Przez kilka tygodni Barbara żyła tylko przygotowaniami do ślubu. Na stole w kuchni leżały próbki zaproszeń, wydrukowana lista gości i notes z wydatkami, który przyprawiał ją o coraz większy ból głowy. Mieszkała z Wojciechem w niewielkim mieszkaniu w bloku. Dwa pokoje, wąski balkon, kuchnia, w której trudno było minąć się we dwoje.

Nic wielkiego, ale Barbara lubiła to miejsce. Ślub miał się odbyć na początku września. Za salę weselną wpłacili już pięć tysięcy złotych zaliczki. Suknia kosztowała trzy i pół tysiąca.
Fotograf zażądał czterech tysięcy, a tort ze słodkim stołem miał pochłonąć kolejne dwa. Do tego podróż poślubna do Sopotu, na którą odłożyli prawie sześć tysięcy. Całość miała zamknąć się w czterdziestu pięciu tysiącach. Skromnie jak na współczesne wesele, ale dla Barbary to była ogromna suma.
Tego popołudnia siedziała z Wojciechem przy stole i sprawdzała menu. – Myślisz, że dwa rodzaje mięsa wystarczą? – zapytała. – Kierowniczka sali mówiła, że ludzie i tak najbardziej czekają na rosół i coś ciepłego po północy.
Wojciech wzruszył ramionami. – Dla mnie wystarczy. Byle mama znowu nie zaczęła, że na weselu jej chrześniaczki było pięć dań. Barbara odłożyła długopis.
– Twoja mama zawsze znajdzie coś, co jej się nie spodoba. – Basia, daj spokój. Mama już taka jest. Nie bierz wszystkiego do siebie.
Barbara znała to zdanie na pamięć. Słyszała je po przymiarce sukni, kiedy Jadwiga obejrzała ją od stóp do głów i powiedziała z uśmiechem: „Ładna, tylko trochę zwyczajna. Wojciech zawsze miał słabość do eleganckich kobiet”. Usłyszała je także wtedy, gdy pokazała przyszłej teściowej zdjęcia sali weselnej.
„Taka mała? No cóż, najważniejsze, żeby wam odpowiadała”. Jadwiga nigdy nie mówiła niczego wprost. Nie podnosiła głosu, nie robiła awantur.
Każdą złośliwość podawała z uprzejmym uśmiechem. Gdy Barbara próbowała później powiedzieć Wojciechowi, że poczuła się dotknięta, on wzdychał: „Przesadzasz. Ona nie miała nic złego na myśli”. Barbara milczała.
Nie chciała kłócić się przed ślubem. Wierzyła, że po ślubie wszystko się uspokoi. Następnego dnia tuż po pracy zadzwonił telefon. – Barbaro, mogłabyś do mnie przyjechać?
– zapytała Jadwiga. Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle. Nie było w nim ani chłodu, ani słodkiej uprzejmości. – Stało się coś?
– Porozmawiamy na miejscu. Przyjedź sama. Barbara poczuła niepokój. – A Wojciech?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. – Właśnie o Wojciechu musimy porozmawiać. Jadwiga mieszkała w szeregowcu na obrzeżach Wrocławia. Kiedy Barbara weszła do środka, od razu poczuła zapach cynamonu i pieczonych jabłek.
Na stole stała szarlotka, dwie filiżanki i dzbanek z kawą. Jadwiga nie wyglądała jednak jak kobieta, która zaprosiła przyszłą synową na spokojny podwieczorek. Siedziała sztywno, z dłońmi splecionymi na obrusie. Nawet nie zaproponowała Barbarze ciasta.
– Usiądź – powiedziała. – Co się dzieje? Jadwiga przez chwilę patrzyła w okno. – Wojciech ma poważne problemy ze zdrowiem.
Barbara poczuła, jak serce uderza jej mocniej. – Jakie problemy? – Nie mogę ci teraz powiedzieć wszystkiego. On sam jeszcze nie jest gotowy o tym rozmawiać.
