22 marca 1944 roku piętnastu amerykańskich żołnierzy z organizacji OSS wylądowało czterysta kilometrów za linią frontu włoskiego, niedaleko miasteczka La Spezia. Ich celem było wysadzenie tunelu kolejowego między Framurą a Bonassolą, aby odciąć Niemcom dostawy zaopatrzenia na południe, w tym w rejon Monte Cassino. Z powodu błędów nawigacyjnych operacja zakończyła się fiaskiem. Amerykanie wpadli w ręce Niemców, ale nie otrzymali statusu jeńców wojennych.

Jeden z oficerów przyznał podczas przesłuchania, że należą do jednostki specjalnej – z braku lepszego określenia nazwał ich amerykańskimi komandosami. To jedno słowo uruchomiło wyjątkową i śmiertelną procedurę. Sprawę skierowano do generała Antona Dostlera, który przekazał ją swojemu zwierzchnikowi, Albertowi Kesselringowi. Kesselring wydał rozkaz natychmiastowego rozstrzelania pojmanych.
Dostler wykonał polecenie. Komandosi zginęli 26 marca i zostali pochowani w nieoznakowanym grobie. Brzmi to jak kolejna niemiecka zbrodnia wojenna. Ale ta egzekucja była w dużej mierze wyjątkowa, szczególnie na froncie zachodnim.
Stała się bowiem bezpośrednim skutkiem rozkazu wydanego przez samego Adolfa Hitlera – rozkazu o komandosach. Aby zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba cofnąć się do początku wojny. Po upadku Francji w czerwcu 1940 roku Wielka Brytania została osamotniona militarnie. Winston Churchill przedstawił generałom pomysł powołania jednostek sił specjalnych liczących około dwudziestu tysięcy żołnierzy.
Początkowo nazwał ich szturmowcami, ale ostatecznie zdecydowano się na nazwę „komando”, nawiązującą do skutecznych taktyk partyzanckich Burów. Brytyjscy komandosi przeszli wyjątkowo intensywne szkolenie. Musieli radzić sobie niemal w każdych warunkach. Aż trzydzieści procent kursu obejmowało szkolenie strzeleckie, a tylko cztery procent czasu poświęcano musztrze – dokładne odwrócenie tradycyjnego brytyjskiego modelu szkolenia żołnierzy.
Komandosów uczono również użycia specjalistycznego sprzętu, na przykład ładunków wybuchowych. Efekty nie kazały na siebie czekać. Już w marcu 1941 roku pięćset brytyjskich komandosów wylądowało na norweskich Lofotach podczas operacji Claymore. Zaskoczeni niemieccy wartownicy trafili do niewoli, a resztę wojny spędzili w obozach jenieckich w Kanadzie.
Największym sukcesem tej operacji było przejęcie aktualnej książki kodowej Enigmy. Militarnie operacja miała niewielkie znaczenie, ale każdy taki cios zmuszał Niemców do rozciągania swoich sił na coraz dłuższej linii wybrzeża Europy. Komandosi regularnie wracali do Norwegii, między innymi podczas operacji Archery, gdzie po zaciętych starciach brali niemieckich jeńców i wywozili ich do Wielkiej Brytanii. Początkowo te wydarzenia na peryferiach nie przyciągały uwagi Hitlera.
Według Ottona Skorzennego, zwanego później „komandosem Hitlera”, znacznie bardziej odczuwalne były działania jednostek specjalnych w Afryce, bo bezpośrednio wpływały na przebieg kampanii. W połowie 1941 roku powstała jednostka SAS. Skorzenny pisał, że od tego czasu uwagę Hitlera przyciągała specyficzna forma prowadzenia wojny – akcje brytyjskich komandosów. Szczególnie te dokonywane przez Special Air Service odważnego pułkownika Davida Stirlinga.
Pod koniec 1941 roku specjalne komanda Stirlinga w Afryce Północnej zniszczyły w ciągu trzech miesięcy więcej niemieckiego sprzętu na ziemi niż jakakolwiek eskadra RAF-u. Hitler mógłby nie zainteresować się tak bardzo akcjami komandosów, gdyby nie wpisywały się one w coraz szerszy front tego, co Niemcy uznawali za „wojnę podstępną”. W swoich wspomnieniach spisanych przed śmiercią Wilhelm Keitel ujawniał podejście otoczenia Hitlera. Latem i jesienią 1941 roku wydano pierwsze rozkazy mające na celu zwalczanie „nowych skrytobójczych technik sabotażu i działań wojennych komandosów”, jak to określano – wojny „wszczętej na rozkaz sił ciemności, tak zwanych tajnych służb, przez gangsterów, szpiegów i całe to chytre robactwo”.
