Był poniedziałkowy poranek, spóźniłam się do pracy i wpadłam na aroganckiego typa, który terroryzował recepcjonistkę, bo chciał wejść do gabinetu wuja. Nazwałam go rozpuszczonym bachorem i…

Był poniedziałkowy poranek, spóźniłam się do pracy i wpadłam na aroganckiego typa, który terroryzował recepcjonistkę, bo chciał wejść do gabinetu wuja. Nazwałam go rozpuszczonym bachorem i...

Deszczowy poniedziałkowy poranek w Warszawie nie zapowiadał niczego dobrego. Ewelina Olszewska pędziła przez zatłoczone ulice Śródmieścia, lawirując między przechodniami. Spóźniała się już dwadzieścia minut na spotkanie w kancelarii prawnej Antczak i wspólnicy, gdzie pracowała jako asystentka prawna od zaledwie trzech miesięcy. To był drugi raz w tym miesiącu, a mecenas Antczak był człowiekiem starej daty.

Thumbnail

Punktualność znaczyła dla niego wszystko. Wpadła do eleganckiego biurowca przy ulicy Emilii Plater, przemoczone włosy przyklejały się jej do twarzy. Windą wjechała na dziesiąte piętro. Gdy drzwi się rozsunęły, usłyszała podniesiony głos dochodzący z recepcji.

— Nie rozumiesz po polsku? Powiedziałem, że mam spotkanie z wujkiem. Przy biurku stał młody mężczyzna, może dwadzieścia parę lat, w drogich, designerskich ciuchach. Na przegubie błyszczał zegarek wart więcej niż miesięczna pensja Eweliny.

Recepcjonistka Kasia siedziała ze spuszczoną głową, wyraźnie zawstydzona. — Przepraszam pana Gabriela, ale nie ma pana w kalendarzu mecenasa Antczaka. — A myślisz, że muszę być w kalendarzu? Jestem jego siostrzeńcem.

Mogę wpaść, kiedy chcę. Ewelina poczuła, jak gniew kipi w jej żyłach. Przez całe życie ciężko pracowała na wszystko, co miała. Ojciec był mechanikiem, matka sprzątaczką w szpitalu.

Studiowała prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, wieczorami pracując jako kelnerka. Widziała zbyt wielu takich jak ten chłopak — rozpuszczonych bogatych synalków, którzy dostawali wszystko na tacy. Słowa wypłynęły z niej, zanim zdążyła pomyśleć. — Może zamiast terroryzować recepcjonistkę, mógłbyś zachować się jak normalny człowiek i poczekać?

Nie każdy musi skakać na twoje skinienie tylko dlatego, że jesteś czyimś siostrzeńcem. Gabriel odwrócił się do niej. W jego niebieskich oczach błysnęło zaskoczenie, a potem irytacja. — A ty kim jesteś?

Ochrona? — Jestem kimś, kto wie, że szacunek nie zależy od nazwiska ani grubości portfela. Widzę takich jak ty codziennie. Rozpuszczeni bachorzy, którzy myślą, że świat kręci się wokół nich, bo mieli szczęście urodzić się w bogatych rodzinach.

Takie dzieciaki jak ty nie mają pojęcia, co znaczy ciężka praca. Dostajesz wszystko na tacy, nie musisz na nic zasłużyć. A potem przychodzisz tu i myślisz, że możesz traktować ludzi jak śmieci. Wstyd.

Gabriel stał nieruchomo. Na jego twarzy malował się wyraz, którego nie potrafiła odczytać. Nie był to gniew, którego się spodziewała. Było to coś innego — może zranienie, może rozczarowanie.

— Skończyłaś? — zapytał cicho. — Tak, skończyłam. I radę ci dam za darmo.

Naucz się szacunku, zanim ktoś nauczy cię go w mniej przyjemny sposób. W tym momencie otworzyły się drzwi gabinetu mecenasa Antczaka. W progu stanął wysoki, dystyngowany mężczyzna po pięćdziesiątce w idealnie skrojonym garniturze. — Co tu się dzieje?