– Ale co to znaczy? Był u lekarza? Są wyniki? – Są powody do niepokoju – przerwała jej Jadwiga.
– Czeka go długie leczenie. Może przez pewien czas nie być zdolny do pracy. Niewykluczone, że będzie potrzebował stałej pomocy. Barbara patrzyła na nią, nie mogąc wydobyć głosu.
Jeszcze rano wybierała kolor wstążek na zaproszenia. Teraz słuchała, że mężczyzna, z którym chciała spędzić resztę życia, może nie być w stanie normalnie funkcjonować. – Dlaczego on sam mi tego nie powiedział? – wyszeptała.
– Bo nie wie, jak zareagujesz – odpowiedziała Jadwiga. Barbara poczuła chłód na plecach. – Jak mogłabym zareagować? Jadwiga wreszcie spojrzała jej prosto w oczy.
– Chyba rozumiesz, Barbaro, że w tej sytuacji ślub może nie mieć sensu. Słowa dotarły do niej, ale nie chciały ułożyć się w żadną sensowną całość. Jadwiga mówiła dalej:
– Życie z chorym człowiekiem to nie romantyczne obietnice. To obowiązki, zmęczenie, rezygnacja z własnych planów.
Wojciech nie chciał cię tym obciążać. – To on powinien mi o tym powiedzieć. – Jest mu trudno. Wstydzi się.
Boi się twojej reakcji. Barbara podniosła się od stołu. Nie dotknęła ani kawy, ani szarlotki. – Muszę z nim porozmawiać.
– Daj mu trochę czasu – rzuciła Jadwiga. – Nie naciskaj. Barbara wyszła i dopiero na przystanku poczuła, że drżą jej ręce. W tramwaju wszystko wyglądało zwyczajnie, jakby świat wcale się nie zmienił.
A przecież dla niej zmieniło się wszystko. Nie myślała o ucieczce ani przez chwilę. Najbardziej bolało ją to, że Wojciech sam jej nie zaufał. Przecież mieli zostać małżeństwem.
Jak mieli razem przejść przez trudne leczenie, skoro on nie potrafił powiedzieć jej prawdy? W mieszkaniu było cicho. Na stole nadal leżały zaproszenia. Na oparciu krzesła wisiał pokrowiec z suknią.
Barbara usiadła i wyjęła teczkę z umowami. Sala weselna, fotograf, cukiernia, hotel w Sopocie. Zaczęła liczyć, ile pieniędzy mogliby odzyskać. Potem otworzyła notes z oszczędnościami.
Miała odłożone prawie dwadzieścia pięć tysięcy. Bez wahania pomyślała, że pójdą na leczenie Wojciecha. Następnego dnia czekała na niego po pracy. Wojciech wszedł do mieszkania później niż zwykle.
Gdy zobaczył Barbarę siedzącą przy stole, od razu zrozumiał, że już wie. – Mama ci powiedziała? – Powiedziała. – Nie chciałem, żeby dowiedziałaś się w ten sposób.
– To dlaczego sam mi nie powiedziałeś? Wojciech spuścił wzrok. – Nie wiedziałem jak. – Kiedy byłeś u lekarza?
– Niedawno. – U jakiego lekarza? – Basia, nie zaczynaj teraz przesłuchania. Barbara poczuła ukłucie niepokoju.
– Nie przesłuchuję cię. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Wojciech podszedł do okna. – Sytuacja jest poważna.
Leczenie może potrwać długo. Nie wiadomo, jak będzie z pracą. – Jakie są terminy? Masz już skierowania, wyniki?
– Wszystko jest w trakcie. Odpowiadał krótko i niejasno, ale Barbara uznała, że mówi tak ze strachu. Wojciech oparł dłonie o parapet. – Nie chcę, żebyś zmarnowała przy mnie życie.
– Nie masz prawa decydować za mnie. – Chcę cię przed tym ochronić. – Przed czym? Przed człowiekiem, którego kocham.
Barbara podeszła bliżej. – Przeniesiemy ślub. Odwołamy Sopot. Nasze oszczędności przeznaczymy na leczenie i rachunki.
