Usłyszałam te słowa od własnej siostry przy świątecznym stole, gdy cała rodzina zamarła: „Zawsze byłaś tą gorszą, po prostu to zaakceptuj”. Przez lata tłumaczyłam sobie, że to tylko żart, że…

Usłyszałam te słowa od własnej siostry przy świątecznym stole, gdy cała rodzina zamarła: „Zawsze byłaś tą gorszą, po prostu to zaakceptuj”. Przez lata tłumaczyłam sobie, że to tylko żart, że...

Pierwszego lipca 1916 roku o 7:30 rano trzecia i czwarta armia brytyjska, w sile trzynastu uzbrojonych po zęby dywizji, miały ruszyć do ataku na linie niemieckie na północny wschód od miasta Albert. Do tego momentu na pozycje wroga spadło już półtora miliona pocisków artyleryjskich, a kanonada trwała nieprzerwanie od 24 czerwca. Samo dowództwo zakładało, że ten najpotężniejszy ostrzał w historii pozwoli piechocie wedrzeć się nawet na 3,5 kilometra w głąb terytorium zajętego przez Niemców. 3,5 kilometra brzmi niewinnie, ale w realiach wojny pozycyjnej był to cel niezwykle ambitny.

Thumbnail

Obserwatorzy donosili, że pierwsza linia niemieckich okopów, budowanych od początku 1915 roku, dosłownie przestała istnieć. Jeszcze na ostatniej prostej, między 6:30 a 7:30 rano, atak artyleryjski przybrał na sile. Jak wspominał jeden ze świadków, wydawało się, że nad głowami nieprzerwany strumień dudniących i świszczących pocisków toczy swe wody ku pozycjom wroga, gdzie ogólny hałas wzmagały kolejne eksplozje. Na jednym z odcinków doszło nawet do potężnych podziemnych eksplozji min, w tym słynnej miny Lochnagar z 27 tonami ładunku wybuchowego.

Wydawało się, że brytyjscy żołnierze uderzą na rozbitego i zdemoralizowanego przeciwnika. A jednak, gdy tylko wyszli na ziemię niczyją, niektóre bataliony natychmiast znalazły się pod ostrzałem niemieckich karabinów maszynowych. Jeden z irlandzkich sierżantów wspominał: „Z lewej i prawej widziałem długie szeregi żołnierzy. Następnie usłyszałem odległe trajkotanie karabinów maszynowych.

Gdy uszedłem kolejne 10 metrów, odniosłem wrażenie, że wokół mnie została tylko garstka ludzi. Gdy uszedłem 20, zdało mi się, że zostałem sam. Wtedy i ja oberwałem”. Dramatyczne walki toczyły się na całym odcinku frontu liczącego zaledwie 24 kilometry.

Na północnym froncie ofensywy brytyjskie ataki były odpierane jeden po drugim. Przepływ informacji był jednak tak powolny, że kolejne fale żołnierzy rzucano do walki w ciemno. Wielu z nich zgodziłoby się z oceną pewnego żołnierza: „Nigdy nie zapomnę poranka 1 lipca, najdłuższego dnia w moim życiu. To było piekło na Ziemi.

Przeszedłem przez wiele, ale myślę, że to była najgorsza sprawa, w jakiej ktokolwiek z nas brał udział”. Najlepiej o tych walkach świadczy fakt, że dopiero po kilku dniach brytyjscy dowódcy zdali sobie sprawę, jak mocno poobijane są ich dywizje. Trudno było jednak ogarnąć rozumem ofensywę, która pochłonęła dziesiątki tysięcy żołnierzy, a właściwie nie ruszyła się z miejsca. Drugiego lipca Douglas Haig, głównodowodzący sił brytyjskich, zapisał w swoim dzienniku: „Do tej pory ogół ofiar szacuje się na 40 000.