Oczywiście Niemcy również korzystali z podobnych jednostek, na przykład w ramach Dywizji Brandenburg. Ale ich działania nie były tak widowiskowe, a do tego Niemcy zawsze potrafili splamić historię tych oddziałów, rzucając je do walk przeciw partyzantom, co zawsze oznaczało represje wobec ludności cywilnej. Brytyjskie jednostki specjalne wzięto na celownik dopiero w 1942 roku, gdy Hitlera zrobiły wrażenie dwie duże akcje – jedna udana, druga będąca największym fiaskiem komandosów w czasie całej wojny. W marcu 1942 roku przeprowadzono rajd na Saint-Nazaire, mający na celu zniszczenie największego suchego doku w bazie i zabudowań portowych.
Mimo że komandosi i siły floty brytyjskiej poniosły koszmarne straty, cel został wykonany. Hitler po ataku na Saint-Nazaire mógł tylko kręcić głową i narzekać: „A nie mówiłem? “. Zaledwie pięć miesięcy później, gdy uwaga Niemców skierowana była na wschód, alianci przeprowadzili kolejny atak – tym razem nieszczęsny rajd na Dieppe, siłami komandosów i przede wszystkim kanadyjskiej drugiej dywizji piechoty.
Dobrze przygotowana niemiecka obrona zadała desantowi ogromne straty. Niemcy nie kryli zadowolenia. Ale kiedy opadł kurz po bitwie, podniósł się kurz w zupełnie innej sprawie – w sprawie traktowania jeńców. Dla kontekstu: Niemcy oficjalnie trzymali się konwencji genewskiej z 1929 roku dotyczącej traktowania jeńców.
Oficjalnie, bo już podczas kampanii wrześniowej żołnierze Wehrmachtu i SS z premedytacją rozstrzelali kilka tysięcy polskich żołnierzy. Jednak pewne pozory zachowano, przede wszystkim wobec żołnierzy zachodnich potęg. Przez pierwsze lata wojny Niemcy przestrzegali chociażby zakazu wykorzystywania jeńców do pracy związanej z produkcją zbrojeniową, kierując ich przede wszystkim do prac rolnych. W czasie wojny w niemieckiej niewoli zginęło 3,5 procenta brytyjskich jeńców i 4 procenta francuskich.
Jak na standardy nazizmu była to szalenie korzystna statystyka. A jednak po rajdzie na Dieppe Niemcy zaczęli patrzeć na zachodnich żołnierzy inaczej. Przy jednym z Kanadyjczyków znaleziono dokument planu ataku, a także zachętę do pętania niemieckich jeńców. Co więcej, raportowano odkrycie ciał niemieckich żołnierzy ze spętanymi rękami.
Czyżby komandosi nie dość, że wiązali ręce jeńcom, to jeszcze zabijali bezbronnych wziętych do niewoli? Niemcy nie kryli oburzenia. Według konwencji genewskiej jeńcy mieli być traktowani z poszanowaniem, co powszechnie rozumiano jako pozostawienie jeńca niezwiązanym. Rozpoczął się wyjątkowy kryzys dyplomatyczny w środku wojny, w którym pośredniczyli przedstawiciele państw neutralnych.
Ostatecznie obie strony upewniły się, że mogło chodzić jedynie o pojedyncze przypadki, a nie regułę. Sprawa ucichła zaledwie na kilka miesięcy. W październiku 1942 roku brytyjscy komandosi podczas rajdu na wyspę Sark faktycznie związali ręce niemieckim jeńcom, a do tego podczas próby ucieczki zastrzelili dwóch spętanych jeńców o wschodzie słońca. Niemiecka załoga otrzymała namacalny dowód, że brytyjscy komandosi nie tylko pętają jeńców, ale i ich mordują.
Niemcy zagrozili spętaniem jeńców wziętych pod Dieppe. Brytyjczycy odpowiedzieli swoimi represjami. W ten sposób do października po obu stronach frontu około pięciuset pięćdziesięciu jeńców zostało spętanych. Może to brzmieć dość niewinnie, ale brytyjscy jeńcy po wojnie wspominali, że proces pętania był mocno upokarzający, a momentami wręcz sadystyczny.
