W listopadzie 1943 roku zaprezentowano Hitlerowi nowy samolot, a właściwie konkretną jego wersję – Me 410 A-1/U4. Führer był zachwycony i nazwał nową maszynę kręgosłupem obrony III Rzeszy przed bombowcami. Czym wyróżniał się ten model? To proste – armatą kalibru 50 mm, która jednym trafieniem miała strącić nawet najcięższy bombowiec przeciwnika.

Jak ten kręgosłup poradził sobie w realiach wojny powietrznej44 roku? Dzisiaj przyjrzymy się jednej z ulubionych broni Hitlera, a jednocześnie jednej z najgorszych broni Luftwaffe. Czas na materiał o artyleryjskiej armacie. W połowie 1943 roku sytuacja Niemiec na wszystkich frontach pogarszała się z każdym miesiącem.
We Włoszech upadł faszystowski rząd Mussoliniego, a ostatnia poważna ofensywa pod Kurskiem została przedwcześnie anulowana przez Hitlera. Nad Rzeszą zbierały się czarne chmury – ale też dosłownie czarne chmury alianckich bombowców. Do maszyn brytyjskiego RAF-u dołączały maszyny amerykańskie. Już w czerwcu 42 roku do Wielkiej Brytanii przybyły pierwsze siły amerykańskiego VIII Dowództwa Bombowego, które z czasem przekształcono w VIII Armię Powietrzną.
W ten sposób powstawała potężna formacja bombowa, potrafiąca w rekordowym czasie wypuścić jednocześnie w powietrze dwa tysiące czterosilnikowych bombowców i ostatecznie mająca przeprowadzić ponad sześćset tysięcy lotów bojowych nad Europą. Za amerykański wkład w bombardowanie Europy odpowiadał generał Ira Eaker. Odniósł on pierwsze niebagatelne zwycięstwo polityczne, gdy wywalczył sobie niezależność od brytyjskiego podejścia do bombardowań, opierającego się na nocnych operacjach. Brytyjczycy nocami chcieli niszczyć niemieckie miasta i przy okazji niemiecką gospodarkę.
Amerykanie zaś woleli skupić się na zniszczeniu Luftwaffe w świetle dnia. Eaker wierzył, że ataki bombowe wymierzone głęboko w terytorium przeciwnika mogą już w 43 roku przynieść poważne korzyści na dwóch polach. Po pierwsze, amerykańskie latające fortece miały precyzyjnie bombardować namierzone fabryki Luftwaffe i zakłady wspierające konstrukcje niemieckich myśliwców, uderzając w samo źródło niemieckiego zagrożenia w powietrzu. Po drugie, potężne formacje składające się przede wszystkim z B-17 miały stanowić dosłownie fortece z fortec, wzajemnie się ochraniające maszyny uzbrojone po zęby w ciężkie karabiny maszynowe kalibru pół cala – każdy B-17 miał ich przecież dziesięć.
Już wiosną 43 roku siły bombowe Amerykanów nad Europą prezentowały się imponująco. 14 maja wykorzystano dwieście bombowców do ataku na cztery cele na niemieckim wybrzeżu. Takie formacje miały działać niczym magnes na myśliwce Luftwaffe. Amerykanie wierzyli, że bombardowania muszą wyciągnąć w powietrze niemieckie samoloty, które nadzieją się na ogień z setek ciężkich karabinów maszynowych.
Na potrzeby propagandy przygotowano obrazki, które miały pokazywać, jak bezpieczne są nowe formacje bombowców przeciwko myśliwcom. Ta myśl, że w odpowiednio dużej liczbie bombowce same wystarczą w walce z myśliwcami, była z jednej strony pozostałością przedwojennego podejścia do wojny powietrznej. Z drugiej strony Amerykanie mogli do czasu wierzyć, że technologia samych bombowców poszła na tyle do przodu, że samoczynnie rozwiązały się problemy odczuwane przez Luftwaffe nad Anglią latem 40 roku. Latające fortece były legendarnie odporne na obrażenia.
Niemcy wyliczyli, że średnio potrzeba było dwudziestu trafień pociskami kalibru 20 mm, aby strącić jeden taki bombowiec. W ten sposób walka powietrzna na wyniszczenie miała w 43 roku wyglądać inaczej niż w 40 roku. W tym założeniu formacje B-17 miały wytrzymać ataki myśliwskie, dolecieć nad cel, zrzucić swoje bomby i przy okazji zestrzelić mnóstwo samolotów przeciwnika. Plan idealny.