W kontekście wielkości zaangażowanych sił i długości zaatakowanego frontu nie można go uznać za poważny”. Czy aby na pewno? Oddajmy głos jednemu ze świadków:

„Wszędzie walały się zwłoki, a smród rozkładających się ciał był bardzo nieprzyjemny. Poczerniała dłoń wystająca z ziemi była co najmniej makabryczna.

Pewnej nocy wraz z tuzinem ludzi przydzielono mi zadanie pochowania niektórych naszych zmarłych w pobliżu naszej nowej linii frontu. W ciemności szukanie ich dysków tożsamości było upiorną robotą. Ponieważ większość poległych była nadęta po tym, jak zostali zabici kilka dni wcześniej, wtaczaliśmy sąsiadów do dołów po pociskach, zasypując ich ziemią, a przy głowie stawialiśmy krzyż z ich imionami. Jeden z mężczyzn, którym się zajmowaliśmy, stracił obie stopy, a dłoń, na której nosił dysk identyfikacyjny, została tak mocno zmiażdżona, że dysk pomieszał się z gnijącym mięsem.

Po daremnych próbach jego odzyskania pochowaliśmy go jako nieznanego”. Straty okazały się znacznie poważniejsze, niż zakładano. Zginęło 20 000 brytyjskich żołnierzy, a 37 000 zostało rannych lub zaginionych. Nic dziwnego, że 1 lipca 1916 roku, szczególnie w brytyjskiej historiografii, uchodzi za najkrwawszy dzień pierwszej wojny światowej.

Brytyjska trauma miała w wymowny sposób opisywać szerszą, uniwersalną traumę całego konfliktu i piekła wojny okopowej, w ramach której na bardzo małym odcinku frontu w krótkim czasie ginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy. Ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Rozgłos pierwszego dnia bitwy nad Sommą ma też drugie dno. W kontekście strat z czasów pierwszej wojny światowej, straty bojowe po obu stronach wyniosły około 10 milionów zabitych.

To cztery lata, trzy miesiące i dwa tygodnie, czyli 1567 dni, co daje średnio około 6300 żołnierzy dziennie. Nic dziwnego, że rok 1916 uchodzi za najbardziej krwawy na froncie zachodnim – zazębiają się w nim dwie wielkie bitwy: prowadzona głównie przez Brytyjczyków ofensywa nad Sommą oraz znacznie dłuższa, obronna bitwa Francuzów pod Verdun. Wielkie kampanie, zwane mocno skrótowo bitwami, ugruntowały absurd wojny okopowej i uwidoczniły problem z przełamaniem pozycyjnego impasu. W tej kumulacji rok 1916 stawał się symbolem pierwszojennej beznadziei i okopowego absurdu.

Kampania pod Verdun pochłonęła ponad 300 000 zabitych, podobnie jak walki nad Sommą. Tymczasem na przełomie 1914 i 1915 roku wojna pozycyjna była daleka od tak irracjonalnych strat jak na samym początku konfliktu. W sierpniu 1914 roku pierwsza wojna światowa zaczynała się nie błotem, a zielenią. Na nierozkopanych jeszcze łąkach, skąpanych w sierpniowym słońcu, ścierała się nowoczesność z przestarzałością.

Obie strony wytaczały na pole walki szybkostrzelną artylerię i karabiny maszynowe, a jednocześnie kawalerię i piechotę w zbitych formacjach, niczym sprzed pięćdziesięciu lat. W tamtym okresie wojna była na tyle dynamiczna, na ile pozwalała współczesna technologia. Nowoczesne państwa wystawiały armie liczące po kilka milionów żołnierzy, a kolej potrafiła w rekordowym tempie przewieźć setki tysięcy z nich na kluczowe odcinki frontu. Nie tylko państwa centralne uderzały na Serbię, Belgię, Francję i Rosję – także państwa Ententy przeprowadziły swoje ofensywy w kierunku wschodnich Prus i samych Niemiec.