Ewelina poczuła, jak zimny pot występuje jej na czoło. Mecenas Antczak, jej szef, człowiek, któremu już dziś się spóźniła. Teraz przyłapał ją na awanturze w recepcji. — Mecenasie, ja przepraszam za spóźnienie, ale—

— Widzę, że poznałaś już mojego siostrzeńca Gabriela — przerwał jej.

Świat Eweliny zatrzymał się na chwilę. Tego chłopaka właśnie nazwała rozpuszczonym bachorem. Spojrzała na Gabriela, który stał z założonymi rękami. W jego wzroku nie było triumfu.

Było coś innego, jakby zaduma, może nawet smutek. — Ja nie wiedziałam… — zaczęła, czując, jak policzki jej płoną. — To widać — powiedział mecenas sucho. — Gabriel wrócił właśnie z Londynu, gdzie kończył studia prawnicze na Kings College.

Będzie pracował w naszej kancelarii jako aplikant. Będziecie ze sobą współpracować. Ewelina poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Nie tylko obraziła siostrzeńca szefa, ale będzie musiała z nim pracować codziennie.

— Wejdźcie oboje do mojego gabinetu — rzucił mecenas lodowatym tonem. — Musimy porozmawiać o waszej współpracy. Gabinet był przestronny i elegancki, z regałami pełnymi oprawionych w skórę ksiąg prawniczych i zdjęciami z ważnymi osobistościami. — Ewelino, to twoje drugie spóźnienie w tym miesiącu — zaczął mecenas.

— A to, co widziałem w recepcji, było absolutnie nieprofesjonalne, niezależnie od okoliczności. — Przepraszam, mecenasie. To była moja wina. Powinnam się nie wtrącać.

Gabriel odchrząknął. — Wujku, to ja zacząłem. Byłem niegrzeczny wobec recepcjonistki. Panna Olszewska po prostu stanęła w jej obronie.

Byłem zmęczony po locie, zdenerwowany i zachowałem się źle. Panna Olszewska miała rację. Ewelina spojrzała na niego zaskoczona. Bronił jej po tym wszystkim, co mu powiedziała.

— Macie szczęście, że oboje jesteście wartościowymi pracownikami — ciągnął mecenas. — Dlatego dam wam drugą szansę. Będziecie pracować razem nad nową sprawą rozwodową z podziałem majątku. Jeśli usłyszę o jakichkolwiek problemach między wami, oboje będziecie mieli poważne kłopoty.

Wyszli z gabinetu w milczeniu. Gdy drzwi się zamknęły, Ewelina odwróciła się do Gabriela. — Dlaczego mnie broniłeś? Gabriel wzruszył ramionami.

— Bo miałaś rację. Zachowałem się jak… jak to nazwałaś? Rozpuszczony bachor. Nie zawsze taki jestem.

Po prostu dzisiaj był ciężki dzień. — Przepraszam za to, co powiedziałam. Nie znałam cię. Nie powinnam była oceniać.

— A ja przepraszam za swoje zachowanie wobec recepcjonistki. Może zaczniemy od nowa? — wyciągnął rękę. — Gabriel Antczak.

Świeżo upieczony prawnik z problemami z kontrolą stresu. Ewelina nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu. — Ewelina Olszewska. Asystentka prawna z problemami z punktualnością i temperamentem.

— No to do roboty — powiedział, puszczając jej dłoń. — Mam nadzieję, że jesteś dobra w sprawach rozwodowych, bo ja naprawdę nie mam w tym doświadczenia. — Akurat w rozwodach się specjalizuję. Może nie jesteś taki beznadziejny, jak myślałam.

— A może ty nie jesteś taką zołzą, jak początkowo sądziłem? Mimo wszystko, co wydarzyło się tego poranka, Ewelina poczuła, że może ta współpraca nie będzie aż tak straszna, jak się bała. Choć wtedy jeszcze nie wiedziała, jak bardzo się myliła. Tydzień minął w napięciu.

