Gebels zanotował w swoim dzienniku dwudziestego trzeciego listopada 1942 roku, że Rosjanie odnieśli sukcesy – oba ich uderzenia na północ i południe od Stalingradu przyniosły zamierzone efekty. W ten niepozorny sposób minister propagandy zareagował na pierwsze objawy tego, co dla Niemiec okaże się kluczową klęską na froncie wschodnim. Dwa miesiące później już dobrze wiedział, co się święci. W Stalingradzie rozgrywał się bohaterski dramat, jakiego w tak tragicznym i wstrząsającym wydaniu nigdy nie było w niemieckiej historii.

Od połowy stycznia Niemcy stanęli przed arcytrudnym wyzwaniem – jak przetrawić klęskę w tak prestiżowej bitwie. Jeszcze ósmego listopada 1942 roku Hitler przemawiał na partyjnym wiecu w piwiarni Löwenbräu. Mówił wtedy: „Chciałem zdobyć miasto Stalingrad i, jak wiecie, przy całej skromności – naprawdę je mamy. Zostało tam już tylko kilka bardzo małych punktów do oczyszczenia.
Inni pytają, dlaczego nie robimy szybszych postępów. Bo nie chcę tam tworzyć drugiego Verdun. Wolę wykonać robotę małymi oddziałami szturmowymi”. Nic dziwnego, że niemiecka propaganda musiała łamać sobie głowę, jak wydostać się z tej prestiżowej pułapki.
Znając charakter Hitlera, wiadomo było, że nie pozwoli na wycofanie swoich dywizji z ruin miasta. Chodziło nie tylko o prestiż Niemiec, ale o prestiż samego führera. Przegrana pod Stalingradem miała być nie tylko wysiłkiem dla rozciągniętych na froncie wschodnim sił Państw Osi, ale też zmuszała niemieckie media do karkołomnej gimnastyki. Komunikacja w temacie bitwy stalingradzkiej opierała się pod koniec 1942 roku na kilku motywach.
Dwoma głównymi były niedopowiedzenie pomieszane z podkreślaniem bardzo trudnych walk na wschodzie. Niemcy już kilkukrotnie w czasie wojny przeżywali kryzys komunikacyjny. Brak zwycięstwa nad Anglią w 1940 roku zachwiał pewnością siebie niemieckich pilotów. Front zachodni odszedł jednak w cień sukcesów Wehrmachtu z 1941 roku, które zdecydowanie zbyt optymistycznie podkreślano w gazetach.
Kryzys na froncie wschodnim z jesieni 1941 roku udowodnił Niemcom jedno – nie można mówić o zwycięstwie w środku wojny. Wstrzemięźliwość radia i gazet to jedno, ale Hitler prywatnie był niemal pewien sukcesu. Nic dziwnego, że kiedy 19 listopada napłynęły raporty o sowieckiej kontrofensywie nad Donem, Hitler osobiście wstrzymał początkowo przepływ informacji do mediów. Niemieckie gazety o nowych posunięciach pod Stalingradem napisały dopiero pięć dni później.
Mimo wcześniejszej ostrożności w komunikacji, Niemcy i tak dali się zaskoczyć. Pod presją naziści zaryzykowali swoich mediów w momencie, w którym Stalingrad trafiał na usta żołnierzy i cywilów. Stalingrad wypadał z nagłówków niemieckich gazet – trafiały tam za to wygodne tematy zastępcze. Ósmego grudnia pisano o ataku na Pearl Harbor, nagłówki krzyczały „od zwycięstwa do zwycięstwa”.
Dwudziestego dziewiątego grudnia skupiono się na podkreślaniu nieporozumień w sojuszu Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych oraz poważnych strat wroga w Tunezji. Z oficjalnych źródeł Niemcy nie mogli dowiedzieć się chociażby tego, że Mansteinowi nie udało się przerwać oblężenia Stalingradu. Niemożliwe było jednak ukrywanie faktów na długo. Nawet tak samo oszukujący się reżim rozumiał, że Niemcy, przede wszystkim martwiący się o losy bliskich służących w wojsku, będą potrzebować informacji.
