Myślałam, że to będą spokojne wakacje we Włoszech, ale mój szwagier postanowił zostać mistrzem kierownicy. „Nie bądź panikarzem, te znaki są tylko dla turystów” – rzucił z uśmiechem, ignorując…

Myślałam, że to będą spokojne wakacje we Włoszech, ale mój szwagier postanowił zostać mistrzem kierownicy. „Nie bądź panikarzem, te znaki są tylko dla turystów” – rzucił z uśmiechem, ignorując...

Wakacje we Włoszech miały być dla naszej rodziny wytchnieniem po ciężkim roku. Niestety, w skład ekipy wchodził też Jacek, mąż mojej siostry, człowiek, którego pewność siebie zawsze przewyższała wiedzę o dziesięć klas. Każdą radę traktował jak osobistą zniewagę, a siebie uważał za eksperta od wszystkiego. Już w Polsce sugerowałem, żebyśmy po zatłoczonych włoskich miastach jeździli pociągiem.

Thumbnail

Jacek wyśmiał ten pomysł. Oświadczył, że pociągi są dla bezradnych amatorów, a on, jako światowiec i mistrz kierownicy, zorganizuje nam prywatny transport najwyższej klasy. Zamiast pojemnego wana zarezerwował czerwony sportowy kabriolet. Pięcioro ludzi miało się w nim zmieścić na czterech fotelach, a walizki upychaliśmy kolanami.

Jackowi to nie przeszkadzało. Twierdził, że prawdziwy włoski styl wymaga poświęceń. Gdy wjechaliśmy do urokliwego, zabytkowego miasteczka, od razu zauważyłem znaki z czerwonym okręgiem: strefa ograniczonego ruchu. Wjazd bez przepustki oznaczał mandaty i zdjęcia z fotoradarów.

– Jacek, zatrzymaj się – ostrzegłem. – Tu nie wolno wjeżdżać bez zezwolenia. Kamery nagrywają każdego. Szwagier machnął ręką.

– Maciek, nie bądź panikarzem. Te znaki są tylko po to, żeby wyciągać kasę od turystów. Włosi mają siestę, nikt tego nie sprawdza. Jestem mistrzem kierownicy, wiem, jak rozmawiać z policją.

Wjechał w sam środek historycznego rynku i zaparkował na kopercie dla dostawców chleba. Zanim wysiedliśmy, wrzucił do bagażnika portfel, dokumenty, drogi zegarek, telefon i buty. Został w mokrych kąpielówkach, z kluczykiem w kieszeni. Po czterdziestu minutach spaceru wróciliśmy na plac.

Tam, gdzie stał lśniący kabriolet, ziała pustka. Na gorącym asfalcie leżał tylko żółty bloczek od straży miejskiej. Jacek stał na środku rynku w samych kąpielówkach, boso, bez grosza, bez dokumentów i telefonu, gapiąc się na tłum rozbawionych turystów. Najpierw zaczął wrzeszczeć, że padliśmy ofiarą włoskiej mafii, która ukradła auto w biały dzień.

Ale podniosłem karteczkę. Auto nie zostało skradzione. Zostało odholowane na policyjny parking w strefie przemysłowej, trzy kilometry za centrum. Sytuacja była absurdalnie zła.

Słońce prażyło, asfalt nagrzewał się do czterdziestu stopni. Jacek nie miał butów, koszulki, pieniędzy ani dokumentów – wszystko zamknięto w bagażniku odholowanego auta. Żaden taksówkarz nie chciałby wziąć bosego, półnagiego obcokrajowca. Musieliśmy iść piechotą.

Ja, moja siostra i dzieci szliśmy spokojnie w cieniu drzew, w wygodnych sandałach, popijając wodę. Jacek przechodził swoją drogę przez mękę. Każdy krok po rozpalonym asfalcie był dla niego katuszą. Przypominał bociana, podskakującego z nogi na nogę, szukającego cienia pod płotami.

Raz stanął na wyrzuconym kartonie po pizzy, co wywołało śmiech u mijających nas włoskich kierowców. Po niemal godzinie dotarliśmy na zapylony parking ogrodzony siatką. W klimatyzowanej stróżówce siedział starszy urzędnik, popijając espresso. Jacek wpadł do środka, wymachując kluczykiem i krzycząc swoim koślawym językiem, że żąda wydania pojazdu.

Włoch powoli założył okulary i chłodno wyjaśnił, że wydanie auta wymaga dowodu tożsamości, paszportu, umowy najmu oraz opłaty karnej w wysokości 350 euro gotówką. Gdy Jacek próbował wytłumaczyć, że wszystko to leży w bagażniku auta stojącego dziesięć metrów dalej, urzędnik wskazał tablicę z regulaminem. Wjazd na parking bez weryfikacji tożsamości był surowo zabroniony. Pat: żeby dostać się do dokumentów w samochodzie, trzeba było najpierw okazać dokumenty przy bramie.

Jacek zbladł i zwrócił się do mnie z błagalnym wzrokiem. Jedynym ratunkiem była moja gotówka i mój paszport. Patrzyłem na niego z satysfakcją. Człowiek, który dwie godziny temu wyśmiewał mnie przed całą rodziną, teraz stał przed włoskim urzędnikiem w samych kąpielówkach, ze stopami pełnymi pęcherzy, błagając mnie o pomoc.

– Jacek – powiedziałem cicho, ale wyraźnie. – Pomogę ci, ale pod trzema warunkami. Po pierwsze, oddajesz mi kluczyki i do końca wyjazdu prowadzę ja. Po drugie, zwracasz mi każdą złotówkę, powiększoną o koszt moich zniszczonych nerwów.

Po trzecie, do końca wakacji nie usłyszę od ciebie słowa o twoim drogowym geniuszu. Nie miał pola do negocjacji. Pokiwał głową jak dziecko. Wyciągnąłem paszport i gotówkę, którą, w przeciwieństwie do niego, zawsze nosiłem przy sobie.

Po kilkunastu minutach biurokracji urzędnik przeliczył 350 euro, pokręcił głową z politowaniem i otworzył bramę. Jacek dopiero po otwarciu bagażnika mógł założyć buty i koszulkę, ale jego duma legła w gruzach. Gdy wyjechaliśmy, bez słowa przesiadł się na tylne siedzenie, w sam środek, między dzieci, które przez całą drogę do hotelu wyśmiewały jego rolę mistrza jazdy na boso. Ja usiadłem za kierownicą i w końcu mogliśmy spokojnie podziwiać toskańskie wzgórza.

To jednak nie był koniec. Trzy tygodnie po powrocie do Polski zaczęły przychodzić polecone listy z Włoch. Okazało się, że Jacek, zanim go odholowano, wjechał w zamkniętą strefę ograniczonego ruchu pięć razy w ciągu godziny, a każdy manewr uwieczniły fotoradary. Suma mandatów przekroczyła tysiąc dwadzieścia euro.

Gdy listonosz wręczył mu stertę wezwań, Jacek o mało nie zemdlał na wycieraczce. Ten „genialny” wyjazd kosztował go więcej niż dwutygodniowe wczasy w pięciogwiazdkowym hotelu. Od tamtej pory, gdy tylko na rodzinnym spotkaniu ktoś wspomni o podróżach, Jacek milknie i potulnie wpatruje się w podłogę.