Ewelina i Gabriel siedzieli przy sąsiednich biurkach, otoczeni stosami dokumentów dotyczących rozwodu państwa Kowalskich. Sprawa okazała się bardziej skomplikowana, niż zakładali. Pan Kowalski, właściciel sieci restauracji, i jego żona, chirurg plastyczny, dzielili majątek wart ponad dwadzieścia milionów złotych. Dochodziła też kwestia opieki nad dwójką dzieci.

— To nie ma sensu — mruknął Gabriel, przeglądając dokument. — Pan Kowalski twierdzi, że restaurację zbudował sam, ale tutaj mamy dowód, że jego żona inwestowała własne środki w rozbudowę lokali. To pokazuje, że wspierała biznes męża kosztem własnej kariery. Przez ten tydzień Ewelina nauczyła się, że Gabriel nie był wcale takim rozpuszczonym bachorem, za jakiego go wzięła.

Był inteligentny, dokładny i naprawdę utalentowany prawniczo. — Jeśli udokumentujemy, że większość kapitału pochodziła z jej rodziny, możemy argumentować, że ma prawo do znacznie większej części majątku — powiedziała. Gabriel spojrzał na nią z uznaniem. — Wiesz co, Olszewska?

Jesteś naprawdę dobra w tym, co robisz. Ewelina poczuła ciepło rozlewające się w piersi. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś tak szczerze docenił jej pracę. Ich moment przerwał dzwonek telefonu.

Ewelina spojrzała na wyświetlacz i skrzywiła się. Mama, trzeci raz dzisiaj. — Cześć mamo. Jestem w pracy, nie mogę rozmawiać.

— Ewuniu, ty w ogóle tam w tej Warszawie coś jesz? Tata się martwi, że schudłaś. Może przyjeżdżaj na weekend… Masz już 28 lat, a ja chciałabym kiedyś być babcią. — Mamo!

Muszę kończyć. Całuję was. Rozłączyła się i wróciła do biurka. Gabriel patrzył na nią z ledwo skrywanym rozbawieniem.

— Rodzice? — Mama. Wiecznie się martwi. — Rozumiem.

Moja mama jest taka sama. Mieszkam tu zaledwie tydzień, a ona już dzwoniła sześć razy, żeby upewnić się, że jem warzywa i nie siedzę do późna przed komputerem. — Myślałam, że mieszkasz z rodzicami — wyrwało się jej. — Nie, wynająłem mieszkanie na Mokotowie.

Musiałem. W końcu mam 26 lat. — 26? Myślałam, że jesteś młodszy.

— A ty ile masz? 35? — odpalił z szelmowskim uśmiechem. — Hej!

Mam 28 — oburzyła się, rzucając w niego kulką z papieru. Gabriel złapał ją w locie i roześmiał się. To był pierwszy raz, gdy usłyszała jego prawdziwy śmiech. — Wiem, wiem.

Sprawdziłem twoje CV. Ukończyłaś Uniwersytet Jagielloński z wyróżnieniem. Imponujące. — Podglądacz.

— Nazywa się to research. Dobry prawnik zawsze zbiera informacje. Wrócili do pracy, ale atmosfera między nimi wyraźnie się zmieniła. Lód pękł.

Godziny mijały, a oni zagłębiali się coraz bardziej w sprawę. — Mam pomysł — powiedział nagle Gabriel. — Co jeśli zaproponujemy mediację zamiast rozwodu sądowego? Jeśli przedstawimy obu stronom twardą analizę finansową, może zgodzą się na polubowne rozwiązanie.

— To mogłoby zadziałać — przyznała. — Ale musielibyśmy być bardzo delikatni. Państwo Kowalscy są teraz pełni emocji. — Wszystkie rozwody są skomplikowane — westchnął.

— Dlatego nigdy nie chcę się pobierać. — Nigdy? Ewelina wzruszyła ramionami. — Widziałam zbyt wiele małżeństw, które się rozpadają.