Francuzi już od 7 sierpnia nacierali na Alzację, pozostającą w rękach Niemców od 1871 roku. Seria następujących po sobie ofensyw doprowadziła francuską armię do totalnej katastrofy. Świetnie przygotowana niemiecka obrona najpierw zdziesiątkowała napastników, a następnie pogoniła rozbite siły francuskie, co doprowadziło do dramatycznej bitwy nad Marną we wrześniu. Skala tej sierpniowej, dynamicznej wojny często uchodzi naszej uwadze.

Tylko do 5 września armia francuska w tej wojnie ruchomej doliczyła się 330 000 zabitych, rannych i zaginionych – to ledwie miesiąc walk. A nas najbardziej interesuje konkretny dzień – 22 sierpnia. Tego dnia armia francuska straciła 27 000 zabitych żołnierzy. To oczywiście znacznie więcej niż Brytyjczycy pierwszego dnia walk nad Sommą.

Jak wyliczał historyk Jean-Michel Steg, wynikało to z wyjątkowej koncentracji i rozmiaru francuskiej armii w sierpniu 1914 roku. Tego jednego dnia w walce znalazło się między 400 a 600 tysięcy francuskich żołnierzy. Z bagnetami i w czerwonych spodniach zostali rzuconych przeciwko świetnie przygotowanej niemieckiej obronie. I już nigdy w czasie pierwszej wojny światowej Francuzi nie poniosą tak dużych strat w jeden dzień.

Mamy tu pierwszy wyłom w micie wojny okopowej i micie krwawego roku 1916. Do końca roku, w ledwie pięć miesięcy walk, liczba zabitych francuskich żołnierzy zamknęła się na poziomie 300 000. Z perspektywy państw Ententy przejście wojny ruchomej do pozycyjnej oznaczało przede wszystkim mniejsze ryzyko utraty tak wielu żołnierzy naraz. Nic nie pokazuje tego lepiej niż zbiorcze statystyki strat armii francuskiej.

Pięć miesięcy 1914 roku to średnie straty na poziomie 60 000 zabitych miesięcznie. Ale co zwraca uwagę najbardziej, to katastrofalny sierpień i wrzesień tego roku. Już w 1915 roku, pierwszym prawdziwym roku wojny pozycyjnej, ta średnia liczba była o połowę mniejsza – Francja straciła 330 000 zabitych w dwanaście miesięcy, w porównaniu do 300 000 w pięć miesięcy 1914 roku. Nawet w najgorszych miesiącach 1916 roku, w czasie bitwy pod Verdun, Francuzi tracili około jednej trzeciej żołnierzy, których stracili we wrześniu 1914 roku.

Oczywiście przyczyn było wiele. Coraz większy wysiłek od 1915 roku brały na siebie siły brytyjskie, a pod koniec wojny amerykańskie. Doszło też do poważnego statystycznego zaburzenia w postrzeganiu frontu zachodniego w 1916 roku. Bitwa pod Verdun kosztowała Francję 160 000 zabitych spośród 240 000 wszystkich poległych francuskich żołnierzy w 1916 roku.

Verdun pochłonęło dwie trzecie wszystkich francuskich strat. Problem w tym, że postrzeganie Verdun jako bitwy jest bardzo dużym uproszczeniem. To była kampania trwająca dziesięć miesięcy, trzy tygodnie i siedem dni, w sumie 302 dni. Francuzi ostatecznie użyli tam 75 dywizji.

To była raczej seria następujących po sobie starć, które wyczerpały zarówno niemieckie, jak i francuskie siły. Nic dziwnego, że Francuzi nie mieli energii na nic innego w 1916 roku. Ale trzeba podkreślić, że nawet najgorszy francuski miesiąc 1916 roku nie zbliżył się do strat z września 1915 roku, z czasu walk w Szampanii, które zamknęły się w liczbie 60 000 ofiar po stronie Francji. Co więcej, w ciągu tych dziewięciu miesięcy Francuzi stracili mniej żołnierzy niż w sierpniu i wrześniu 1914 roku.

