Kiedy weszłam do pokoju i powiedziałam spokojnie, że w niedzielę chcę pojechać do babci, Tomasz podniósł wzrok znad laptopa. Spojrzał na mnie tak, że poczułam się, jakbym powiedziała coś głupiego. Powiedział, że w niedzielę jest kolacja u Maćka, że to ważne spotkanie, jego klienci, jego projekt. Powiedziałam, że babcia jest starsza, że nie mogę odkładać w nieskończoność.

Może on pójdzie sam, a ja pojadę do Nowej Huty. Zamknął laptopa, wstał i wyszedł do sypialni. Tej nocy nie odezwał się ani słowem. Pomyślałam, że prześpi złość, że rano wszystko wróci do normy.
Znałam go od czterech lat, byliśmy zaręczeni od dwóch. Przez ten czas zdążył już milczeć przez wieczór albo przez weekend, ale zawsze w końcu wracał. Wierzyłam w to, bo chciałam wierzyć. Ale tym razem nie wróciło.
W sobotę rano wstałam pierwsza. Zrobiłam kawę, jego ulubioną, z kardamonem, i postawiłam kubek na stole. Kiedy wszedł do kuchni, spojrzał na kubek, wziął go bez słowa i usiadł przy oknie. Nie powiedział dzień dobry.
Nie spojrzał na mnie. Piłam swoją kawę przy zlewie i czułam, jak coś ściska mnie w klatce piersiowej. Zapytałam, czy dobrze spał. Cisza.
Zapytałam, czy chcę jajecznicę. Cisza. Tydzień minął jak sen, z którego nie możesz się obudzić. Chodziłam do pracy, uczyłam dzieci czytać, uśmiechałam się do rodziców w szatni.
Wracałam do domu i zdejmowałam kurtkę cicho, jakbym wchodziła do cudzego mieszkania. Pewnej nocy wyciągnęłam rękę i położyłam ją na jego ramieniu. Odsunął się bez słowa. Po prostu przesunął się o kilkanaście centymetrów w stronę ściany.
Cofnęłam rękę i leżałam z otwartymi oczami do trzeciej w nocy. Czternastego dnia zadzwoniła pani Krystyna z naprzeciwka. Starsza kobieta mieszka sama od lat. Przyniosła słoik domowego dżemu z pigwy i powiedziała, że nie widziała mnie ostatnio z moim zwykłym uśmiechem.
Odpowiedziałam, że wszystko dobrze. Staruszka z naprzeciwka zauważyła to, czego jego rodzina, jego przyjaciele, cały ten jego świat nie widzieli albo nie chcieli widzieć. Tego samego wieczoru Tomasz odebrał telefon od matki. Rozmawiał przez dwadzieścia minut.
Śmiał się, opowiadał o pracy, o projekcie, o weekendzie. Głos miał ciepły, swobodny, taki, który kiedyś był skierowany do mnie. Kiedy odłożył telefon, cisza wróciła natychmiast. Wtedy zrozumiałam coś, co bolało bardziej niż wszystko inne.
On potrafił mówić. Wybierał, do kogo mówi. A mnie wybrał do milczenia. Wieczorem wzięłam telefon i zadzwoniłam do babci.
Nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Kiedy usłyszałam jej głos, ten spokojny, trochę zachrypnięty głos, który znałam od dziecka, poczułam, jak coś we mnie pęka bardzo cicho. Nie powiedziałam nic. Ona milczała przez chwilę.
Potem odezwała się tylko tyle: „Chodź w niedzielę, Zosiu”. I po raz pierwszy od dwóch tygodni poczułam, że jest na tym świecie jedno miejsce, w którym moja obecność nie jest karą dla nikogo. Siedemnastego dnia zaczęłam chodzić na palcach. Dosłownie.
Wstawałam wcześniej, żeby zdążyć wyjść z łazienki, zanim on wejdzie. Odkładałam naczynia ostrożnie, żeby nie brzęknęły. Ściszałam telefon do zera. Gotowałam to, co lubił.
Zawsze bigos w środę, bo środa była jego cięższym dniem w pracy. Wracał, jadł w ciszy, zmywał swój talerz i szedł do sypialni. Nigdy nie powiedział, że dobre, ale też nigdy nie zostawił na talerzu i to mi wystarczało. To jest zdanie, które najtrudniej mi powiedzieć na głos, ale powiem.