Co więcej, w maju 43 roku Amerykanie doczekali się dostaw fortec w wersjach z dodatkowymi zbiornikami paliwa. Tym samym poszerzał się zakres potencjalnych celów, do których formacje bombowców mogły podchodzić z angielskich lotnisk nie w linii prostej, co pozwalało na próbę zmylenia niemieckiej obrony przeciwlotniczej. Oczywiście to zerojedynkowe podejście miało swoje konsekwencje, bo nie uszło niemieckiej uwadze. Niemcy zauważyli, że zmieniają się reguły powietrznej gry, i mogli dostosować swój sprzęt tak, aby mógł przede wszystkim zwalczać właśnie ciężkie samoloty.
Tym razem to Luftwaffe postawiono w sytuacji RAF-u z lata 40 roku. Na tym etapie wojny dla Niemców kluczowe było takie synchronizowanie ataków na formację bombowców, aby te były faktycznie pozbawione eskorty. Do jesieni 43 roku nie było to szczególnie trudne wyzwanie. Amerykańskie myśliwce startujące z Wielkiej Brytanii musiały wracać na lotniska przeważnie znad terytorium Belgii.
Tym samym przed Luftwaffe otwierało się okienko wyjątkowych możliwości – możliwości skontrowania amerykańskiej taktyki w warunkach walki w świetle dziennym. Luftwaffe miała atakować fortece z fortec, nie zważając na eskorty przeciwnika. Nagle zobaczyła jeszcze większy sens w użyciu ciężkich dwusilnikowych myśliwców takich jak BF 110 czy nowszy Me 410, które mogłyby służyć jako platformy dla ciężkiej broni powietrze-powietrze. Ten typ myśliwca nazwano Zerstörer, dosłownie niszczycielem – w domyśle niszczycielem bombowców.
Eksperymentowano z formami uzbrojenia. Jednymi z najpopularniejszych wariantów były te z działkami MG 151 kalibru 20 mm, ale też używano działek MK 108 kalibru 30 mm. A w połowie 43 roku do użytku wprowadzono coś kompletnie nowego – Werfer-Granate 21, czyli wyrzutnie niesterowanych rakiet powietrze-powietrze kalibru 210 mm. Problemem tych rakiet była niska celność oraz pewna niewygoda w użyciu.
Wyposażone były w zapalniki czasowe, więc konieczne było oddanie strzału z konkretnej odległości. Niemcy szybko zdali sobie sprawę z wad tej broni i dostosowali taktykę. Rakieta, nawet przy niezbyt celnym strzale, miała przede wszystkim służyć do rozbijania spójności szyku bombowców, tak aby konkretne maszyny były podatne na atak ze strony lżejszych i bardziej zwinnych jednosilnikowych myśliwców. I ta taktyka przez kilka miesięcy przynosiła świetne efekty.
W czasie kampanii lotniczych od sierpnia do października 43 roku, przede wszystkim nad Schweinfurt, formacje B-17 ponosiły koszmarne straty. Z szerszej perspektywy, od lipca do listopada 43 roku VIII Dowództwo Bombowe straciło w sumie 64 procent początkowego stanu załóg latających fortec. Ale w tej powietrznej wojnie na wyniszczenie Niemcom też dawały się we znaki między innymi braki w paliwie, na razie przekładające się przede wszystkim na skrócenie czasu szkoleń nowych pilotów. Utrzymanie przy życiu weteranów było w ten sposób nawet ważniejsze niż możliwość wyprodukowania kolejnych setek maszyn, bo te i tak byłyby pilotowane przez niewystarczająco dobrze przygotowanych pilotów.
Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że na tym etapie utrata jednego pilota myśliwskiego odczuwana była u Niemców mocniej niż strata przez Amerykanów całego bombowca. Nawet w tak dobre dni jak 17 sierpnia 43 roku nad Schweinfurt Niemcy stracili około 26 maszyn. W takim razie czy byłby jakiś sposób, aby móc atakować amerykańskie bombowce z bezpiecznej odległości i do tego bardzo celnym ogniem? Jeszcze w czasie I wojny światowej zaadaptowano armaty przeciwlotnicze do roli przeciwczołgowej.