Nawet francuskie straty w kwietniu 1917 roku były większe niż w najgorszy miesiąc Verdun – to był moment katastrofalnej ofensywy Nivelle’a. W tym znaczeniu wojna pozycyjna dla Francuzów była jak najbardziej rozsądna. Pod Verdun to Niemcy mieli stracić 140 000 żołnierzy, a na takie straty nie mogli już sobie pozwolić. Tymczasem z dala od Verdun, na innych odcinkach frontu, życie okopowe biegło dość leniwym trybem.

Tony Ashworth opisał w swojej książce, jak oddolnie tworzył się system „Żyj i pozwól żyć”, który pozwalał obu stronom minimalizować straty w regionach nieobjętych ofensywami. Realia takich wyciszonych frontów świetnie pokazują nieco późniejsze wydarzenia z przełomu 1917 i 1918 roku, kiedy po bitwie pod Passchendaele właściwie do marca obie strony lizały na froncie zachodnim rany. Przykładowo Francuzi w styczniu 1918 roku stracili zaledwie 3400 poległych żołnierzy – to był najmniej krwawy miesiąc na froncie zachodnim. Dopiero od marca i kwietnia 1918 roku statystyki znów skoczyły w górę, do poziomu między 20 a 30 tysięcy zabitych miesięcznie.

Aby uzupełnić obraz tego, jak bitwy nad Sommą i pod Verdun zaburzyły nasze postrzeganie historii strat podczas pierwszej wojny światowej, musimy przyjrzeć się innym frontom, przede wszystkim frontowi wschodniemu. Już 17 sierpnia 1914 roku do Prus Wschodnich wkroczyły siły rosyjskie, realizując założenia sojusznicze Ententy. To kolejna sierpniowa ofensywa, która nie przyniosła agresorowi sukcesu – to Niemcom udało się odnieść poważne zwycięstwo pod Tannenbergiem nad przeważającymi siłami carskimi. Tymczasem w Galicji od 23 sierpnia starły się armia carska i austro-węgierska.

Tylko do 11 września straty armii austro-węgierskiej zamknęły się w 100 000 zabitych – w dwa i pół tygodnia walk. Ten wspólny koszmar rosyjski i austro-węgierski trafił raczej na margines opowieści o pierwszej wojnie światowej. A przecież letnie ofensywy w Galicji przełożyły się, wedle Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego, na 20 procent wszystkich strat poniesionych przez monarchię c. -k.

w czasie całej wojny. To jednak nie koniec sierpniowych batalii. Pamiętacie jeszcze o froncie serbskim, od którego wszystko się przecież zaczęło? Między 15 a 24 sierpnia siły austro-węgierskie zostały pokonane przez Serbów w bitwie na górze Cer.

W sumie to kolejne 100 000 zabitych. Jakby nie patrzeć, poszukiwania najkrwawszego okresu wojny powinny zmierzać w kierunku przebadania sierpnia 1914 roku – to był miesiąc wojny ruchomej. Front wschodni przez kolejne lata udowadniał, że wojna ruchoma jest dla żołnierzy szalenie niebezpieczna. W czasie wielkiej ofensywy państw centralnych z maja 1915 roku, prowadzonej na terenie Polski, po obu stronach frontu walczyło około 4,5 miliona żołnierzy.

Wedle dość konserwatywnych wyliczeń do lipca zginęło w niej około 300 000 żołnierzy. Tak – w czasie tej ofensywy zginęło więcej ludzi niż podczas całej bitwy pod Verdun. Rok 1915 jest w ogóle szalenie ciekawy. W maju na froncie zachodnim też sporo się działo – Francuzi toczyli zażarte boje podczas drugiej bitwy pod Artois, a wiosną 1915 roku siły ANZAC rozpoczęły walki na froncie dardanelskim.