Mogę brać dodatkowe zmiany w przychodni. Pomogę ci też z dokumentami do NFZ i ZUS. Nie będziesz sam. W tej chwili zadzwonił dzwonek.
Wojciech otworzył drzwi. Na progu stała Jadwiga, jakby dokładnie wiedziała, kiedy powinna się pojawić. Weszła do środka i uważnie spojrzała na Barbarę. – A jeśli Wojciech długo nie będzie pracował?
– Damy sobie radę. – A jeśli będziesz musiała utrzymywać was oboje? – Będę pracowała więcej. Jadwiga zmrużyła oczy.
– A jeśli całe życie będzie potrzebował pomocy? – Miłość nie kończy się wtedy, kiedy zaczynają się trudności – odpowiedziała Barbara bez wahania. Podeszła do ściany, zdjęła plan usadzenia gości i zwinęła kartkę spokojnym ruchem. – Wesele może poczekać.
Najważniejsze, żebyś nie został z tym sam. Kilka minut później wyszła, mówiąc, że rano zadzwoni do hotelu. Gdy drzwi się zamknęły, Jadwiga odczekała chwilę, po czym spojrzała na syna i ściszyła głos:
– Widzisz? Jeszcze trochę poczekamy.
Muszę mieć całkowitą pewność. Minęły prawie trzy tygodnie. Barbara zdążyła odwołać podróż do Sopotu. Z sześciu tysięcy odzyskali tylko część, bo hotel potrącił opłatę za rezygnację, a bilety były bezzwrotne.
Z salą weselną poszło niewiele lepiej – właściciel zgodził się przesunąć termin, ale uprzedził, że gdyby całkiem zrezygnowali, z zaliczki odzyskają najwyżej połowę. Barbara przyjęła to bez dyskusji. Brała dodatkowe zmiany w przychodni, zostawała po godzinach, czasem przychodziła też w soboty. Wieczorem wracała tak zmęczona, że zasypiała przy włączonym telewizorze.
Każde dodatkowe sto złotych odkładała na osobne konto. Wojciech tymczasem nadal chodził do pracy. Wstawał rano, zakładał koszulę, brał kluczyki do samochodu i wracał wieczorem jak dawniej. Czasem nawet narzekał na korki i klientów.
– Skoro jesteś taki zmęczony, może powinieneś wziąć zwolnienie – powiedziała któregoś wieczoru Barbara. Wojciech machnął ręką. – Jeszcze nie ma potrzeby. Na razie czuję się dobrze.
– A kiedy zaczynasz leczenie? – Wkrótce. – To znaczy kiedy? – Jak tylko lekarz wszystko ustali.
– Mogę z tobą pojechać na wizytę? – Nie trzeba. – Chciałabym wiedzieć, co mówi lekarz. Wojciech spiął się.
– Basia, naprawdę nie chcę, żebyś siedziała ze mną w przychodni i słuchała rzeczy, które tylko cię zdenerwują. – A jak nazywa się ten lekarz? Zawahał się ledwie na sekundę. – Nie pamiętam.
Mama ma zapisane. To zdanie zostało z Barbarą na długo. Coraz częściej wszystko miała zapisane Jadwiga. Daty konsultacji, wyniki, kolejne kroki.
Gdy Barbara pytała Wojciecha, ten odpowiadał ogólnie albo odsyłał ją do matki. A Jadwiga zawsze mówiła to samo: „Jeszcze czekamy. Lekarz przesunął termin”. Barbara próbowała to sobie tłumaczyć.
Może Wojciech naprawdę się bał. Może wstydził się słabości. Ale z każdym dniem rosło w niej ciche, nieprzyjemne poczucie, że coś się nie zgadza. Pewnego popołudnia przyjaciółka Teresa niemal siłą wyciągnęła ją do małej kawiarni.
– Siadaj i nie mów mi, że nie masz czasu. Zamówiła dwie kawy i szarlotkę. Barbara wyglądała na wyczerpaną. Miała podkrążone oczy i to napięcie w twarzy, które pojawia się, gdy człowiek od tygodni nie pozwala sobie odpocząć.