Co gdyby istniejące armaty przeciwpancerne wykorzystać w powietrzu? Tak, wiem, co wam chodzi po głowie – armata 88 mm. Ale nie, jej dzisiaj nie wyślemy w powietrze. Niemcy początkowo skromniej zakładali użycie armaty 37 mm, szczególnie że z czasem była ona dostępna w coraz lżejszych wersjach.
Ale jeszcze w lipcu 43 roku oficerowie podlegający Adolfowi Gallandowi zaproponowali coś odważniejszego. Najpierw przyglądano się nieszczęsnej armacie przeciwlotniczej Flak 41, która w swojej oryginalnej roli nie okazała się skuteczna. Strzelała wyjątkowymi pociskami, dość ciężkimi jak na swój kaliber i długość. Ale jeśli ta konkretna armata zawiodła w swojej roli, to może lepiej znaleźć armatę, która sprawdziła się w odpowiednim czasie na polu walki przeciwczołgowej.
Od 41 roku Wehrmacht z powodzeniem używał długich armat Pak 38 kalibru 50 mm. Na potrzeby czołgów PzKpfw III doczekała się ona specjalnej wersji 5 cm KwK 39. Zapewniała ona prędkość wylotową pocisku odłamkowo-burzącego na poziomie około 550 metrów na sekundę, co pozwalało zachować pociskom w powietrzzu dość płaską trajektorię lotu na większych dystansach. Przy tym były to pociski lżejsze od tych z Flaka 41.
Armata KwK 39 sprawdzała się dobrze na lądzie. Co więcej, technologia produkcji nie wymagałaby znacznych modyfikacji. Stąd firmie Rheinmetall zlecono dostosowanie armaty na potrzeby lotnicze. Na czym miały polegać te modyfikacje?
Przede wszystkim wojna powietrzna wymagała od każdej broni zwiększonej szybkostrzelności. Czego potrzebowało Luftwaffe? Dwóch armat 50 mm w automatycznej wersji. Ten proces przebiegał całkiem sprawnie.
Armatę połączono specjalnym mechanizmem z magazynkiem mieszczącym 21 pocisków. Kadłub Me 410 łatwo dostosowano, by pomieścił całą maszynerię. Wszystko wydawało się spinać w całość. Nawet w trakcie testów wyszło na jaw, że dzięki hamulcowi wylotowemu na lufie energia odrzutu nie prowadzi do żadnych uszkodzeń samego samolotu.
Brakowało tylko jednego elementu – odpowiedniego celownika, aby wykorzystać w pełni duży zasięg armaty. Do projektu podchodzono tak poważnie, że zdecydowano się na celownik ZFR 4a, dosłownie lunetę celowniczą długą na ponad 50 centymetrów. Tak długą, że przy instalacji wystawał poza kabinę. Nową armatę przetestowano w powietrzzu przeciwko celowi w odległości 100 metrów.
Celność i skupienie pocisków uznano faktycznie za wyjątkowo dobre. I proszę bardzo – snajperska armata automatyczna 50 mm była gotowa do użycia. Nazwano ją BK 5 i oznaczono jako wersję A-1/U4. Popatrzcie tylko na tego kolosa.
Ta armata w powietrzzu była ogromna. Zakładano, że pilot dzięki niej będzie mógł oddać celne strzały do bombowców nawet z odległości 800–900 metrów, kiedy najdalszy skuteczny zasięg powietrznych karabinów maszynowych pół cala określano na około 550 metrów. A jednak w akcji każdy wcześniej pominięty szczegół zaczynał mieć znaczenie. Wystająca przed kadłub lufa i samo specyficzne umiejscowienie armaty oczywiście pogarszały aerodynamiczne właściwości samolotu i obciążały jego dziób.
Co gorsza, może i odrzut przy wystrzale nie demolował samego Me 410, ale za to wpływał negatywnie na system automatyki, co nieraz wykluczał opcję szybkiej snajperskiej poprawki przy strzelaniu do szybko poruszającego się celu. Problemy pogarszało jeszcze coraz gorsze standardy produkcji amunicji. Narzekanie na jakość wykonania łusek nie wróżyło to szczególnie dobrze. A przecież warunki walki powietrznej, toczonej przy prędkościach bombowców dochodzących do 500 km/h, nagradzały zawsze broń szybkostrzelną– a i tak najczęściej przy walce na bardzo bliskim dystansie.