W maju do wojny dołączyły także Włochy, a od 23 czerwca rozpoczęła się krwawa kampania nad Isonzo. W ciągu pierwszych czterech bitew przypadających na 1915 rok zginęło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Patrząc na całościowy obraz, widać koszmarną kumulację na samym początku wojny, specyficzny rok 1915, kiedy ciężar przeniósł się w dużej mierze na front wschodni, oraz nieustannie krwawą, beznadziejną kampanię pod Gallipoli. Rok 1916 prezentuje się jako najbardziej krwawy za sprawą stale wysokich strat miesięcznych na froncie zachodnim – to efekt nakładających się na siebie kampanii pod Verdun i nad Sommą.

Ale to na froncie wschodnim stawka była największa. Rosja pod koniec 1916 roku jedną nogą była już w grobie, a wcześniej, w czasie ofensywy Brusiłowa, przetrąciła ostatecznie kręgosłup armii austro-węgierskiej. Ostatni rok wojny oznaczał wybicie w górę statystyk strat na froncie zachodnim. Co się zmieniło?

Wojna uwolniła się z okopów. Niemcy słusznie zakładali, że rosnący od 1917 roku udział amerykańskich żołnierzy z czasem przeważy szalę na korzyść Ententy. Stąd 21 marca 1918 roku armia niemiecka na zachodzie przeszła do najbardziej śmiałego ataku od trzech i pół roku. Jego celem było rozbicie spójności frontu w punkcie styku między siłami francuskimi i brytyjskimi.

Niemcy przygotowali ćwierć miliona żołnierzy na odcinku frontu liczącym 60 kilometrów. Ta bitwa z czasem zostanie nazwana Kaiserschlacht – bitwą cesarza. Żołnierze mieli wykorzystać wszystkie nauki z poprzednich lat wojny. Wojna mobilna nagle wydawała się bardzo skuteczna i sensowna.

Niemcy po raz pierwszy od sierpnia 1914 roku poczynili tak wielkie postępy – między 21 marca a 5 kwietnia maksymalnie posunęli się do przodu nawet o 60 kilometrów. Ta nowa mobilność nie byłaby możliwa, gdyby nie wygasł front wschodni, skąd Niemcy przerzucali na zachód kolejne dywizje. Ale właśnie 21 marca, w jeden dzień, armia niemiecka straciła prawie 11 000 zabitych – to uchodzi za najbardziej krwawy dzień niemieckiej armii podczas całej wojny. W dłuższej perspektywie, w ciągu całej serii pięciu następujących po sobie ofensyw z 1918 roku, Niemcy stracili 125 000 zabitych, 738 000 rannych oraz 104 000 zaginionych i wziętych do niewoli.

Oznaczało to, że Niemcy w wojnie mobilnej doszczętnie się wyczerpali. Do 10 września siły aliantów zbliżyły się znów do Saint-Quentin, choć tym razem nie zatrzymały się na tym miasteczku i ostatecznie dotarły pod koniec wojny na tereny pierwszych walk z sierpnia 1914 roku. Ta wojna ruchoma znalazła swoje przełożenie w ruchu do góry strat armii francuskiej, osiągając w lipcu i sierpniu poziom sprzed dwóch lat, z samego środka bitwy pod Verdun. Na ostatniej prostej, w październiku 1918 roku, Francuzi ponieśli największe straty w zabitych od ofensywy Nivelle’a z kwietnia 1917 roku.

Ta klamra strat na froncie zachodnim jest bardzo wymowna – wojna zaczynała się od krwawej wojny mobilnej i kończyła się w ten sam sposób. Somma i Verdun mogły ukazywać absurd wojny, w której o kilka kilometrów kwadratowych giną dziesiątki tysięcy żołnierzy, ale wyłączając statystyczne zaburzenie pierwszego dnia walk nad Sommą, to wojna ruchoma była jednak bardziej krwawa. I ostatecznie prowadziła i tak z powrotem na tereny pierwszych walk z sierpnia 1914 roku. Dlaczego więc to pamięć o Verdun i Sommie determinuje to, jak odbieramy krwawość pierwszej wojny światowej?