Raporty SD, które między innymi dobrze znał Goebbels, ujawniały rosnącą przepaść między oczekiwaniami opinii publicznej a poziomem informacji zapewnianych przez nazistowskie gazety i radio. W raportach pojawiał się wniosek, że Niemcy odczuwają niepokój związany z wydarzeniami na froncie wschodnim – niepokój narastający w wyniku rozjazdu informacji między zagranicznymi i krajowymi rozgłośniami. Do tego, zanim zostały przerwane ostatnie połączenia powietrzne z kotłem stalingradzkim, do Rzeszy trafiały też setki tysięcy listów pisanych przez żołnierzy 6. Armii.
Raport SD podkreślał: „Jeżeli obecnie znaczna część ludności spogląda na sytuację na wschodzie z niewspółmiernie większym niepokojem niż jeszcze tydzień wcześniej, to należy tłumaczyć to faktem, że listy polowe nadsyłane są w pewnej mierze skrajnie ponure”. Można zacytować taki list: „Kochana mamusiu, nie mogę już ruszyć nogami. Z innymi jest tak samo. Przez głód zmarł jeden z naszych towarzyszy.
Na jego ciele nie zostało już nic. Ruszył w marsz i upadł po drodze z głodu i zamarzł”. W podobnym czasie Alfred Rosenberg spotkał się z oficerami z OKW. Sugerował, że cenzura powinna zatrzymać bardziej drastyczne przypadki.
Oficerowie byli nadzwyczaj zadowoleni z przebiegu spotkania. Opowiadali o listach żołnierzy tkwiących w okrążeniu – świadomie napisanych listach pożegnalnych. Listy zostaną przetrzymane tak długo, aż tragedia dobiegnie końca. Dla Niemców pojawiło się też całkowicie nowe źródło informacji.
Już w połowie grudnia Rosjanie przeprowadzili kapitalny ruch psychologiczny – za pośrednictwem Czerwonego Krzyża do niemieckich rodzin trafiło kilkaset, między czterysta a sześćset, kartek wysłanych przez niemieckich jeńców z sowieckich obozów. Goebbels zdecydował, żeby pocztówki trafiły do adresatów, ale w towarzystwie dokumentu wyjaśniającego kontekst. Samo istnienie kartek wysyłało niepokojący sygnał – nadeszły czasy, kiedy Sowieci biorą do niewoli niemieckich żołnierzy. Nazistowski garnek zaczynał wrzeć, a poruszająca się pokrywka groziła wykipieniem.
Trzynastego stycznia Goebbels spotkał się z Hitlerem, aby ustalić szczegóły nowej polityki wojny totalnej oraz komunikacji wokół tematu Stalingradu, wokół tematu nieuniknionej klęski. Nawet taki reżim jak nazistowski nie mógł operować tylko i wyłącznie na bazie fikcji. Już kilka miesięcy wcześniej Goebbels narzekał, że Niemcy mają coraz częstszą skłonność do słuchania zagranicznych stacji. Unikanie tematu groziło totalnym upadkiem wiarygodności reżimu i powszechnym otwarciem cywilów – a może i żołnierzy – na komunikaty przeciwnika i tym samym jego propagandę.
W Trzeciej Rzeszy za słuchanie zagranicznego radia i powtarzanie tak zwanych defetystycznych komunikatów groziły najsurowsze kary. Dopiero po spotkaniu Hitlera z Goebbelsem niemieckie gazety otworzyły się na stalingradzką prawdę. Hasło ze stycznia brzmiało: „Zacięta, ciężka walka na południu frontu wschodniego”. Rozpoczęła się faza przekuwania ewidentnej klęski w nowy mit.
Rosenberg pisał nieco chaotycznie: „Stalingrad to bohaterski czyn, który nie ma sobie równych, będący próbą dla tych, co na froncie, i dla ojczyzny, symbol historycznej powagi i punkt wyjścia dla zwycięstwa”. Stalingrad jako punkt wyjścia do zwycięstwa – to w punkt oddawało nowy nurt niemieckiej komunikacji. Dwudziestego stycznia można było już pisać o ciężkich walkach, ale sprawa była przesądzona. Trzydziestego stycznia 1943 roku, z okazji dziesięciolecia Rzeszy, w radiu nadano przemówienie Hermanna Göringa: „Nawet za 1000 lat każdy Niemiec będzie nadal mówić o tej bitwie z nabożną czcią i szacunkiem oraz wiedzieć, że wbrew wszystkiemu tam właśnie zdecydowało się zwycięstwo Niemiec”.