Szukałam dowodów, że jeszcze jestem, i znajdowałam je w pustym talerzu. W szkole byłam panią Zofią. Miałam głos, miałam zadania, miałam dzieci, które czekały przy drzwiach klasy. Przez kilka godzin dziennie byłam kimś.
Wracałam do domu i powoli, krok po kroku, robiłam się znowu nikim. Pewnego wtorku Hania, ośmiolatka z warkoczykami, zawsze trochę przekrzywionymi, podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę. Stałyśmy tak przez chwilę. Potem zapytała: „Pani Zosiu, czy pani jest smutna?
” Powiedziałam, że nie, że po prostu jestem niewyspana. Pokiwała głową z miną, która mówiła, że mi nie wierzy. Osiem lat i już wiedziała. Wieczorami pisałam w dzienniku.
Kupiłam go rok wcześniej z zamiarem zapisywania rzeczy pięknych, planów, marzeń o ślubie, o dzieciach. Zamiast tego zaczęłam pisać przeprosiny dla niego. Przepraszam, że chciałam pojechać do babci. Przepraszam, że nie pomyślałam o tej kolacji.
Przepraszam, że nie jestem tym, czego potrzebujesz. Pewnej nocy przeczytałam te strony od początku i poczułam coś dziwnego w żołądku. Nie smutek, coś zimniejszego. Pisałam przeprosiny za to, że chciałam odwiedzić własną babcię.
Dwudziestego pierwszego dnia Tomasz dostał telefon. Patrzył na ekran przez chwilę. Uśmiechnął się. Przeszedł do sypialni i zamknął drzwi.
Przez pół godziny słyszałam jego głos, czasem przytłumiony śmiech. Kiedy wyszedł, miał już ten zamknięty, daleki wyraz twarzy. Przeszedł przez salon, wziął kurtkę i wyszedł bez słowa. Wrócił prawie o jedenastej.
Nie zapytałam, gdzie był. Bałam się, że jeśli zapytam, odpowie mi ciszą, i że ta cisza będzie gorsza niż jakiekolwiek kłamstwo. Następnego ranka zostawił kubek na krawędzi zlewu. Kremowy kubek z logiem jakiejś konferencji.
Sięgnęłam po niego automatycznie i zatrzymałam się. Stałam z ręką wyciągniętą w powietrzu. I nagle coś we mnie powiedziało: nie. Nie głośno, nie dramatycznie.
Cicho jak oddech. Cofnęłam rękę, zaparzyłam swoją herbatę, usiadłam przy oknie i patrzyłam na podwórko, gdzie stara lipa stała bez liści, szara i cierpliwa, jakby wiedziała, że zima musi w końcu minąć. Kubek stał na krawędzi zlewu przez cały dzień. On wrócił wieczorem, spojrzał na zlew, potem na mnie.
Czekał na moją reakcję. Sięgnęłam po książkę i otworzyłam ją na tej samej stronie, na której utknęłam od tygodnia. Nie powiedział nic. W niedzielę pojechałam do babci.
Kiedy otworzyła drzwi i spojrzała na mnie tymi swoimi spokojnymi oczami, oczami, które pamiętają rzeczy, o których ja jeszcze nie wiem, poczułam, jak coś powoli zaczyna wracać na swoje miejsce. Babcia Helena była taką osobą, przy której nie trzeba nic mówić. Odsunęła się tylko, żebym mogła wejść. Usiadłyśmy przy kuchennym stole.
Nastawiła wodę na herbatę i nie zadała ani jednego pytania. Czekała. I wtedy coś pękło. Zaczęłam mówić i nie mogłam przestać.
Opowiedziałam jej wszystko od tamtej piątkowej nocy. O ciszy, o kubku na zlewie, o jego śmiechu przez zamknięte drzwi sypialni, o Hani, o dzienniku pełnym przeprosin, których nigdy nie powinnam była pisać. Kiedy skończyłam, w kuchni było cicho, tylko zegar w przedpokoju. Babcia wstała powoli, podeszła do okna i stanęła tyłem do mnie.
Stała tak przez długą chwilę. Myślałam, że powie to, co mówią wszyscy. Że mężczyźni są trudni, że trzeba rozmawiać, że miłość wymaga cierpliwości. Nie powiedziała nic z tych rzeczy.