– Mogę cię o coś zapytać? – zaczęła Teresa. – Dlaczego o zdrowiu Wojciecha rozmawiasz głównie z jego matką, a nie z nim? Barbara już miała odpowiedzieć, że Wojciechowi jest trudno, że potrzebuje czasu, ale nagle zabrzmiało to pusto.
– Sama nie wiem. Kilka dni później Jadwiga przyszła bez zapowiedzi. Usiadła w kuchni, rozejrzała się po mieszkaniu i zaczęła mówić o pieniądzach. – Dobrze byłoby mieć zapas na kilka miesięcy – oznajmiła.
– Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. – Odkładam wszystko, co mogę – odpowiedziała Barbara. Jadwiga spojrzała na jej dłoń. – Masz jeszcze ten złoty łańcuszek po babci?
– Mam. – Można by go sprzedać. Biżuteria leży w szufladzie, a pieniądze mogą się przydać. Barbara poczuła narastającą złość.
– To pamiątka. – W małżeństwie trzeba umieć z czegoś zrezygnować, zwłaszcza kiedy mąż będzie potrzebował pomocy. – Pomogę Wojciechowi, bo go kocham – powiedziała Barbara – ale nie będę zdawać przed panią żadnego egzaminu. Jadwiga wyprostowała się.
– Matka ma prawo wiedzieć, czy kobieta, która chce wejść do rodziny, nie ucieknie przy pierwszych trudnościach. W kuchni zapadła cisza. Barbara patrzyła na nią długo, ale nic już nie powiedziała. Wieczorem, kiedy zostali sami, Wojciech próbował rozładować napięcie.
– Nie przejmuj się mamą. Jeszcze trochę i wszystko wróci do normy. – Do normy? – powtórzyła Barbara.
Wojciech zamarł. – No, miałem na myśli, że wszystko się wyjaśni. Ale przecież wcześniej mówili o długim leczeniu, o możliwej utracie pracy, o stałej pomocy. Barbara nie zaczęła kłótni.
Po raz pierwszy od wielu tygodni nie próbowała go tłumaczyć. Zaczęła po prostu patrzeć uważniej. Dwa dni później zadzwoniła Jadwiga. Jej głos był zaskakująco pogodny.
– Barbaro, przyjedź w niedzielę na obiad. Mamy dla ciebie bardzo dobrą wiadomość. W niedzielę Barbara przyjechała kilka minut po drugiej. Już od progu poczuła zapach rosołu i pieczonego mięsa.
Na stole stała waza, półmisek z pieczenią, sałatka jarzynowa i makowiec pokrojony w równe kawałki. Jadwiga wyjęła nawet odświętny obrus, ten sam, którego używała na Boże Narodzenie. Barbara od razu zwróciła uwagę na Wojciecha. Siedział obok matki z dłońmi splecionymi pod stołem.
Kiedy weszła, podniósł wzrok tylko na chwilę. – Jesteś! – powiedziała Jadwiga z szerokim uśmiechem. – Siadaj, zaraz podam rosół.
Barbara zdjęła płaszcz i zajęła miejsce naprzeciwko Wojciecha. – Mówiła pani, że macie dla mnie dobrą wiadomość. – Wszystko po kolei – odpowiedziała Jadwiga. – Najpierw zjedzmy.
Ale Barbara nie miała apetytu. Przez cały obiad obserwowała Wojciecha. Nie pytał, jak minął jej tydzień. Nie wspomniał o żadnym lekarzu.
Nie powiedział nawet, że dobrze ją widzieć. Jadwiga za to mówiła dużo. Dopiero kiedy talerze zostały odsunięte, a na stole pojawił się makowiec, odchrząknęła i wyprostowała plecy. – Barbaro, każda matka martwi się o swoje dziecko – zaczęła.
– Nieważne, ile syn ma lat. Dla matki zawsze pozostaje synem. – Rozumiem – powiedziała Barbara ostrożnie. – Ja od początku chciałam dla niego dobrze.