Zbyt wiele bólu, goryczy, walki. Ludzie, którzy kiedyś się kochali, stają się najgorszymi wrogami. — To smutne, ale nie wszystkie małżeństwa się rozpadają. Moi rodzice są małżeństwem od 32 lat i wciąż się kochają.

Wuj też był szczęśliwie żonaty, dopóki ciocia nie zmarła pięć lat temu. Ewelina spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nie wiedziała, że mecenas Antczak jest wdowcem. — Ciocia Magdalena była jego wielką miłością.

Poznali się na studiach, pobrali tuż po dyplomie. Byli razem przez trzydzieści lat. — To musiało być straszne. — Było.

Ale wuj zawsze mówi, że gdyby mógł cofnąć czas, zrobiłby to wszystko dokładnie tak samo, bo te trzydzieści lat z nią było warte każdej chwili bólu po jej odejściu. Ewelina poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Może była zbyt cyniczna. Może nie wszystkie historie miłosne kończyły się źle.

— Jest już prawie 19 — zauważył Gabriel. — Może powinniśmy kończyć. Jestem głodna. Nie jadłam lunchu — przyznała.

— Ja też nie. Słuchaj… Może zjedlibyśmy coś razem? Jest taka fajna knajpa niedaleko, serwują świetne pierogi. Moglibyśmy omówić strategię na poniedziałkowe spotkanie.

Ewelina zawahała się. Jeszcze tydzień temu nie mogła go znieść. Ale teraz wydawał się inny — miły, inteligentny. I te jego niebieskie oczy…

Jej żołądek zaburczał głośno.

Gabriel się roześmiał. — Biorę to jako tak. Chodź, zapraszam. To moja rekompensata za to, że byłem idiotą w poniedziałek.

— No dobra. Ale to tylko służbowa kolacja. Omawiamy sprawę. — Oczywiście — zgodził się z uśmiechem, który sugerował, że wcale nie traktuje tego aż tak służbowo.

Wieczorna Warszawa tętniła życiem. Knajpka, do której zaprowadził ją Gabriel, była małym, przytulnym lokalem na Nowym Świecie. Pachniało domowym jedzeniem, cebulką i koperkiem. Zamówili pierogi i żurek, a potem siedzieli, popijając herbatę i rozmawiając.

Zaczęło się od sprawy, ale szybko zeszło na inne tematy. Gabriel opowiadał o życiu w Londynie, o tym, jak bardzo różniło się od Polski, ale jak bardzo brakowało mu domu. Ewelina dzieliła się wspomnieniami z Krakowa o rodzicach, o tym, jak trudna była decyzja o przeprowadzce do Warszawy. — Dlatego zostałeś prawnikiem?

Żeby pójść w ślady wuja? — Częściowo. Ale też dlatego, że lubię rozwiązywać problemy. Lubię pomagać ludziom.

Może zabrzmi to głupio, ale wierzę, że prawo może zmieniać świat na lepsze. — To wcale nie brzmi głupio — powiedziała cicho. — Ja też tak myślę. Dlatego specjalizuję się w prawie rodzinnym.

Chcę pomagać ludziom przejść przez najtrudniejsze chwile w ich życiu. Ich spojrzenia spotkały się nad stołem i Ewelina poczuła dziwne uczucie w żołądku. Coś, czego nie czuła od bardzo dawna. Przez następną godzinę jedli, śmiali się i rozmawiali o wszystkim.

Okazało się, że oboje uwielbiają kryminały Agathy Christie, że Gabriel gra na gitarze, a Ewelina śpiewa w kościelnym chórze, gdy wraca do domu na święta. Gdy wyszli na ulicę, było już całkiem ciemno. — Dziękuję za kolację. — Cała przyjemność po mojej stronie.

Może powtórzymy to kiedyś? — Może. Ale następnym razem ja płacę. — Umowa stoi.