Wątpliwości ogarnęły podkomendnych Gallanda już w październiku 43 roku. W czasie gdy formacje B-17 zostały ukarane przez Luftwaffe między innymi w czasie drugiej akcji nad Schweinfurt, to tam sprawdziła się kombinacja rakiet i działek 20 mm. Szczególnie chwalono działko MK 108 kalibru ledwie 30 mm, ale faktycznie szybkostrzelne i dopracowane. Nic dziwnego, że w walce z bombowcami stało się ulubionym narzędziem pilotów na Me 109 i Focke-Wulfach.
Na zmianę planów wobec armaty przecież w listopadzie 43 roku, na wspomnianym wcześniej pokazie, Hitler nie krył entuzjazmu. W obliczu wszystkich klęsk i wyzwań nagle mogło się wydawać, że cały wysiłek niemieckiej technologii spiął się wreszcie w całość. Podobnie jak ciężkie czołgi niemieckie zadawały szczególnie na froncie wschodnim nieadekwatnie wysokie straty przeciwnikowi, tak teraz armata oddała się marzeniom o niezniszczalnych tygrysach przetaczających się przez radzieckie pozycje. Na marginesie – pod koniec wojny Hitler bardzo łatwo dawał się zapalić do kolejnych technologicznych nowinek.
Przecież ledwie chwilę wcześniej w Me 410 widział bombowiec w typie Mosquito, służący do szybkich ataków na cele na Wyspach Brytyjskich. Teraz dzięki armacie BK 5 miał stać się najlepszym niszczycielem bombowców. Oczywiście każda taka zajawka miała swoje konsekwencje. Ku konsternacji oficerów Luftwaffe, Hitler chwilą nakazał przezbrojenie na BK 5 dwóch Gruppen, czyli formacji liczących kilkadziesiąt maszyn.
Göring z pewnym zażenowaniem musiał przyznać, że w tym momencie Luftwaffe gotowe jest wystawić nie tyle dwie formacje, co dwie – a może maksymalnie trzy maszyny. Dopiero 12 stycznia 44 roku Göring wydał rozkaz przezbrojenia aż 90 Me 410 na armatę 50 mm. Feldmarszałek Erhard Milch odpowiedział Göringowi, że proces nie jest tak łatwy, jak mogło się początkowo wydawać. Pierwsza dostawa dziesięciu lotniczych armat miała nastąpić już w grudniu, ale wykryto liczne problemy w systemie działania donośnika pocisków.
Kiedy je rozwiązano, to na jaw wyszły niedoskonałości łusek pocisków i użytej taśmy. W typowej sytuacji dla późnej Rzeszy liczono, że wszystkie usterki da się wygładzić w kolejnych miesiącach. W ten sposób na początku lutego pierwszy tuzin Me 410 A-1/U4 uznano za gotowy do wysłania na front. Trafił on do skrzydła ciężkich myśliwców, a dokładnie do Zerstörergeschwader ZG 26, doświadczonej jednostki pilotów starszych BF 110.
Dla wyjaśnienia – Luftwaffe tak duże formacje nazywało eskadrami, gdy tak naprawdę pełniły one po naszemu rolę skrzydeł. Dlatego dla łatwości będziemy używać później dla tej formacji po prostu nazwy ZG 26. Jesienią 43 roku ZG 26 zadała formacjom B-17 niebagatelne straty, ale sama płaciła za to słoną cenę. W najgorsze dni jesieni właściwie stosunek strat wynosił 1 do 1.
Na tym etapie na pewno każdy pilot zadawał sobie to pytanie, czy armata 50 mm zmieni ten stosunek strat. Tyle że w czasie próbnych lotów zapał pilotów nieco zmalał. Meldowano, że serki broni nadal szwankował mechanizm zasilania amunicją, do tego wystawiony w powietrzzu na poważne przeciążenia. Nie zapominajmy też o efekcie każdego wystrzału, wstrząsającym całą maszynę od dzioba aż po ogonowe stery.
W najgorszych wypadkach system automaty armaty 50 mm potrafił się zablokować już po jednym wystrzale. Nieszczęśliwie dla losów armaty, 22 lutego ZG 26 skierowała 10 Me 410 z armatami BK 5 do ataku na formację amerykańskich bombowców. Niemcy spodziewali się prowadzić ogień z bezpiecznej odległości 800 czy 900 metrów. Oczywiście realia walki powietrznej zawsze weryfikowały te lądowe standardy.