Padły porównania do Termopil i poświęcenia Spartan. Starano się porażkę obrócić w poświęcenie zmierzające ku zwycięstwu. Trzeciego lutego 1943 roku niemieckie rozgłośnie były gotowe, aby zakomunikować upadek Stalingradu. Komunikat powtarzał wcześniej podkreślane wątki – poświęcenie 6.
Armii nie było daremne. Generałowie, oficerowie, podoficerowie i żołnierze walczyli ramię w ramię do ostatniego naboju. Zginęli po to, żeby Niemcy mogły żyć. Jednocześnie ogłoszono trzydniową żałobę.
Czwartego lutego „Völkischer Beobachter” na pierwszą stronę walnął niemalże hagiograficzny obrazek – surowego, spokojnego ducha opiekuńczego Wehrmachtu świecącego nad głowami niezliczonych żołnierzy. „Niemcy mogły żyć” – tak brzmiało oficjalne hasło tej medialnej kampanii. Z innych nagłówków warto zapamiętać: „Wierny przysiędze flagowej – z dumą dwukrotnie odmówił kapitulacji”, „Stalingrad wzywa do działania”. Stalingrad miał być trudnym krokiem, ale jednak krokiem ku zwycięstwu.
Niczym Spartanie pod Termopilami, tak Niemcy pod Stalingradem mieli kupić czas całemu sojuszowi. Intencje takiej kampanii narracyjnej były jasno określone. Przedstawiciele niemieckich mediów trzeciego lutego otrzymali bardzo precyzyjne instrukcje: „Zakończyła się bohaterska bitwa o Stalingrad. Za kilka dni naród niemiecki uhonoruje swoich odważnych synów, ludzi, którzy do ostatniego tchnienia i do ostatniej kuli wykonywali swój obowiązek.
Bohaterska bitwa o Stalingrad stanie się największym ze wszystkich heroicznych eposów w niemieckiej historii. Niemiecka prasa ma przed sobą jedno z największych wyzwań. W duchu specjalnego komunikatu OKW, który ma zostać wydany jeszcze dzisiaj, prasa musi poinformować o tym poruszającym wydarzeniu w taki sposób, żeby ten wzniosły przykład bohaterstwa, tego ostatecznego ofiarnego poświęcenia dla zwycięstwa Niemiec, rozbłysł niczym święty płomień”. Niemiecki historyk Wolfram Wette tak pisał o nowym języku mediów wokół Stalingradu: „Podnosząc militarną katastrofę Stalingradu do rangi ofiarnej śmierci na skalę historyczną, nazistowscy propagandyści przenieśli się do abstrakcyjnego, szlachetnego i rzekomo wzniosłego świata pozorów, używając quasi-religijnych terminów takich jak święta trwoga, cześć, wszechmoc, opatrzność i wiara”.
Hitler, Göring i Goebbels realizowali systematyczną strategię derealizacji. Tylko czy ta wzniosła kampania świętego płomienia mogła być skuteczna? Do dziś pozostały raporty niemieckiej SD, służby bezpieczeństwa, która miała monitorować na bieżąco skuteczność – czy też bezskuteczność – nowej narracji. Początkowo raportowano, że wiadomości z frontu wschodniego wywołały szok wśród cywilów.
Ludzie mieli zareagować przygnębieniem oraz jasno wyrażali opinię, że jest to punkt zwrotny w wojnie. Co gorsza dla reżimu, jeden raport podkreślał: „Opowiadanie wstrętnych i szkodliwych dowcipów na temat państwa, a nawet dowcipów na temat osoby samego führera, stało się po Stalingradzie o wiele częstsze”. Zwracano uwagę na coraz większy dystans cywilów do symboli reżimu, na przykład miała zanikać popularność używania tak zwanego niemieckiego pozdrowienia wśród cywilów. Miały też krążyć plotki o partyjnych szychach uciekających do Szwajcarii, co osłabiało zasięg nowej narracji.
Ale były też kuriozalne wieści z frontu wschodniego. Kiedy niemieckie media grzmiały przykładem o poświęceniu do samego końca, o walce do ostatniego naboju, Goebbels już drugiego lutego wiedział, że prawda ma się nieco inaczej. „Z Moskwy nadchodzi przygnębiająca wiadomość, że Paulus i jego 14 generałów dostało się do bolszewickiej niewoli. Ta wiadomość jest wszystkim, tylko nie wiadomością radosną.