Odwróciła się i spojrzała na mnie nie ze współczuciem, ale z rozpoznaniem. Jakby patrzyła nie na mnie, ale na siebie sprzed czterdziestu lat. Usiadła z powrotem i powiedziała cicho: „Twój dziadek też tak robił”. Nie wiedziałam o tym.
W rodzinie dziadek był wspomnieniem spokojnym, człowiekiem poważnym, który mało mówił, ale dbał o rodzinę. Babcia pokręciła głową. Powiedziała, że cisza była jego ulubioną bronią. Potrafiła trwać tydzień, dwa, raz prawie miesiąc.
Zawsze zaczynała się od drobiazgu. Ona chciała czegoś, czego on nie akceptował. Wtedy on wyłączał się kompletnie. Mówiła spokojnie, bez łez, jakby opowiadała o pogodzie z dawnych lat.
Powiedziała: „Myślałam, że to moja wina. Że jeśli będę lepsza, mądrzejsza, spokojniejsza, to wróci do mnie. Przez czterdzieści lat byłam coraz lepsza i coraz bardziej cierpliwa. A on milczał zawsze wtedy, kiedy chciał, żebym pamiętała, kto tu rządzi”.
Wstała, poszła do pokoju i wróciła z małym pudełkiem z ciemnego drewna z mosiężną klamrą. Postawiła je na stole. W środku był złożony, pożółkły arkusz papieru, zapisany ręcznie. Spojrzałam na datę.
Rok, w którym moja mama miała siedem lat. Babcia powiedziała: „Napisałam to pewnej nocy, kiedy on milczał już od trzech tygodni. Napisałam list do siebie, o życiu, które chciałam mieć. O tym, czego naprawdę potrzebowałam i czego nigdy nie pozwoliłam sobie powiedzieć na głos”.
Zapytałam, czy go wysłała. Pokręciła głową. Zapytałam dlaczego. „Bo się bałam.
W tamtych czasach kobieta, która odchodziła, była kobietą, która zawiodła. Rodzina, ksiądz, sąsiedzi, wszyscy mieli zdanie, a ja nie miałam siły na ich zdania i na swój ból jednocześnie. Więc wybrałam zostać i schowałam list do pudełka”. Babcia wyciągnęła ręce i wzięła moje dłonie w swoje.
Jej dłonie były chłodne i suche, porane zmarszczkami. Patrzyła na mnie i mówiła prawie szeptem: „Ty jesteś młoda, Zosiu. Ty masz czas. Ty masz coś, czego ja nie miałam.
Możliwość wyboru bez płacenia za niego całym życiem”. Ścisnęła moje dłonie mocniej i powiedziała: „Zrób to, na co ja nie miałam odwagi”. Nie powiedziała, co konkretnie. Nie dała mi planu.
Powiedziała tylko to jedno zdanie i patrzyła na mnie w ten sposób, w jaki patrzy się na kogoś, komu się ufa bardziej niż sobie. Zapłakałam. Nie pięknie, nie cicho, tak jak się naprawdę płacze, kiedy trzymasz coś w sobie zbyt długo. Babcia siedziała i trzymała moje dłonie.
Kiedy skończyłam, podała mi herbatę. Zapytałam ją cicho, czy żałuje. Patrzyła przez chwilę na okno, na ten szary styczeń. Powiedziała: „Żałuję jednego, że nie zrobiłam tego wcześniej”.
Wróciłam do domu późnym popołudniem. Tomasz siedział przy biurku tak samo jak zawsze. Cisza była ta sama, mieszkanie było to samo, ale ja byłam trochę inna. Coś się zmieniło.
Coś małego, twardego, cichego, jak pestka, która zaczyna pękać od środka, zanim jeszcze ktokolwiek widzi zielony pęd. Usiadłam w kuchni i wzięłam dziennik. Otworzyłam na pierwszej czystej stronie po wszystkich tych przeprosinach i po raz pierwszy od miesięcy napisałam nie do niego. Napisałam do siebie.
Następnego ranka zostawił w łazience mokry ręcznik na podłodze. Przez ostatnie tygodnie podnosiłam go może dwadzieścia razy, bez słowa. Tamtego ranka przeszłam obok. Ręcznik leżał na podłodze, kiedy wróciłam.
