu strzałach. Można było nawet w coś trafić, tyle że nie z odległości dziewięciuset metrów, ale najwyżej z trzystu pięćdziesięciu. Poza tym wszelkie szanse na trafienie pomniejszała konieczność latania samolotem, który nic nie zyskiwał, a ograniczał pilota do pojedynczych strzałów. Jak na ironię, mawiano, że wystarczy kilkoma strzałami zniszczyć morale załogi bombowca, a następnie lufą armaty staranować Mustangi i Thunderbolty.
Hitler chyba sam szybko zapomniał o swojej ulubionej broni, o kręgosłupie obrony Rzeszy. Jego uwaga skierowała się znowu na operacje lądowe, przede wszystkim na kontratak w Ardenach. W recyklingowych warunkach upadającej Rzeszy wynalazek powietrznej armaty 50 mm nie mógł jednak pójść na marne.
Niemcy próbowali zaadaptować armaty BK 5 na potrzeby nowoczesnych myśliwców Me 262, ale perypetie nieszczęsnego Me 262 to temat na zupełnie inną opowieść.