Co ciekawe, Amerykanie zdecydowali się nie uczestniczyć w tym konflikcie. Rozgrywał się on wyłącznie na płaszczyźnie brytyjsko-niemieckiej. Cała sprawa nie skończyła się bez konsekwencji. 18 października 1942 roku Hitler wydał w końcu Kommandobefehl – rozkaz o komandosach.
Trudno znaleźć formalne powiązania między kryzysem z początku października a rozkazem Hitlera. Ale też nie można mówić o przypadku. Co tragiczne, choć sami Niemcy wycofali się z kryzysu pętania jeńców, rozkaz o mordowaniu komandosów miał obowiązywać do końca wojny. Wynikać to mogło po części z tego, że już wcześniej tworzono pewne wyjątki.
Szerokim echem wśród czołowych nazistów rozeszła się wieść o postrzeleniu Reinharda Heydricha przez przeszkolonych w Anglii czechosłowackich komandosów. Heydrich zmarł od ran 4 czerwca 1942 roku. W efekcie już 4 sierpnia Keitel podpisał rozkaz o oddawaniu w ręce SD przeciwników schwytanych bez munduru, co oznaczało wypadnięcie spod jurysdykcji Wehrmachtu i trafienie w ręce służb bezpieczeństwa SS, znacznie zmniejszając ich szansę na przeżycie. Dopiero kombinacją rozkazów o spadochroniarzach i komandosach Hitler zasiał ziarno.
Ale to niemieccy oficerowie mieli zebrać tragiczne żniwo. Niemieccy żołnierze i oficerowie na tym etapie coraz częściej podzielali poczucie niesprawiedliwości przejawiane przez Hitlera i Keitla – niesprawiedliwości wojny nieregularnej, bez jasno wytyczonych linii frontu. Na terenie okupowanej Polski w maju 1942 roku powołano Organizację Specjalnych Akcji Bojowych – oddział AK mający przeprowadzać zamachy na Niemców. Do tego stopniowo AK przechodziło do silniejszych działań dywersyjnych.
Niemcom nerwy szarpała też szczególnie partyzantka radziecka i jugosłowiańska. Oczywiście Niemcy swoją brutalnością sami stawiali mury tej oblężonej twierdzy. Kesselring opisywał bandy, które przyszło mu zwalczać: „Bandy z samej swej istoty pozostawały w sprzeczności z prawem międzynarodowym, w sprzeczności z zasadami przyzwoitej walki. W takiej różnorodnej ludzkiej zbieraninie górę brał przestępczy instynkt kryminalistów.
W ten sposób zasługujące na pogardę podstępne dowództwo mogło urządzać dzikie orgie”. Kesselring szczególnie podkreślał, że takie bandy nie były jednolicie umundurowane, przez co traciły status kombatanta. Problem w tym, że rosnąca niemiecka frustracja działaniami na tyłach frontu prowadziła do wrzucania umundurowanych żołnierzy jednostek specjalnych do tego samego worka co „bandytów”. Sami Niemcy zdawali sobie sprawę, że to niebezpieczny precedens.
Generał Jodl przekazał wybranym oficerom rozkaz Hitlera o mordowaniu pojmanych komandosów z odpowiednim komentarzem: „Załączony rozkaz Führera jest przekazywany w związku ze zniszczeniem wrogich oddziałów stosujących terror i sabotaż. Rozkaz ten przeznaczony jest wyłącznie dla dowódców i w żadnym wypadku nie może wpaść w ręce wroga. Dalsza dystrybucja rozkazu ma być jak najbardziej ograniczona. Dowództwo wymienione na liście dystrybucyjnej odpowiada za to, żeby cały rozkaz lub wyciągi z niego zostały wraz z tą kopią zniszczone”.