Trzeciego dnia podniósł go sam. Nie powiedział nic, nie spojrzał na mnie, ale podniósł. I ja też nic nie powiedziałam. Nie dlatego, że się bałam, ale dlatego, że naprawdę nie miałam nic do powiedzenia.
To był jego ręcznik, jego podłoga, jego wybór. Wróciłam też na czwartkowe spotkania z haftem. To była tradycja sprzed Tomasza. Kilka kobiet z okolicy u pani Wandy przy herbacie przez półtorej godziny co tydzień.
Rzuciłam to jakieś półtora roku temu, bo on mówił, że to strata czasu. Teraz wróciłam i usiadłam przy stole jakby nigdy nic. Pani Wanda powiedziała tylko: „O, Zosia, dobrze, że jesteś. Nastawiłam już wodę”.
I tyle. Nikt nie pytał, gdzie byłam. Po prostu byłam i to wystarczyło. W domu działo się coś dziwnego.
Tomasz zaczął mnie obserwować. Czułam to. Kiedy brałam płaszcz i wychodziłam bez wyjaśniania dokąd, słyszałam, jak wstaje od biurka. Był przyzwyczajony do innej mnie, do tej, która chodziła wokół niego w kółko, szukając szczeliny, przez którą mogłaby się wśliznąć z powrotem.
Ta wersja mnie była dla niego wygodna. Ta nowa nie. Pewnego wieczoru wszedł do kuchni i stanął przy zlewie. Czułam jego wzrok na sobie, ale nie podniosłam głowy.
Wtedy odezwał się pierwszy raz od wielu dni. Zapytał, gdzie byłam wczoraj wieczorem. Podniosłam wzrok. Spojrzałam na niego spokojnie, bez lęku, który wcześniej zawsze skracał mi oddech.
Powiedziałam: „U pani Wandy, haftowałyśmy”. I wróciłam do książki. Stał jeszcze przez chwilę, potem wyszedł. W piątek zadzwoniła Marta.
Uczyła matematyki w tej samej szkole. Była kobietą, która ważyła słowa. Powiedziała: „Zosia, chciałabym się z tobą zobaczyć jutro, może na kawę przy placu Wolnica. Mam ci coś do powiedzenia”.
Ton jej głosu był spokojny, ale w tym spokoju było coś napiętego. Zapytałam, czy wszystko dobrze. Powiedziała: „Tak, ale chcę rozmawiać na żywo”. Marta czekała przy stoliku przy oknie.
Miała przed sobą kawę, której nie tknęła. Powiedziała, że w zeszłą środę była z mężem na kolacji w małej włoskiej restauracji na rynku podgórskim. Widziała Tomasza przy stoliku w rogu. Nie był sam.
Siedziała z nim kobieta. Młodsza, ciemne włosy, duże kolczyki. Tomasz się śmiał, jak ktoś całkowicie swobodny. Kobieta mówiła coś, on słuchał, potem wyciągnął rękę przez stół i przez chwilę jego dłoń przykryła jej dłoń.
Marta przerwała i zapytała cicho, czy dobrze się czuję. Kiwnęłam głową. Patrzyłam na swój kubek. Kawa pachniała normalnie.
I ta normalność zapachu była w tej chwili absurdalna, bo wszystko inne nagle stało się nienormalne. Środa. W środę ugotowałam bigos, bo środa była jego cięższym dniem. Ugotowałam bigos dla mężczyzny, który właśnie wrócił z kolacji z inną kobietą.
Marta sięgnęła do kieszeni i położyła na stole telefon. Kiwnęłam głową. Odwróciła telefon ekranem do góry. Zdjęcie było nieostre, zrobione z odległości, przy słabym świetle restauracji, ale wystarczyło.
Tomasz w profilu, sweter, który miałam mu wyprać. I obok sylwetka kobiety, rozmyta, niewyraźna, ale obecna, rzeczywista, nieodwołalna. Marta schowała telefon i powiedziała: „Nie wiem, co to było. Może nic, ale pomyślałam, że muszę ci powiedzieć.
Gdyby było odwrotnie, chciałabyś wiedzieć”. Nie płakałam. Czekałam na łzy, bo wiedziałam, że powinny przyjść, ale nie przychodziły. Była tylko cisza.