Uścisnęli sobie dłonie, a Ewelina znowu poczuła to dziwne ciepło. Ich dłonie pozostały złączone może o sekundę za długo. — Dobranoc, Ewelino. — Dobranoc, Gabriel.

Rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Ale Ewelina czuła jego spojrzenie na sobie jeszcze długo po tym, jak skręciła za róg. Tej nocy nie mogła przestać myśleć o niebieskich oczach i uśmiechu Gabriela Antczaka. Poniedziałkowy ranek przywitał Warszawę chłodnym, ale słonecznym dniem.

Ewelina weszła do kancelarii dokładnie o 8:10. Przez cały weekend myślała o piątkowej kolacji, próbując przekonać samą siebie, że to było tylko miłe, koleżeńskie spotkanie. Ale kiedy zobaczyła go czekającego przy ich biurkach z dwiema kawami, jej serce zabiło szybciej. — Dzień dobry — powiedział z uśmiechem, podając jej jeden z kubków.

— Latte z mlekiem sojowym, prawda? Zauważyłem w zeszłym tygodniu. — Skąd wiedziałeś? — Dobry prawnik zwraca uwagę na szczegóły.

To była tylko kawa. Nic specjalnego. Ale było specjalne, i oboje o tym wiedzieli. Spotkanie z państwem Kowalskimi było zaplanowane na 10:00.

Mecenas Antczak chciał, żeby Ewelina i Gabriel przedstawili swoją analizę i propozycję mediacji. Pan Kowalski siedział po jednej stronie stołu ze swoim adwokatem, pani Kowalska po drugiej. Między nimi było tyle napięcia, że można było je kroić nożem. — Dzień dobry państwu — zaczęła Ewelina pewnym głosem.

— Przeanalizowaliśmy szczegółowo waszą sytuację. Chcielibyśmy przedstawić propozycję, która może zaoszczędzić wam obu czasu, pieniędzy i stresu. Gabriel przejął prowadzenie, prezentując analizę majątku. Pracowali jak dobrze naoliwiona maszyna, uzupełniając się nawzajem.

— Jeśli zdecydujecie się na długi proces sądowy, każdy z was może stracić od 30 do 40% wartości majątku na opłaty prawne i koszty. Taki proces może trwać od dwóch do trzech lat. Pani Kowalska pobladła. — Trzy lata… — wyszeptała.

— W najgorszym scenariuszu — potwierdziła Ewelina. — Ale możemy zaproponować inną drogę. Przez następną godzinę przedstawiali szczegółową propozycję podziału majątku i opieki nad dziećmi. Ewelina widziała, jak napięcie między małżonkami powoli maleje.

W końcu pan Kowalski odchrząknął. — Muszę przyznać, że wasza analiza jest przekonująca — powiedział, patrząc na żonę. — Kasia, może powinniśmy spróbować tej mediacji? — Dla dobra dzieci — wyszeptała pani Kowalska.

— Nie chcę, żeby Zuzia i Filip cierpieli dłużej niż to konieczne. Mecenas Antczak, który obserwował wszystko w milczeniu, uśmiechnął się z aprobatą. — Doskonała robota. Jestem pod wrażeniem waszej współpracy.

Gdy zostali sami w sali konferencyjnej, Gabriel obrócił się do Eweliny z szerokim uśmiechem. — Udało się! — Udało się! — powtórzyła, czując przypływ ulgi i radości.

Zanim zdążyła pomyśleć, Gabriel objął ją w niedźwiedzi uścisk. Czuła bicie jego serca przez cienką tkaninę koszuli. — Przepraszam — powiedział, szybko ją puszczając, a jego policzki lekko zaróżowiły się. — Poniosło mnie.

— Nic się nie stało. Zasłużyliśmy na mały sukces. Przez resztę tygodnia pracowali nad przygotowaniem dokumentów do mediacji. Coraz częściej zostawali po godzinach.