Nie ma lepszego dowodu na to, że Niemcy dobrze wiedzieli, iż rozkaz o komandosach w swoich podstawach jest rozkazem zbrodniczym. W typowy dla Trzeciej Rzeszy sposób zakładał ograniczony zasięg i ograniczoną liczbę źródeł w postaci dokumentów. A jednak bazował na dość szerokiej akceptacji polecenia – rozkaz trafił w każdy zakątek niemieckich wpływów. Do tego, aby dowódcy nie mieli wątpliwości, w dokumencie znalazło się wyjaśnienie: „Zgodnie z prawem wojskowym pociągnę do odpowiedzialności wszystkich dowódców i oficerów za jakiekolwiek zaniedbanie wykonania niniejszego rozkazu, czy to w wyniku niedopełnienia obowiązku odpowiedniego instruowania swoich jednostek, czy też w przypadku, gdy sami postąpią wbrew temu rozkazowi”.
Nie pierwszy i nie ostatni raz nazizm tworzył wewnętrznie sprzeczną sytuację. Hitler w Kommandobefehl powoływał się na prawo wojskowe, a z drugiej strony działał na wpół skrycie i wbrew przyjętym zasadom prowadzenia wojny, nawet tym dość powszechnie akceptowanym w Wehrmachcie. Co więcej, skrytość tego rozkazu oznaczała, że nie można było polegać na jego roli odstraszającej. Pozostawał po prostu mściwym aktem przemocy wobec elitarnych żołnierzy.
Na efekty Kommandobefehl nie trzeba było długo czekać. Pod koniec października 1942 roku brytyjska marynarka podjęła próbę zatopienia pancernika Tirpitz, korzystając z tak zwanych żywych torped i odpowiednio przeszkolonych śmiałków. Z powodu złej pogody akcja się nie powiodła. Utracono pojazdy, a jeden z żołnierzy dostał się do niewoli.
Po przesłuchaniu przez oficerów Kriegsmarine trafił w ręce Gestapo. Zamiast do obozu jenieckiego trafił do obozu koncentracyjnego w Grini. Tam w listopadzie dołączyło do niego pięciu kolejnych komandosów pojmanych podczas operacji Freshman. Zgodnie z Kommandobefehl cała szóstka została rozstrzelana 18 stycznia 1943 roku.
Ale rozkaz o komandosach działał też wstecz. Po wrześniowej operacji Musketoon do niewoli trafiło siedmiu komandosów. Zostali przekierowani do zamku Colditz – bodaj najbardziej znanego obozu jenieckiego dla oficerów. Ten oflag doczekał się legendarnie pozytywnej opinii: niemiecka załoga dość skrupulatnie przestrzegała zasad konwencji genewskiej.
Ale nawet w te chłodne zakątki renesansowego zamku docierały echa rozkazu o komandosach. Pochwyceni komandosi trafili do Colditz 7 października. Ówczesny komendant oflagu otrzymał instrukcję, aby tę grupę potraktować wyjątkowo – przetrzymać ją bez kontaktu z resztą jeńców. Mimo to po obozie rozeszła się wiadomość o pojmanych komandosach.
Nie miało to jednak żadnego wpływu na ich los. Komandosi zniknęli z Colditz tak szybko, jak się w nim pojawili. Zostali przetransportowani do Berlina, a następnie 22 października do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Według protokołów procesów norymberskich zostali rozstrzelani 30 października.
Aby zatrzeć ostatnie ślady przejazdu komandosów przez Colditz, komendant otrzymał wytyczne z Berlina: gdyby do oflagu trafiły jakiekolwiek listy w tej sprawie, miał je natychmiast odsyłać z adnotacją, że jeńcom udało się zbiec. Jak zawsze na atmosferę nawet w obozach jenieckich wpływała sytuacja na frontach. Od połowy 1942 roku Niemcy stali się celem coraz bardziej intensywnych bombardowań. Z każdą zrzuconą bombą na niemieckie miasta rosła niemiecka frustracja.
W tej wizji alianccy komandosi mieli być kolejnym ogniwem „wojny gangsterskiej”. Jest w tym sporo ironii, bo właściwe jednostki brytyjskich komandosów coraz częściej pełniły po prostu rolę elitarnych jednostek frontowych, biorąc udział na przykład w kampanii na Sycylii czy w Normandii. Sami Niemcy nieraz mieli trudności z rozróżnieniem, w których przypadkach należy stosować się do rozkazu o komandosach. Przykładowo w listopadzie 1942 roku w Tunezji niemieccy strzelcy spadochronowi wzięli do niewoli brytyjskich spadochroniarzy.