Można sobie wyobrazić, jakie pociągnie za sobą skutki psychologiczne, jeśli będzie odpowiadać faktom”. Ofiara 6. Armii nie była tak hagiograficznie idealna, jak wyobrażali to sobie nazistowscy dowódcy. Miało się okazać, że 90 000 żołnierzy niemieckich wcale nie dało się zabić – przynajmniej jeszcze nie w lutym 1943 roku.
Zanim udało się niemieckiej propagandzie umocować mit Stalingradu, ten mit oberwał z niespodziewanej strony, prosto w plecy. Zarówno radio Moskwa, jak i BBC zaczęły nadawać audycje z wyczytywaniem nazwisk żołnierzy niemieckich wziętych do niewoli pod Stalingradem. Rosjanie twierdzili, zgodnie z prawdą, że wzięli 90 000 jeńców. Był to koszmarny cios w wiarygodność niemieckich mediów.
Pocztą pantoflową po Niemczech rozchodziły się wieści o zagranicznych audycjach. Całkowicie zrozumiałe było, że krewni domniemanych poległych zrobią wszystko, by poznać prawdę. Angielskie i rosyjskie audycje dawały nadzieję. Niemieckie serwowały początkowo nową mitologię, a później obietnice wojny totalnej ogłoszonej osiemnastego lutego ustami Józefa Goebbelsa.
Sam Goebbels uznawał to przemówienie za wielki sukces, ale raporty, które przetrwały do naszych czasów, pokazują nieco inną historię. Podsłuchane przez agentów i donosicieli rozmowy cywilów sprowadzały się do szerokiej krytyki wojskowego przywództwa partii. I co miało szczególnie szokować – ugruntowany został nurt, że tematem dowcipów i krytyki stał się sam Hitler, szczególnie w powiatach, z których pochodzili żołnierze 6. Armii.
Nadszedł czas, że to wroga propaganda miała grać na niemieckich emocjach. Jednym z genialnych założeń sowieckiej propagandy było przepuszczanie do Niemiec listów pisanych z obozów jenieckich. Niemieccy cenzorzy robili wszystko, by te listy nie docierały do kraju, ale nadal część z nich trafiała do celu – najczęściej w wyniku zaniedbań czy też przez pośrednictwo adresów z krajów neutralnych. Najsłynniejszym z takich listów był list napisany przez generała Waltera Heitza, drugiego co do stopnia po Paulusie niemieckiego oficera w sowieckiej niewoli.
W wyniku błędu wiedeńskiego urzędu cenzorskiego jego list dotarł do żony w kwietniu 1943 roku. Sprawa tego listu dotarła szeroko do samego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Na zduszenie wpadki było już jednak za późno. Wokół pani Heitz utworzyła się społeczność rodzin poszukujących informacji i kontaktu z wziętymi do niewoli żołnierzami.
Członkowie tej społeczności mieli wierzyć, że pani Heitz będzie w stanie z pomocą agencji rządowej WASt dotrzeć do bliskich. Agencja ta zajmowała się zbieraniem informacji na temat strat niemieckiej armii. Niemieckie Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych musiało niemal do samego końca wojny walczyć z plotkami o tym, jakoby pani Heitz miała specjalne drogi dotarcia – bo przecież ona dostała list od swojego męża. W ten sposób stalingradzka ściema reżimu mogła być nawet gorsza niż sama porażka militarna.
Większa część Niemców musiała zdać sobie sprawę, że ich media nie powiedzą im już całej prawdy. W świetle tych propagandowych zagrywek przeciwnika, bardzo szybko, bo już czternastego i piętnastego lutego, Hitler wydał rozkaz, że wszelkie komunikaty o Stalingradzie muszą przejść przez jego ręce – albo właściwie przez ręce jego kancelarii. Niemiecki korespondent przydzielony do 6. Armii, na polecenie Goebbelsa, przygotował długi i trafny raport na temat postawy i losów niemieckich wojsk pod Stalingradem.
Hitler po zapoznaniu się z tym raportem miał powiedzieć: „Dla Niemców to nie do przyjęcia”. Raport powędrował do najgłębszej szuflady kancelarii. A w marcu 1943 roku Hitlerowi zależało faktycznie na utrzymaniu żywych legend przy życiu. Rommel został przywołany do Niemiec, aby jego autorytet nie ucierpiał w obliczu nieuniknionej klęski w Tunezji i żeby nie trafił do alianckiej niewoli.