Ewelina dowiedziała się, że Gabriel zawsze czuł presję bycia siostrzeńcem mecenasa Antczaka, że musiał udowadniać, że zasługuje na swoje miejsce. Gabriel odkrył, że Ewelina przez całe dzieciństwo słyszała, że nie będzie stać rodziców na jej studia, więc musiała walczyć o każde stypendium. W czwartkowy wieczór, gdy zostali sami w biurze, Gabriel nagle przerwał pracę. — Ewelino, mogę cię o coś zapytać?

— Oczywiście. — W sobotę jest otwarcie nowej galerii sztuki na Pradze. Mój kumpel z Londynu ma tam wystawę fotografii. Chciałbym iść, ale nie lubię chodzić sam na takie rzeczy.

Poszłabyś ze mną? — zawahał się. — Jako znajomi, oczywiście. Ewelina wiedziała, że powinna odmówić.

To skomplikowałoby ich relację zawodową. Ale kiedy spojrzała w jego niebieskie oczy, pełne nadziei i nerwowości, nie mogła się powstrzymać. — Dobrze. Ale tylko jako znajomi.

— Tylko jako znajomi — powtórzył. Ale uśmiech na jego twarzy mówił coś innego. Sobotni wieczór był chłodny, ale bezchmurny. Ewelina spędziła dwie godziny, wybierając, co ma na siebie włożyć.

W końcu zdecydowała się na elegancką czarną sukienkę do kolan i kremowy płaszcz. Gabriel czekał przed galerią w ciemnych dżinsach, białej koszuli i granatowej marynarce. — Wyglądasz pięknie — powiedział, a Ewelina zauważyła, jak nerwowo przełknął ślinę. W galerii oglądali nocne panoramy europejskich miast.

Ich ramiona ocierały się o siebie przy każdym ruchu. Po wyjściu spacerowali wzdłuż Wisły. Księżyc odbijał się w spokojnej wodzie. — Zimno ci?

— zapytał Gabriel i zanim zdążyła odpowiedzieć, zdjął marynarkę i położył jej na ramionach. Szli w milczeniu, aż Gabriel się zatrzymał. — Ewelino, muszę ci coś powiedzieć. Wiem, że to skomplikowane.

Pracujemy razem. Jestem siostrzeńcem twojego szefa. Ale nie mogę przestać o tobie myśleć od tej pierwszej kłótni. Jesteś niesamowita — inteligentna, silna, zabawna, piękna.

— Gabriel, ja—

— Nie musisz nic mówić. Jeśli to jest jednostronne, zrozumiem. Możemy dalej być tylko kolegami z pracy. Ale musiałem ci powiedzieć, bo gdybym tego nie zrobił, zwariowałbym.

Ewelina stała w ciszy, walcząc ze wszystkimi rozsądnymi argumentami w swojej głowie. To było nieprofesjonalne. To mogło zakończyć się katastrofą. Ale kiedy spojrzała w jego oczy, wszystkie te argumenty straciły znaczenie.

— Też o tobie myślę — wyszeptała. — I to mnie przeraża. Gabriel uśmiechnął się łagodnie. Powoli wyciągnął rękę, dotykając delikatnie jej policzka.

— Nie musi to przerażać — powiedział cicho i pochylił się, całując ją. Jego usta były ciepłe i miękkie, pocałunek delikatny i pełen niewypowiedzianych obietnic. Ewelina poczuła, jak świat wokół znika. Odwzajemniła pocałunek, wplatając palce w jego włosy.

Gdy się odsunęli, oboje się uśmiechali. — Co teraz? — zapytała. — Teraz damy temu szansę.

Powoli, dyskretnie, żeby nie komplikować sytuacji w pracy. — Okej. Dajmy sobie szansę. Trzy tygodnie minęły jak sen.