Brytyjczyków, zgodnie z rozkazami jako przedstawicieli komandosów i skoczków jednocześnie, skierowano przed pluton egzekucyjny. Odsiecz przybyła z niespodziewanej strony – niemiecki major Walter Koch uratował komandosów tuż przed egzekucją i sam zadbał, by trafili do obozu jenieckiego. Major niebawem zginął w dziwnych okolicznościach, a jego podkomendni wierzyli, że został zabity przez Gestapo za głośne sprzeciwianie się Kommandobefehl. Rozkaz o komandosach doczekał się bardzo szerokiej interpretacji, a jego echa dotarły do wszystkich gałęzi niemieckich sił zbrojnych.
Już w grudniu 1942 roku w ręce Kriegsmarine trafiło sześciu komandosów. Admirał Erich Raeder w pełni trzymał się rozkazu Hitlera. Kriegsmarine przygotowała własny pluton egzekucyjny i komandosów rozstrzelano prawdopodobnie 11 grudnia 1942 roku. Wiele o atmosferze tamtych dni mówi wpis Raedera w jego dzienniku, w którym zaznaczył, że w ten sposób otworzył się „nowy rozdział w prawie międzynarodowym”, bo rozstrzelani zostali pojmani w mundurach, a nie niczym szpiedzy czy bandyci.
Jak widać, w wolnym czasie admirał starał się mentalnie przepracować kwestię rozstrzelania jeńców. Alianci już od 1943 roku zbierali dowody niemieckich zbrodni, między innymi zbrodni na jeńcach wojennych. Wszystko wskazuje jednak na to, że o istnieniu oddzielnego rozkazu o komandosach dowiedzieli się dopiero pod koniec wojny. W ogóle trudno prześledzić dokładną ścieżkę, w jaki sposób alianci trafili na kopię Kommandobefehl.
Dzięki dokumentom ze sprawy Antona Dostlera znamy jedną wersję wydarzeń – Amerykanie powołali się tutaj na francuski wywiad, który przejął kopię rozkazu. Jesienią 1945 roku alianci powołali pierwsze wojskowe trybunały do osądzenia bardzo konkretnych przypadków zbrodni wojennych. Obradowały one wcześniej i szybciej niż najbardziej znany międzynarodowy trybunał wojskowy w Norymberdze. Już 8 października 1945 roku rozpoczął się w Rzymie proces Antona Dostlera, który trafił w ręce amerykańskie po kapitulacji niemieckiej Grupy Armii C.
W poszukiwaniu zaginionych komandosów pomógł między innymi włoski pracownik organizacji Todt i dwóch oficerów Kriegsmarine. Odnaleziono w ten sposób nieoznakowany grób i doprowadzono do ekshumacji ciał. Krok po kroku alianci badali sprawę coraz mocniej. W czasie rozprawy Dostler zwrócił uwagę, że rozkaz o komandosach w znanym mu wydaniu brzmiał nieco inaczej – był znacznie bardziej szczegółowy.
Nie miało to jednak większego wpływu na przebieg rozprawy. Prokuratorzy potwierdzili autentyczność rozkazu także z pomocą kolejnych świadków, w tym niemieckich oficerów, oraz zachowanych depesz między sztabem Dostlera i Kesselringa. Obrona Dostlera klasycznie oparła się na argumencie wierności przysiędze i niemożliwości niewykonania rozkazu. Ale została odrzucona.
Trybunał słusznie zauważył, że w tym wypadku niemieccy oficerowie mieli pełną świadomość, że łamią prawo międzynarodowe. W efekcie Dostler został skazany na śmierć i rozstrzelany 1 grudnia 1945 roku. W ten sposób wykonawca Kommandobefehl stał się pierwszym niemieckim oficerem skazanym na śmierć za zbrodnie wojenne. Sprawa Dostlera mogłaby być ledwie przypisem na jednej stronie obszernej księgi rozliczeń niemieckich zbrodni.
Dla nas jest jednak o tyle ważna, że na bazie zebranego materiału również prokuratorzy w Norymberdze otrzymali materiał dowodowy. Rozkaz o komandosach bezpośrednio doprowadził do śmierci około kilkuset żołnierzy. Niby to niewiele w morzu krwi drugiej wojny światowej, ale w Norymberdze był traktowany jak kropka na zakończenie zdania oskarżającego. 7 stycznia 1946 roku, w 28.
dniu obrad, rozkaz o komandosach został oznaczony jako dokument 498-PS i przedstawiony jako dowód, że niemieccy dowódcy zaangażowali się czynnie w politykę terroru. Temat Kommandobefehl wracał w przesłuchaniach nieustannie. Von Rundstedt został mocno przyciśnięty, ale twierdził, że cała struktura Wehrmachtu po cichu sabotowała ten rozkaz i ostatecznie mogło pod jego komendą dojść do dwóch albo trzech przypadków zamordowania komandosów. Von Rundstedtowi upiekło się z powodu wieku i złego stanu zdrowia – nigdy nie został skazany.