Wojciech zawsze był wrażliwy, łatwo ufał ludziom, a dziś, sama wiesz, wiele kobiet patrzy przede wszystkim na wygodne życie. – Nie bardzo rozumiem, do czego pani zmierza. Jadwiga uśmiechnęła się, jakby właśnie miała powiedzieć coś, co wszystkich ucieszy. – Bałam się, że kiedy pojawią się prawdziwe trudności, po prostu odejdziesz.
Barbara poczuła, jak coś ściska ją w żołądku. – Jakie trudności? Jadwiga poprawiła serwetkę. – Te, o których rozmawiałyśmy.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem Jadwiga powiedziała spokojnie:
– Wojciech nie jest ciężko chory. Barbara patrzyła na nią bez ruchu. – Co?
– Nie ma żadnego długiego leczenia. Nie grozi mu utrata pracy. Nie będzie potrzebował stałej opieki. Barbara przeniosła wzrok na Wojciecha.
– Nie rozumiem. Jadwiga westchnęła, jakby musiała wyjaśnić coś oczywistego. – To była próba. Chciałam sprawdzić, co zrobisz, kiedy dowiesz się, że wspólne życie może nie być łatwe.
Czy nie odwołasz wszystkiego i nie znikniesz. Barbara milczała. Jadwiga mówiła dalej, coraz pewniejsza siebie:
– Musiałam wiedzieć, czy jesteś z nim naprawdę, czy tylko do czasu. Teraz już wiem.
Pochyliła się nad stołem i powiedziała z zadowoleniem:
– Zdałaś próbę, Barbaro. Teraz wiem, że naprawdę go kochasz. Możecie spokojnie wrócić do przygotowań. Nie mam już nic przeciwko temu ślubowi.
Wstała i po chwili wróciła z butelką bezalkoholowego napoju musującego i trzema kieliszkami. – Trzeba to uczcić. W końcu wszystko dobrze się skończyło. Barbara spojrzała na Wojciecha.
– Od kiedy o tym wiedziałeś? Wojciech poruszył się nerwowo. – Mama sama to wymyśliła. – Nie o to pytam.
Od kiedy wiedziałeś? – Basia, nie zaczynaj. – Od kiedy? Przetarł dłonią twarz.
– Dowiedziałem się później. Niedługo po tym, jak mama z tobą rozmawiała. Barbara poczuła, że brakuje jej powietrza. – Czyli wiedziałeś prawie od początku.
– Chciałem tylko, żeby mama zobaczyła, że jesteś ze mną na dobre i na złe. Nie chce się z nią kłócić. W tej jednej chwili Barbara zrozumiała wszystko. Nie chodziło tylko o Jadwigę.
Chodziło o niego. O to, że pozwolił matce oceniać jej miłość. Że uznał, iż musi coś udowodnić. Że jej słowo, jej obecność i wszystkie wspólne lata nie wystarczały.
Jadwiga odstawiła butelkę z irytacją. – Nie przesadzaj. Przecież nic złego się nie stało. Barbara spojrzała na pierścionek zaręczynowy.
Potem bardzo powoli zsunęła go z palca. Metal zdążył ogrzać się od jej skóry, ale ona czuła tylko chłód. – Basia, nie rób niczego pochopnie – powiedział Wojciech z rosnącym niepokojem. Barbara uniosła wzrok.
– Pochopnie? Jej głos był spokojny. To przestraszyło go najbardziej. Nie krzyczała, nie płakała.
– Posłuchaj mnie – zaczęła. – Gdybyś naprawdę był chory, zostałabym. Zrezygnowałabym ze ślubu, z Sopotu, z pieniędzy, które odkładałam przez lata. Pracowałabym więcej.
Tak długo, jak długo potrzebowałbyś wsparcia. Jadwiga prychnęła cicho. – Przecież właśnie dlatego wiemy, że się nadajesz. Barbara spojrzała na nią z niedowierzaniem, ale zaraz przeniosła wzrok na Wojciecha.