Spotykali się potajemnie — kolacje w małych restauracjach z dala od biura, spacery po parkach Warszawy, wieczory spędzone na rozmowach do białego rana. W pracy zachowywali się profesjonalnie, ale każde spojrzenie, każdy przypadkowy dotyk palców przy przekazywaniu dokumentów były naładowane elektrycznością. Ewelina nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak szczęśliwa. Gabriel okazał się czułym, uważnym partnerem, który słuchał jej marzeń i dzielił się swoimi lękami.

Jednak utrzymanie tajemnicy było trudniejsze, niż zakładali. Był piątek, przedostatni dzień listopada. Gabriel wyszedł chwilę wcześniej na spotkanie z klientem. Ewelina siedziała sama przy biurku, kiedy drzwi się otworzyły.

— Ewelino, musimy porozmawiać. Głos mecenasa Antczaka sprawił, że podskoczyła. Jego mina była poważna. — Tak, mecenasie?

— W moim gabinecie. Teraz. Mecenas zamknął drzwi i usiadł za biurkiem. Nie wyglądał na szczęśliwego.

— Czy ty i Gabriel jesteście w związku? Ewelina poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. — Mecenasie, ja—

— Nie kłam mi, Ewelino. Widziałem was wczoraj wieczorem w restauracji na Starym Mieście.

Nie byliście tam jako koledzy z pracy. Wczoraj Gabriel zabrał ją do romantycznej restauracji z widokiem na zamek królewski. Całowali się przy świecach, trzymali za ręce. Nie pomyśleli, że ktoś z kancelarii mógłby ich zobaczyć.

— Przepraszam — wyszeptała. — Nie chciałam ukrywać, ale…

— Wiedziałaś, że to komplikuje sytuację — dokończył mecenas. Westchnął ciężko i zdjął okulary. — Ewelino, rozumiem.

Jesteście młodzi, spędzacie razem dużo czasu. Ale musisz zrozumieć moją pozycję. — Rozumiem. Chce pan, żebym odeszła z pracy?

— Nie. Nie chcę, żebyś odeszła. Jesteś doskonałą prawniczką. Ale musimy ustalić zasady.

Po pierwsze, wasza relacja osobista nie może wpływać na pracę. Po drugie, jeśli wasza relacja się zakończy, oboje musicie zachować profesjonalizm. Po trzecie, jeśli dojdzie do konfliktu interesów, jeden z was będzie musiał zejść ze sprawy. — Rozumiem.

— A po czwarte — dodał łagodniejszym tonem — chcę, żebyście byli ze sobą szczęśliwi. Gabriel jest jak syn dla mnie, a ty stałaś się cenną częścią tej kancelarii. Jeśli naprawdę się kochacie, nie będę wam stał na drodze. Ewelina poczuła łzy napływające do oczu.

— Dziękuję, mecenasie. Naprawdę to doceniam. — Tylko bądźcie ze sobą szczerzy. I pamiętaj, Ewelino, prawdziwa miłość wymaga odwagi, ale też szacunku i zaufania.

Kiedy wróciła do biura, Gabriel już tam był. Pobladł, gdy zobaczył jej czerwone oczy. — Co się stało? — Twój wujek wie.

O nas. Widział nas wczoraj w restauracji. Gabriel zamarł. — Co powiedział?

— Że możemy być razem, ale musimy zachować profesjonalizm. I że jeśli się kochamy, nie będzie nam przeszkadzał. Gabriel spojrzał na nią intensywnie. — I kochamy się.

Ewelina poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Jeszcze tego słowa między sobą nie wypowiedzieli. Ale znała odpowiedź. — Ja cię kocham — powiedziała cicho.

— Od tamtego wieczoru nad Wisłą, może nawet wcześniej. Uśmiech, który rozjaśnił twarz Gabriela, był najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała. — Ja też cię kocham — powiedział, biorąc jej twarz w dłonie. — Od pierwszego dnia, kiedy nazwałaś mnie rozpuszczonym bachorem.

Roześmiali się oboje przez łzy. A potem Gabriel pocałował ją długo, głęboko, nie przejmując się tym, czy ktoś wejdzie. Dwa tygodnie później zakończyli sprawę Kowalskich. Małżonkowie podpisali ugodę sprawiedliwą dla obu stron.