Inna niż ta z mieszkania. Głęboka i zimna jak woda ze studni. Powiedziałam: „Wiedziałam”. Słowa wyszły same.
Nie wiedziałam tego konkretnego, restauracji, kolczyków, dłoni na dłoni. Ale wiedziałam, że jest coś, o czym on mi nie mówi. Wiedziałam przez te zamknięte drzwi sypialni, przez te telefony ściszone do minimum, przez ten śmiech przez ścianę, który nie był dla mnie. Wiedziałam i nie pozwalałam sobie wiedzieć, bo wiedza wymagałaby działania, a działanie wymagało odwagi, której jeszcze nie miałam.
Marta powiedziała, że on nie udawał, nie chował się. Siedział normalnie, jakby to było zupełnie naturalne miejsce. To zdanie zostało mi gdzieś za mostkiem. On się nie bał, że ktoś zobaczy.
To znaczyło, że albo nie myślał o mnie w ogóle, albo nauczył się, że ja nie zapytam. Że wezmę kubek z krawędzi zlewu i umyję bez słowa. Że jestem kobietą, której się nie boi. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do babci.
Przy Marcie, bez ukrywania. Odebrała po dwóch sygnałach. Powiedziałam tylko: „Babciu, Marta mi powiedziała”. Cisza przez sekundę.
Potem głos babci, spokojny, jak zawsze, kiedy mówiła rzeczy ważne: „Wiem, Zosiu. Domyśliłam się, kiedy ty sama jeszcze nie wiedziałaś”. Zapytałam szeptem, co teraz. Powiedziała: „Teraz śpisz.
Jutro będziesz wiedziała, co dalej. Ale najpierw śpisz”. Tej nocy spałam głęboko, bez kręcenia się, bez myśli, które skaczą między skruchą a pytaniami bez odpowiedzi. Spałam tak, jak śpi się po bardzo długiej drodze.
A rano, kiedy otworzyłam oczy, wiedziałam jedno. Kobieta, która gotuje bigos dla mężczyzny wracającego od innej i myje po nim talerz, i chodzi na palcach po własnym domu, ta kobieta skończyła się tamtej nocy przy stoliku przy oknie. Był sobotni poranek. Tomasz wyszedł wcześnie.
Powiedział dzień wcześniej krótko, że ma spotkanie. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. I mieszkanie zostało moje. Tak całkowicie i tak cicho, że przez chwilę stałam w przedpokoju i wsłuchiwałam się w tę ciszę, żeby ją zapamiętać, bo wiedziałam, że to ostatni raz, kiedy stoję tam w taki sposób.
Zaczęłam od szafy. Nie od rozmowy, nie od konfrontacji. Zaczęłam od szafy, bo tam byłam ja. Moje rzeczy, moje swetry, moje sukienki.
Wzięłam walizkę z górnej półki, tę dużą, bordową, z którą jeździłam na wakacje z mamą, zanim poznałam Tomasza. Składałam ubrania powoli, metodycznie. Nie rzucałam, nie zgniatałam. Byłam spokojna w sposób, który mnie samą zadziwiał.
Na stoliku nocnym leżały dwie rzeczy. Moja książka i zdjęcie nas dwojga sprzed trzech lat. Wzięłam książkę. Zdjęcie zostawiłam.
Tamta chwila należała do kobiety, którą już nie byłam. Zadzwoniłam po taksówkę. Kierowca pomógł mi wnieść walizkę po schodach bez pytania. Patrzyłam przez okno na krakowskie ulice i czułam, jak coś powoli, centymetr po centymetrze, odpuszcza.
Kiedy taksówka zatrzymała się przed blokiem babci, zobaczyłam ją w oknie. Stała i patrzyła na ulicę, jakby czekała dokładnie na tę chwilę. Kiedy zadzwoniłam do drzwi, otworzyła natychmiast, spojrzała na mnie, potem na walizkę i bez słowa odsunęła się szerzej. Powiedziała tylko: „Twój pokój jest gotowy”.
Weszłam. Przedpokój pachniał tak samo jak zawsze. Zostawiłam walizkę przy drzwiach i poszłam za babcią do kuchni. Usiadłam przy tym samym stole.