– Choroby bym się nie przestraszyła. Ale nie chcę żyć w rodzinie, w której miłość sprawdza się kłamstwem. Rozprostowała palce i położyła pierścionek na stole, tuż przed Wojciechem. Drobny stuk metalu o porcelanowy talerzyk zabrzmiał w pokoju wyjątkowo głośno.
– Basia, proszę – powiedział Wojciech. – Daj mi szansę. Popełniłem błąd. – To nie był jeden błąd.
– Kocham cię. – A mimo to patrzyłeś, jak się boję. Wojciech wstał gwałtownie. – Chciałem tylko uspokoić mamę.
Myślałem, że jak zobaczy, ile jesteś w stanie dla mnie zrobić, to wreszcie da nam spokój. – Czyli moje słowo nie wystarczało. Te wszystkie lata też nie wystarczały. Musiałam jeszcze zdać wasz egzamin.
– Nie mów „wasz”. To był pomysł mamy. – Ale ty się zgodziłeś. Zapadła cisza.
Wojciech wyglądał tak, jakby dopiero teraz usłyszał te słowa. – Naprawdę możemy to naprawić – powiedział po chwili. – Wrócimy do przygotowań. Zadzwonimy do sali.
Wszystko jeszcze może być tak, jak planowaliśmy. – Nie można budować małżeństwa na kłamstwie, które miało sprawdzić, czy zasługuję na wasze zaufanie. Jadwiga odsunęła krzesło. – No nie wierzę.
Robisz tragedię z czegoś, co miało dobre intencje. Przecież powiedziałam, że możecie się pobrać. Barbara spojrzała na nią długo. – To nie pani decydowała, czy ten ślub się odbędzie.
O tym od początku decydowaliśmy Wojciech i ja. A teraz decyzję podejmuję sama. Jadwiga zbladła. Była przyzwyczajona, że inni tłumaczą się przed nią i proszą o zgodę.
Nie spodziewała się, że Barbara po prostu odbierze jej całą władzę jednym spokojnym zdaniem. – Odwołam salę – ciągnęła Barbara. – Zadzwonię do fotografa, cukierni i hotelu. Gości poinformuję sama.
– Basia, zostań – powiedział Wojciech. Barbara zatrzymała się przy drzwiach. – Zostałabym przy tobie w chorobie. Ale nie zostanę przy człowieku, który pozwolił, żeby jego matka urządziła mi próbę z miłości.
I wyszła. Na przystanku długo czekała na autobus. Powietrze było chłodne, a nad domami zbierały się ciemne chmury. Kiedy autobus wreszcie przyjechał, usiadła przy oknie i wyjęła telefon.
Najpierw zadzwoniła do właściciela sali weselnej. – Chciałabym całkowicie odwołać przyjęcie – powiedziała. – Tak, rozumiem warunki. Proszę przygotować rozliczenie.
Potem zamknęła oczy. Zabolało ją dopiero wtedy, kiedy autobus ruszył. Nie przez salę, suknię ani pieniądze. Bolała ją utrata przyszłości, którą uważała za pewną.
Następnego dnia spotkała się z Teresą w tej samej małej kawiarni. Teresa nie pytała, czy Barbara jest pewna. Nie mówiła, że może powinna dać Wojciechowi jeszcze jedną szansę. Postawiła przed nią kawę i kawałek ciepłej szarlotki.
– Odwołałam ślub. Teresa tylko przykryła jej dłoń swoją. Barbara spojrzała przez okno. – Boli – przyznała.
– Ale pierwszy raz od wielu tygodni czuję, że znowu mogę oddychać. Tymczasem w domu Jadwigi stół wciąż był zastawiony. Rosół wystygł, pieczeń wyschła, a makowiec pozostał nietknięty. Wojciech siedział bez słowa.
Jadwiga patrzyła na pierścionek leżący na talerzyku. Była pewna, że to ona wybiera żonę dla syna. Dopiero teraz zrozumiała, że jej zgoda nigdy nie była najważniejsza.
Ostatnie słowo od początku należało do Barbary.