Podczas ostatniego spotkania pani Kowalska podeszła do Eweliny. — Dziękuję za wszystko. Gdyby nie państwo, pewnie ciągle byśmy się kłócili w sądzie. — To nasza praca.

— Nie tylko praca. Widzę, jak się na siebie patrzycie. Przypominacie mi mnie i Tomasza, kiedy byliśmy młodzi i zakochani. Dbajcie o to, co macie.

Komunikacja i szacunek to podstawa. My straciliśmy to z oczu i zapłaciliśmy za to cenę. Po wyjściu Kowalskich Gabriel wziął Ewelinę za rękę. — Chodź.

Mam dla ciebie niespodziankę. Zaprowadził ją do Łazienek Królewskich. Park był przepiękny w zimowym słońcu, ścieżki pokryte pierwszym śniegiem, pałac na wyspie odbijający się w wodzie. — Pamiętasz, jak mówiłem, że moi rodzice są małżeństwem od 32 lat?

To tutaj się poznali. Mama studiowała historię sztuki i przyszła robić zdjęcia. Tata biegał joggingiem i wpadł na nią, wywracając jej aparat. Pomógł jej go naprawić i zaprosił na kawę w ramach przeprosin.

— Piękna historia. — Chcę, żebyśmy też mieli piękną historię — powiedział, biorąc jej dłonie w swoje. — Wiem, że to dopiero trzy miesiące. Wiem, że jesteśmy młodzi i przed nami długa droga.

Ale Ewelino, nigdy nie czułem się tak pewny czegokolwiek w życiu. — Ja też. — Więc obiecaj mi coś. Bez względu na to, co się wydarzy, zawsze będziemy ze sobą szczerzy.

Zawsze będziemy rozmawiać o problemach, zamiast je ignorować. Zawsze będziemy pamiętać, dlaczego się w sobie zakochaliśmy. — Obiecuję — powiedziała Ewelina, czując łzy szczęścia płynące po policzkach. Gabriel pocałował ją, a Ewelina wiedziała, że to nie był koniec ich historii.

To był dopiero początek. Sześć miesięcy później Ewelina awansowała na młodszego prawnika. Gabriel zdał egzamin adwokacki z wyróżnieniem. Pracowali razem, ucząc się od siebie nawzajem, wspierając się w trudnych chwilach.

Nie było idealnie — mieli kłótnie o drobnostki, czasami praca pochłaniała ich tak bardzo, że zapominali o randkach. Ale zawsze wracali do obietnicy złożonej w Łazienkach. Rok po ich pierwszym spotkaniu Gabriel zaprosił rodziców Eweliny do Warszawy na święta Bożego Narodzenia. Podczas uroczystej kolacji mecenas Antczak uniósł kieliszek.

— Za młodych — powiedział z uśmiechem. — Za to, że czasami najlepsze rzeczy w życiu zaczynają się od nieporozumienia. Za Ewelinę, która nie bała się powiedzieć mojemu siostrzeńcowi prawdy w twarz, i za Gabriela, który miał dość rozumu, żeby słuchać. Wszyscy się roześmiali i wznieśli toast.

Pod stołem Gabriel ścisnął dłoń Eweliny. Spojrzała na niego i zobaczyła w jego oczach całą ich przyszłość — wspólne mieszkanie, może kiedyś ślub, może dzieci. — Kocham cię — wyszeptał Gabriel. — Ja ciebie też — odpowiedziała Ewelina.

Ta, która kiedyś nazwała go rozpuszczonym bachorem, teraz trzymała jego serce w swoich dłoniach. A ten, którego uznała za aroganta, pokazał jej, że czasami pierwsze wrażenie może być całkowicie mylne. W eleganckiej kancelarii przy ulicy Emilii Plater w Warszawie zaczęła się historia, która udowodniła, że najpiękniejsze miłości często rodzą się z najgorszych początków.