1997 rok. Jody Williams, koordynatorka kampanii na rzecz zakazu min przeciwpiechotnych, ogłasza światu traktat ottawski – dokument, który miał definitywnie zakończyć erę broni zabijającej długo po wojnie, bez wyjątków i luk. Wydawało się wtedy, że miny odchodzą do historii. Mike Coll, były żołnierz brytyjskich saperów, pisał jeszcze w 2008 roku o minach jako o relikcie.

Ale dwadzieścia osiem lat po podpisaniu traktatu głosy premiera Finlandii i ministrów obrony państw bałtyckich brzmią zupełnie inaczej: „Musimy ponownie ocenić wszystkie dostępne środki”. Miny wracają na pola walki. Skąd się wzięły? Już podczas wojny secesyjnej, w 1862 roku, gazety pisały z oburzeniem o „torpedach” ukrywanych na opuszczonych pozycjach Konfederatów.
Generał Gabriel Rains bronił swojego pomysłu: ładunek wybuchowy zakopany w ziemi, który eksploduje przypadkowym naciśnięciem, demoralizuje wroga i spowalnia marsz, ratując życie żołnierzy Południa. Przeciwnicy nazywali to morderstwem. Generał Sherman bez wahania wysyłał jeńców do rozbrajania takich pułapek. Wtedy miny nie odgrywały jeszcze wielkiej roli.
Były prymitywne, zawodne, a ziemia niczyja podczas I wojny światowej i tak była wystarczająco śmiercionośna od karabinów maszynowych i artylerii. Jednak już wtedy niemiecki dowódca Paul von Lettow-Vorbeck w Afryce skutecznie używał improwizowanych min, by ograniczać ruchy przeważających sił wroga. Miny najlepiej sprawdzały się nie w okopach, lecz w obronie mobilnej. Dopiero Niemcy, jako pierwsi odczuwający presję wojny pancernej, zbudowali nowoczesną doktrynę min.
Najpierw powstały miny przeciwpancerne Telermine, ale szybko okazało się, że bez min przeciwpiechotnych pole minowe jest łatwe do sforsowania – piechota mogłaby w końcu przeprowadzić pojazdy przez własnoręcznie wytyczoną ścieżkę. Tak narodziła się mina S-Mine, która zbierała żniwo już podczas ofensywy na Francję we wrześniu 1939 roku. Niemcy wyprodukowali w 1940 roku trzy miliony min, a w 1944 roku aż czterdzieści milionów – wraz z przejściem Rzeszy do wojny defensywnej miny zasypywały fronty od Afryki po Rosję. Generał Erhard Raus opisywał, że Rosjanie zaminowywali tereny najdogodniejsze dla wroga, podkładali ładunki pod schodami, w porzuconych kuchniach polowych, a nawet ciałach poległych i nagrobkach.
Miny były podstępne, nienawidzone i niezwykle skuteczne. Inny oficer aliancki wspominał: „To niesamowite uczucie, bo jest to coś nie do zauważenia. Jest i nie ma”. Po 1945 roku miny stały się największym zagrożeniem dla życia.
Były jak rosnące odsetki od wojny. W samej Francji między 1945 a 1948 rokiem niemieccy jeńcy rozbroili 13 milionów min, a przy tej pracy zginęło 1709 osób. Mimo to przez lata temat zakazu min nie istniał. Dopiero w latach 70.
, po wojnie w Wietnamie i debatach nad Agent Orange, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża powołał grupę ekspertów. W 1980 roku powstała konwencja CCW, która nie zakazywała min, lecz regulowała ich użycie – zakazywała instalowania pułapek przy ciałach poległych, pożywieniu, zabytkach czy miejscach kultu. Miały być używane wyłącznie przeciwko celom militarnym. Jednak była to mglista umowa, pełna luk.
Wojna w Bośni wszystko zmieniła. Miny S-Mine, używane przez wszystkie strony konfliktu, utworzyły po 1995 roku siatkę śmierci, która zbierała żniwo wśród cywilów i saperów. Kampania na rzecz całkowitego zakazu min nabrała rozpędu. Amerykańscy generałowie, w tym Norman Schwarzkopf, przyznali, że miny nie są już niezbędne dla armii.
Księżna Diana przeszła przez pole minowe w Angoli, ONZ rozpoczęło wielką kampanię medialną. Niepokojące statystyki działały na wyobraźnię: przy tempie usuwania 80 tysięcy min rocznie, rozminowanie całego świata zajęłoby tysiąc lat. 3 grudnia 1997 roku w Ottawie przedstawiciele 40 państw podpisali konwencję o całkowitym zakazie użycia, składowania, produkcji i przekazywania min przeciwpiechotnych. W preambule zapisano jednoznacznie: każde państwo zobowiązuje się zniszczyć wszystkie miny.
Dokument wydawał się triumfem prawa międzynarodowego. Do 2008 roku podpisało go 155 państw. Ale traktat miał słabość: nie podpisały go kluczowe mocarstwa – Stany Zjednoczone, Chiny, Rosja, a także Indie i Pakistan. USA tłumaczyły się choćby sytuacją na granicy koreańskiej.
Traktat był więc tak silny, jak silne były państwa, które go podpisały. A to oznaczało: był średnio silny. Pod koniec 2024 roku Stany Zjednoczone zgodziły się dostarczyć Ukrainie miny przeciwpiechotne. Wiosną 2025 roku Polska, Łotwa, Litwa, Estonia i Finlandia ogłosiły zamiar wycofania się z traktatu ottawskiego.
Bośniaczka Alma Taslidžan, działająca w organizacji humanitarnej, wyraziła zgrozę: „Jesteśmy zaskoczeni, że tak nowoczesne armie rozważają umieszczenie tej niezwykle bezmyślnej broni w swojej strategii, a co gorsza we własnej ziemi”. A jednak rzeczywistość pola walki okazała się bezlitosna. Wojna w Ukrainie pokazała, że gdy nowoczesne, dobrze wyposażone armie mierzą się ze sobą, piechota wciąż decyduje o utrzymaniu terenu. Drony i technologia satelitarna zmusiły formacje do rozproszenia, a miny zyskują na znaczeniu: zastępują ludzi, nie wzbudzają podejrzeń, pozostają niewykrywalnym atutem.
Nowoczesna wojna okazuje się zderzeniem starego z nowym – bardzo zaawansowana technologia prowadzi do powrotu starych, sprawdzonych pomysłów na obronę. 8 maja litewskie Ministerstwo Obrony Narodowej podjęło ostateczną decyzję o wycofaniu się z traktatu ottawskiego. Traktat ottawski nie przeszedł swojego pierwszego trudnego europejskiego testu.