Dlaczego sierpień 1914 roku czy marzec 1918 roku uchodzi w naszej świadomości za mniej krwawy niż piekielne bitwy 1916 roku? Wróćmy jeszcze do bitwy nad Sommą. Brytyjskie siły przechodziły od 1914 roku stopniową rewolucję. Początkowo Brytyjczycy w Europie operowali ledwie siłami Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego – dobrze wyszkoloną formacją zawodowców, ale została ona wyczerpana w czasie walk 1914 roku.

Wojna z Niemcami wymagała znacznie większej armii. Lord Kitchener nakreślił plan powołania siedemdziesięciu ochotniczych dywizji. Kampania rządowa była niezwykle skuteczna, operowała między innymi udanymi pracami graficznymi. Ale to nie wystarczało przy przedłużającej się wojnie.

W styczniu 1916 roku ogłoszono przymusowy pobór Brytyjczyków, obejmujący kawalerów i bezdzietnych wdowców w wieku od 18 do 41 roku życia. W ten sposób powstawała masowa brytyjska armia, która w szczytowym momencie liczyła 4 miliony żołnierzy. Bitwa nad Sommą miała być pierwszym poważnym testem tej tworzącej się, nowej, niezawodowej armii. Doświadczenie Sommy stało się doświadczeniem całego pokolenia.

Z drugiej strony, całościowo Brytyjczycy mieli ponieść większe straty w kolejnych latach. Brytyjskie straty na froncie zachodnim w 1916 roku sięgnęły 150 000 zabitych, w 1917 roku – 190 000, a w 1918 – 160 000, i to był krótszy rok, bo wojna kończyła się 11 listopada. Czy to oznacza, że właśnie po bitwie nad Sommą wojna stawała się dla Brytyjczyków znacznie bardziej niebezpieczna? Fascynującej próby analizy śmiertelności brytyjskiej armii dokonali autorzy artykułu „Surviving the Great War”, w którym przeliczyli straty w kontekście użytych sił.

Znów widoczne są górki związane z zaangażowaniem brytyjskich sił w najważniejszych ofensywach: bardzo krwawy początek wojny, wyciszenie od września 1915 roku, później koszmarny skok w bitwie nad Sommą. Nie da się oczywiście dyskutować z 20 000 zabitych 1 lipca 1916 roku – w tym kontekście jeden dzień odpowiadał za 13 procent całorocznych strat z 1916 roku. Lata 1917 i 1918 mogą być pozbawione takich górek, ale odpowiadają za pewną stałość miesięcznych brytyjskich strat. W tym kontekście brytyjska fiksacja na punkcie Sommy jest całkowicie zrozumiała.

Szkoda tylko, że spycha ona w cień inne krwawe fronty i inne bitwy. W czym pomogli także Francuzi. Jean-Michel Steg, patrząc na sprawę z perspektywy Francuza, przyczyn specyficznego zepchnięcia koszmaru sierpnia 1914 roku szukał w prozaicznych, ale rozsądnych argumentach. Początkowo wszystkie strony zakładały szybki konflikt, wojnę ruchomą z błyskawicznym zdobyciem zakładanych celów.

Straty nie miały mieć znaczenia w świetle osiągniętego zwycięstwa. Serie ofensyw na wszystkich frontach powodowały jednak błyskawiczne wypalanie się wszystkich armii. Pamięć o sierpniu 1914 roku była zastępowana przez traumy kolejnych pokoleń żołnierzy. Sam poziom strat z lat 1914–1915 powodował, że weteranów tych wydarzeń było z czasem coraz mniej, a także mieli oni realnie najmniejsze szanse na przeżycie całej wojny.