W końcu na przykład amerykańscy piloci latający na P-51 otwierali skuteczny ogień z półcalówek z odległości przeważnie mniejszej niż 150 metrów. Raportowano, że na większym dystansie wystrzelone pociski po prostu nie trafiały w cel. Im większy dystans od celu, tym większy obszar pokrywał pilot wystrzelonymi kulami. Niektóre zestrzelenia wymagały użycia nawet kilkuset nabojów.
Znalazłem nawet raport pilota, w którym wywalił ich 1500. Armata nieudanych 10 niszczycieli w tej wersji Strąciła tego dnia ledwie dwie latające fortece, spośród sześciu potwierdzonych przez ZG 26. W zamian raportowano utratę siedmiu BF 110 i jednego Me 410. Chociaż w innym wariancie, bo Me 410 B-1/U2 uzbrojony w działka 20 mm.
Ale ta strata była szczególnie bolesna, bo była to maszyna Eduarda Tratta, legendarnego asa ciężkich myśliwców. Skąd ta dysproporcja? Do lutego sytuacja w powietrzzu zmieniła się znacznie na korzyść aliantów. Ciężkie myśliwce pomyślane do walki z bombowcami właśnie stawały się teraz łatwymi ofiarami zwinnych myśliwców wroga.
W ten sposób debiut armaty BK 5 przypadł na początek kompletnie nowej epoki powietrznej II wojny światowej na zachodzie. Snajperski Me 410 A-1/U4 właściwie nie miał żadnej możliwości, by trafić z BK 5 zbliżający się myśliwiec wroga. Oczywiście miał też dodatkowe uzbrojenie, ale to zerojedynkowe antybombowe podejście wystawiało go na poważny rachunek. Łowca w postaci Me 410 sam stawał się zwierzyną i wymagał własnej eskorty w postaci Me 109 czy Focke-Wulfów.
Mimo to kontynuowano testy. 24 lutego trafienie z armaty BK 5 strąciło kolejną latającą fortecę. W tym czasie i tak znacznie lepiej sprawdzały się warianty Me 410 uzbrojone po zęby, chociażby w działka 20 mm. Co więcej, nie wszyscy piloci byli zachwyceni, że musieli przesiadać się ze sprawdzonych wariantów na eksperymentalne snajperskie maszyny.
Jeden z pilotów wspominał: „Do marca 44 roku nasze Me 410 były wyposażone w cztery moździerze, chodzi o wyrzutnie rakiet kalibru 21 cm, i cztery działka kalibru 20 mm. Natomiast od kwietnia do sierpnia były wyposażone w armatę BK 5. Jednak ze względu na tylne karabiny obronne bombowców i nasze długotrwałe podchodzenie do celu nie było to popularne. Ze względu na trajektorię pocisku często strzelaliśmy zbyt wcześnie.
Do tego przeszkadzały nam liczne usterki broni. ”
Specyficzne działanie armaty BK 5 faktycznie wymagało opracowania nowych taktyk podejścia do ataku na formację przeciwnika. Wcześniejsze taktyki, na przykład operowanie rakietami niekierowanymi, akceptowały trudność podejścia i precyzyjnego trafienia bombowców w formacjach. Do tego Amerykanie od początku 44 roku stosowali nową formację złożoną z 36 maszyn, z czego jedna eskadra 12 maszyn mieściła się w bryle o wymiarach 475 na 180 metrów i głębokości 365 metrów.
Nawet w przypadku idealnego podejścia do ataku i przy braku usterek pilot miał do dyspozycji ledwie 22 pociski – 21 w magazynku i jeden od razu w komorze. Często bardzo różnej jakości, co nie poprawiało ich celności na dużych dystansach. Pewien niemiecki inżynier zostawił taką oto ocenę armaty BK 5: „Działo kalibru 5 cm nadaje się do użytku w powietrzzu, ale wymaga starannego serwisowania. Misje próbne wykazały, że armata kalibru 5 cm nie poprawiła efektywnej siły ognia uzbrojenia samolotu, ponieważ armata nie uzyskała żadnych trafień.
Co więcej, niewielka przewaga taktyczna, jaką posiadał Me 410, została zniweczona. Działo pogarszało manewrowość samolotu. ”
Dochodzimy do sedna tego paradoksu. Z jednej strony armata była może dostosowana do mechanicznego użycia w powietrzzu, ale nie przekładała się nawet w najlepszych warunkach na poprawę siły ognia, bo piloci po prostu nie trafiali w cel.