Generał Jodl przed prokuratorami przedstawił swoje zdanie: „Zniszczenie obiektu przez specjalny oddział uważam za całkowicie dopuszczalne z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Ale uważam za niedopuszczalne, by jego członkowie nosili pod mundurem ubrania cywilne i ukryty pod pachą pistolet, który zaczyna strzelać w momencie podnoszenia rąk do góry na znak poddania się”. Jodl mieszał tutaj dwie sprawy: działania jednostek specjalnych takich jak komandosi z działaniami szpiegów i agentów OSS, stawiających nieraz na bardzo dziwne narzędzia do sabotażu, jak chociażby wytłumiony pistolet. Inna sprawa, że nawet gdyby uznać agentów OSS za szpiegów, to zgodnie z konwencją haską z 1907 roku nawet oni zasługiwali na proces.
W Norymberdze temat wracał wielokrotnie. Raeder przyznał, że przesłał rozkaz swoim podwładnym i w żaden sposób nie starał się sabotować jego wykonania. Następcy Raedera, Karlowi Dönitzowi, postawiono zarzuty w sprawie przekazania załogi kutra torpedowego funkcjonariuszom SD, tym samym skazując załogę na śmierć. Na pytanie, czy poparł ten rozkaz, odpowiedział: „Nie poparłem go, ale przekazałem dalej.
Przekazałem ten rozkaz w takiej formie, w jakiej wydał go Führer. Nie znalazłem żadnego powodu do podnoszenia sprzeciwu i chciałbym to całkiem jasno powiedzieć”. Miał przynajmniej tyle odwagi i honoru, by to przyznać. Feldmarszałek Keitel w temacie komandosów został przesłuchany 6 kwietnia 1946 roku.
W protokołach czytamy: „Czy zaakceptował pan rozkaz o rozstrzelaniu komandosów i uznał pan go za słuszny? ” – „Nie sprzeciwiałem się mu, po pierwsze ze względu na groźbę kary, a po drugie, że bez osobistych instrukcji Hitlera nie mogłem sam zmienić rozkazu”. – „Czy uważał pan rozkaz za słuszny? ” – „Zgodnie z moim wewnętrznym przekonaniem nie uważałem go za słuszny, ale w żaden sposób się mu nie przeciwstawiłem”.
Rozkaz o komandosach miał w procesie norymberskim specyficzną wagę. Na przykład w wypadku Dönitza i w ogóle Kriegsmarine miał on więcej sensu niż zarzuty w temacie prowadzenia wojny podwodnej. Dopiero w tym kontekście odpowiedzialność oficerów Kriegsmarine za zbrodnie wojenne pozostawała niepodważalna. Erich Raeder głosami trzech z czterech sędziów dostał dożywocie.
Karl Dönitz dziesięć lat. W wypadku Keitla i Jodla Kommandobefehl ważył nieco inaczej. Przez ręce Keitla przechodziły wszystkie zbrodnicze rozkazy, nie tylko ten o komandosach, więc sędziowie nie mieli wątpliwości co do wyroku skazującego. W wypadku Jodla sędziowie się wahali – francuski sędzia nawet zakładał dożywotni i honorowy pobyt w twierdzy, a nie karę śmierci, ale został przegłosowany.
W całej sprawie jednak najbardziej kuriozalna okazała się sprawa Kesselringa, który został sądzony osobno. Choć to właśnie on wydał rozkaz rozstrzelania amerykańskich komandosów pod La Spezia, jego proces potoczył się innym torem, a wyrok zaskoczył wielu obserwatorów. Kommandobefehl – rozkaz, który miał zniszczyć elitarnych żołnierzy aliantów – na zawsze pozostał symbolem tego, jak daleko nazistowskie Niemcy były gotowe posunąć się w pogardzie dla prawa wojennego i ludzkiego życia.