Doszło jednak także do świadomego procesu spychania pamięci o sierpniu 1914 roku we Francji. Specjalna komisja już w 1919 roku badała nieadekwatność francuskich planów sztabowych na wypadek wojny z Niemcami i katastrofalne decyzje z sierpnia. Wyszło na jaw, że z perspektywy Francuzów ta sierpniowa bitwa o granice nie miała żadnego rozsądnego morału. Kiedy bitwy nad Marną i pod Verdun oznaczały zatrzymanie Niemców, 22 sierpnia pozostawał ukoronowaniem francuskiej niekompetencji.

W parze z sukcesem najkrwawszych bitew jest jeszcze jedna kwestia. Spośród wszystkich narracji narodowych tylko narracje zachodnich aliantów zachowały ciągłość. Francja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Włochy przetrwały wojenną zawieruchę. Pierwsza wojna światowa zmiotła zaś z powierzchni ziemi carską Rosję, Drugą Rzeszę i monarchię austro-węgierską.

Jak wskazują autorzy książki „Nasza wojna”, pamięć o froncie wschodnim, ale też na przykład o froncie salonickim, stopniowo się ulatniała. Dla wielu państw historia zaczynała się tak naprawdę dopiero od 1918 roku. Polska nie była wyjątkowa – jeszcze do 1921 roku musiała bronić swojej niepodległości. Konflikty militarne rozdzielały także Węgry, Niemcy, a nieco dalej Grecję zaangażowaną w długą wojnę z Turcją.

Nowe narodowe rządy z historii wielkiej wojny wybierały interesujące je fragmenty. Na przykład w Polsce podkreślano tradycję legionową, jednocześnie spychając w cień znacznie częstsze doświadczenia żołnierzy polskich walczących w mundurach carskich czy cesarskich. Później ta zbiorowa amnezja dotknęła przede wszystkim pokolenia po drugiej wojnie światowej – to wtedy komunistyczne rządy Europy Środkowej i Wschodniej wyciszały temat postaw Polaków, Czechów, Serbów, Rumunów, Bułgarów i innych narodów. Sama druga wojna światowa musiała też rzucić cień na wielką wojnę.

Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej zostały właściwie dotknięte przez konflikt znacznie brutalniej, a następnie przez wymuszone zmiany polityczne prowadzące do poważnych represji po 1945 roku. Z drugiej strony druga wojna światowa nie była tak krwawa z perspektywy francuskiego czy brytyjskiego żołnierza. Brytyjczycy w czasie pierwszej wojny światowej stracili w sumie około 900 000 żołnierzy na wszystkich frontach, a w drugiej – 380 000, czyli około 43 procent tego, co w czasie pierwszej. Francuzi w wielkiej wojnie stracili 1 400 000 żołnierzy, a w drugiej – 217 000, czyli zaledwie 15,5 procent.

W tych krajach ciężar pamięci o drugiej wojnie światowej rozkładał się na innych filarach i nie ciążył tak mocno na filarze bezwzględności bitew. We Francji starano się radzić sobie z kłopotliwym bagażem kampanii 1940 roku i kolaboracji. Wielka Brytania musiała zaś przetrawić nowy układ światowy ze stopniowo rozpadającym się imperium. To właśnie we Francji i Wielkiej Brytanii powstały idealne warunki, by pamięć o pierwszej wojnie była szczególnie pielęgnowana.

Stąd nawet obcokrajowcy zainteresowani pierwszą wojną światową musieli przyjmować specyficzną, brytyjsko-francuską interpretację skupioną wokół Verdun i Sommy. Dziś, choć całościowy obraz wojny światowej jest znacznie bogatszy, wciąż czeka nas sporo pracy, aby wyciągnąć na wierzch ciekawsze historie i bitwy z mniej znanych frontów. Ale to już tematy na inne opowieści.