Od lutego 1943 roku działał też specyficzny wróg wewnętrzny – weterani frontu wschodniego, urlopowani czy z poważniejszymi ranami odesłani do cywila. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że ci żołnierze byli pozbawieni już złudzeń. Ich oddolna narracja zderzała się z odgórną dominującą narracją. Część cywilów mogła czuć niepokój, ale też nie rozumiała początkowo powagi sytuacji.
Jeden z weteranów, Günther Koschorrek, uratowany z frontu dońskiego, wspominał: „Jedynie kilku znajomych spytało mnie, jak było na froncie. Kiedy mówiłem prawdę, nikt mi nie wierzył. Więc przestałem. Chcieli usłyszeć potwierdzenie tego, co słyszeli dzień w dzień, słuchając wojskowych komunikatów – że nasi żołnierze to bohaterowie, którzy wyłącznie atakują, a jeśli giną, to tylko w natarciu lub przejściowej obronie, bo nie oddają ani centymetra zdobytej ziemi”.
Mamy tutaj sugestię podstępnej skuteczności niemieckiej propagandy – część cywilów jednak chciała wierzyć w oficjalne komunikaty. Być może ta chęć wynikała ze strachu przed perspektywą tego, co naprawdę oznaczała klęska stalingradzka. Szerokie badania postaw żołnierzy niemieckich, prowadzone od końca 1942 roku w kontekście Stalingradu, ale też ogólnie sytuacji na froncie wschodnim, sugerowały powszechny fatalizm. Major Freiherr von Lersner przygotował serię raportów, w których zwracał uwagę, że jednym z głównych wątków rozmów żołnierzy frontowych jest nieszczerość niemieckiej propagandy.
Szczególnie ci starsi niemieccy żołnierze mieli przestać wierzyć w możliwość odniesienia zwycięstwa. Powszechne było przekonanie, że wojna wkracza w fazę wojny na wyniszczenie. David A. Harrisville, który przeprowadził kolosalne przedsięwzięcie analizy niemieckich listów z frontu wschodniego, zauważył, że w tym czasie doszło do ugruntowania przemiany w percepcji frontu wschodniego.
Proces ten nazwał „od heroizmu do ofiarnictwa”. Harrisville zauważył, jak zmienia się postawa niemieckich żołnierzy – heroiczny marsz miał zmienić się w poczucie bycia złożonym w ofierze i w walkę z równie desperackim przeciwnikiem. Jeden znamienny list zawierał taki oto fragment: „Mówi się, że to nasze wielkie poświęcenie nie może pójść na marne. Wierzę, że Rosjanie korzystają z tego samego argumentu u siebie, ponieważ od nich nikt nie poniósł większych poświęceń”.
Coraz bardziej powszechne i zrozumiałe było pośród niemieckich żołnierzy poczucie wyobcowania ze wspólnoty cywilów. Traumatyczne doświadczenia frontu wschodniego, ukazane w soczewce stalingradzkiej, formowały nową niemiecką armię – armię drugiej połowy drugiej wojny światowej. Jeszcze po kampaniach w Polsce czy Francji w Niemczech publikowano nieco nostalgiczne, nieco bombastyczne wspomnienia żołnierzy. Ten typ literatury wyparował wraz z niemieckimi sukcesami.
Jak podsumował Hitler, można śmiało stwierdzić, że żaden Niemiec nie byłby gotowy na prawdę. A prawdą też jest to, że w tym dziwnym mentalnym zwrocie akcji żołnierze niemieccy na froncie wschodnim zaczęli coraz bardziej traktować siebie jako ofiarę wojny, jako ofiarę frontu wschodniego. Niemieccy żołnierze mogli reagować niemal agresją na to, jak ukazywano w gazetach ich losy. A jednak, gdy zestawiamy ze sobą nową cierpiętniczą narrację mediów, wpisywała się ona w to, co myśleli sami żołnierze.
Miało się okazać, że niemieccy żołnierze mogli ostatecznie przyjmować narrację stalingradzką. Żołnierz coraz częściej patrzył na siebie przez pryzmat tego propagandowego obrazka. Coraz częściej widział się jako ten święty w stalowym hełmie, świętego, którego droga do bohaterstwa była drogą cierpiętnika. W tym sensie nazistowska narracja ofiarnictwa tylko pozornie wydawała się nieskuteczna.