Oficeowie Luftwaffe zdali sobie sprawę, że takie podejście nie przekłada się na skuteczność ciężkich myśliwców w zwalczaniu bombowców, a wszystkie rozwiązania z mniejszymi działkami, przede wszystkim 20 i 30 mm, sprawdzały się lepiej. Kolejne raporty nie poprawiały sytuacji. Misje dwusilnikowych niszczycieli bombowców stawały się najbardziej ryzykownymi z tych, które można było otrzymać, służąc w Luftwaffe. Nie dość, że w locie były one narażone na przechwycenie przez alianckie myśliwce, tak przy samym podejściu do latających fortec ponosiły nadal straty.
Wbrew obietnicy trafień z bezpiecznej odległości. 12 maja ZG 26 straciło cztery Me 410 w wariancie A-1/U4, strącając ledwie trzy bombowce. W jednocześnie aż w ośmiu maszynach doszło do zacięć mechanizmu automatyki broni, czasem po wystrzeleniu ledwie jednego pocisku. Już 15 maja Göring łaskawie zgodził się, aby nie poszerzać eksperymentu armaty BK 5 na kolejne formacje.
Oddział ZG 26 był jednak dalej skazany na tę nieszczęsną armatę, choćby dlatego, że z takim entuzjazmem podchodził do niej sam Hitler. Kolejna wersja Me 410, oznaczona literą B, doczekała się też podwersji U4 z armatą BK 5, mającą osiągać większą prędkość, ale częściowo to podkopano dalszymi zmianami uzbrojenia. Inna sprawa, że użycie armat BK 5 przypadło na moment, kiedy w ogóle formacje Zerstörerów traciły na znaczeniu. Pod koniec maja właściwie większość operacji Me 410 kończyła się tragicznie.
Tylko 30 maja spośród 13 użytych samolotów stracono siedem. Wyjątkiem pozostawały tak szczęśliwe nieliczne operacje, jak ta z 20 czerwca, w czasie której dwusilnikowe Messerschmitty nad Bałtykiem dopadły osamotnioną formację amerykańskich bombowców. Tego dnia kosztem 13 samolotów własnych doliczyli się zestrzelenia 39 maszyn. Amerykańskie dane potwierdzają większość tych chuby, i odpowiedni raport wskazuje straty na poziomie 34 bombowców.
Mimo to straty wszystkich niemieckich eskadr wzrosły wiosną na tyle, że Hitler groził rozwiązaniem sił myśliwskich i przekierowaniem zasobów w kierunku dział przeciwlotniczych. Ostatecznie wygrała inna koncepcja – ostatniego skoku w kierunku nowoczesnych jednosilnikowych myśliwców, przede wszystkim Me 262. Tymczasem latem 44 roku dotychczasowe formacje ciężkich myśliwców przesiadały się na myśliwce jednosilnikowe. Jednostka ZG 26 została rozwiązana i przeformowana.
Czy też artyleryjskie Me 410 przeszły na militarny śmietnik historii. Po wojnie Adolf Galland nie przebierał w słowach w ocenie BK 5: „Dało się latać z tym potworem wystającym 3 metry z przodu. Strzelanie też było możliwe, chociaż armata beznadziejnie zacinała się po około pięciu strzałach. Można było nawet w coś trafić, tyle że nie z odległości 900 metrów, ale najwyżej z 350.
Poza tym wszelkie szanse na trafienie były pomniejszone przez samą konieczność latania samolotem. Nic zatem nie zyskiwała się. Ograniczała się do pojedynczych strzałów. Jak na ironie, mawiali mi, że wystarczy kilkoma strzałami artyleryjskimi zniszczyć morale załogi bombowca, aby następnie lufą armaty staranować Mustangi i Thunderbolty.
”
Hitler chyba sam dość szybko też zapomniał o swojej ulubionej broni, o tym kręgosłupie przeciwlotniczej obrony III Rzeszy. Jego uwaga skierowana została znowu na operacje na lądzie, przede wszystkim na kontratak w Ardenach. Tymczasem w recyklingowych warunkach upadającej Rzeszy wynalazek powietrznej armaty 50 mm nie mógł pójść na marne. Armaty BK 5 Niemcy starali się później zaadaptować jeszcze na potrzeby nowoczesnych myśliwców Me 262.
Ale perypetie nieszczęsnego Me 262 to temat na kompletnie inny odcinek.