Nastawiła wodę, usiadła naprzeciwko. Nie zapytała, czy jestem pewna. Nie zapytała, co teraz zrobię. Zapytała tylko: „Jadłaś coś rano?
” Powiedziałam, że nie. Wstała i zaczęła kroić chleb. Grube kromki, tak jak lubiłam od dziecka. Jadłyśmy razem w ciszy, ale to była dobra cisza, pełna, nasycona.
Potem przyszły dni. Wstawałam, kiedy chciałam, jadłam, kiedy byłam głodna. Wieczorami siedziałam z babcią przy telewizorze albo przy jej ogródku na parapecie. Rozmawiałyśmy o głupich i ważnych rzeczach.
Spałam dobrze, budziłam się i nie nasłuchiwałam, jakim krokiem wychodzi z sypialni. Tomasz pisał. Najpierw krótko, gdzie jestem. Potem dłużej.
Potem zadzwonił raz, dwa razy, pięć razy. Patrzyłam na ekran i czułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie gniew, nie tęsknotę, nie triumf. Czułam zmęczenie, czyste, spokojne zmęczenie kogoś, kto niósł coś bardzo ciężkiego przez bardzo długi czas i w końcu odłożył to na ziemię.
Odblokowałam go dopiero po trzech tygodniach, żeby napisać jedno zdanie. Że walizka jest spakowana i może po nią przyjść, kiedy chce. Że nie ma potrzeby się tłumaczyć. Że życzę mu dobrze.
I napisałam to naprawdę bez ironii, bo życzenie komuś dobrze nie oznacza, że chcesz być przy tym obecna. Jego rodzina próbowała przez moją mamę. Mama zadzwoniła, zagubiona, smutna, szukająca właściwych słów. Powiedziałam jej spokojnie, że kocham ją bardzo i że kiedyś wytłumaczę jej wszystko dokładnie.
Że na razie potrzebuję czasu. Że jestem bezpieczna, że jestem u babci. Mama powiedziała: „Dobrze, kochanie. Jestem tu, kiedy będziesz gotowa”.
I to wystarczyło. Pewnego wieczoru, mniej więcej miesiąc po tym, jak przyjechałam z walizką, siedziałyśmy z babcią w kuchni po kolacji. Babcia wstała i wróciła z pudełkiem z ciemnego drewna. Postawiła je na stole.
Powiedziała: „Chcę ci je dać”. Powiedziałam, że nie mogę wziąć jej listu, że to jej rzecz, jej życie. Pokręciła głową. „Właśnie dlatego chcę, żebyś go wzięła.
Ten list jest dowodem na to, że taka chwila była możliwa. Że kobieta mogła siedzieć sama o północy i wiedzieć, kim chce być, nawet jeśli jeszcze nie miała odwagi, żeby tym być. Chcę, żebyś go miała. Nie po to, żebyś się nad nim użalała, ale żebyś wiedziała, skąd przyszłaś”.
Wzięłam pudełko w obie ręce. Było lżejsze niż myślałam. Powiedziałam cicho: „Babciu, nie będę musiała chować żadnego listu do pudełka, bo zamierzam żyć to, co ty tylko napisałaś”. Patrzyła na mnie przez długą chwilę.
Jej oczy, te spokojne, ciemnoszare oczy, które pamiętały rzeczy, o których ja dopiero zacznę się uczyć, zrobiły się lśniące. Nie zapłakała. Uśmiechnęła się tylko. Tak, jak uśmiecha się ktoś, kto przez bardzo długi czas czekał na dobre zakończenie i w końcu je zobaczył.
Nie swoje, ale równie dobre, może nawet lepsze. Tamtego wieczoru wróciłam do pokoju, usiadłam na łóżku i otworzyłam dziennik. Ten sam, w którym przez tygodnie pisałam przeprosiny, których nigdy nie powinnam była pisać. Przewróciłam wszystkie tamte strony, nie odrywając, nie niszcząc, bo były częścią drogi.
I otworzyłam na czystej. Napisałam datę i pod nią jedno zdanie. Jego milczenie trwało trzydzieści dni. Mój głos, ten prawdziwy, ten mój, będzie trwał znacznie dłużej.
Odłożyłam długopis, zamknęłam dziennik i po raz pierwszy od bardzo dawna zasnęłam bez żadnego pytania, które czeka na odpowiedź.