Żołnierze, jak wszyscy żołnierze, mogli narzekać – w przypadku przedłużającej się wojny na swoich dowódców, cywilów, sojuszników, przedstawicieli innych jednostek i tak dalej. Ale zapał do walki wcale nie mijał. Jeden kapral z Armii Środek pisał do rodziny: „Tutaj to jest sprawa życia i śmierci. Rosja jest naszym przeznaczeniem.
Ta walka osiągnęła taki poziom srogości i zajadłości, że wymyka się to wszelkim opisom. Ani jeden z was nie ma prawa wrócić do domu żywy – to nam powtarzano dostatecznie często i wiemy, że jest traktowane poważnie. Jesteśmy w pełni przygotowani”. Zauważalne było to, że efekt Stalingradu, nawet niezależnie od niemieckiej propagandy, mógł działać mobilizująco.
Jeden z żołnierzy stacjonujących w Chorwacji pisał: „Nigdy wcześniej w tej wojnie nie toczono tak heroicznej bitwy. Nikt z tego szalejącego kotła nie ujrzy już nigdy ojczyzny. To czysta prawda, że nie dorównają im ci ze Stalingradu”. Do jednostek na froncie wschodnim trafiali też nowi, młodzi żołnierze.
Zderzenie fatalistycznie nastawionych starych z entuzjastycznymi młodymi stało się faktem. Jeden z listów dobitnie ukazywał tę perspektywę: „Och, moi dzielni ludzie, straciłem was prawie wszystkich. Nie mogę w to uwierzyć. Z moich starych znajomych, wraz ze śmiercią dowódcy, odszedł też ostatni.
Chciałbym pozostać z nimi na zawsze, byli prawdziwymi niemieckimi towarzyszami. Z kim będę rozmawiał o naszych czynach, gdy już wszystko się skończy? ”
W tym liście interesująca jest specyficzna i powszechna perspektywa. Mówi on przecież o ofiarach innych, o śmierci towarzyszy, o śmierci innych żołnierzy.
Ostatecznie niemieccy żołnierze mogli wierzyć w dwie rzeczy – że dotychczas poniesione straty nie mogą pójść na marne i że jednak zobaczą koniec wojny. Guy Sajer, Alzatczyk w niemieckim mundurze, ujął to w ten sposób: „Nawet koledzy z Hitlerjugend, choć całymi latami doskonalili ideę samopoświęcenia, nie umieli wyobrazić sobie, że za kilka godzin mieliby zginąć. Człowiek może zapamiętale bronić jakichś przekonań, może budować na nich całą ideologię, jest nawet gotów ponieść największe ryzyko, ale nie może uwierzyć, że stanie się to najgorsze”. To, czy wspomnienia Sajera są w pełni wiarygodne, do dziś budzi pewne kontrowersje, ale doskonale oddaje nastrój tamtych czasów i nastrój samych żołnierzy.
Kapitalnie wpisuje się to w hasło niemieckiej propagandy: „Oni zginęli, aby Niemcy mogły żyć”. Oni byli już po drugiej stronie. Nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach instynkt samozachowawczy przekonywał żołnierzy do walki, żeby sprawdziła się wizja, że to poświęcenie innych było potrzebne. Potrzebne, ale nie moje poświęcenie.
Może dziwić nas ten paradoks. Z jednej strony żołnierze tracili zaufanie do nazizmu, żartowali z dowódców i z samego Hitlera, ale nie wpływało to krytycznie na ich postawy. Ostatecznie robili to, czego reżim od nich oczekiwał. Ba, nawet narracja bycia oszukanym przez dowódców i polityków mogła na nowo spajać jednostki zahartowane w polu walki.
Przecież żołnierze mogli liczyć tylko na siebie. A w obliczu rozjuszonego wroga i w kontekście niewyobrażalnych zbrodni popełnionych przez Niemców na wschodzie, których większość żołnierzy była świadoma, wybór postawy był mocno limitowany. Klęska stalingradzka wystawiła na wielką próbę nie tylko niemiecką armię, ale też kontrolowane przez NSDAP media. Sposób komunikacji stalingradzkiej nie mógł uchronić nazizmu przed utratą prestiżu.
A jednak wizja samopoświęcenia żołnierzy niemieckich rodem ze Stalingradu stała się faktem, a nie mitem. A nazizm zapewniał jej żyzną glebę dla kolejnych licznych, poważnych klęsk – dla kolejnych Stalingradów.


