Przez całą noc nie padł ani jeden strzał. Wpatrywaliśmy się w morze, wiedząc, że lada moment coś się wydarzy. O świcie mgła opadła i zobaczyliśmy coś, czego nie da się zapomnieć – setki okrętów na…

Przez całą noc nie padł ani jeden strzał. Wpatrywaliśmy się w morze, wiedząc, że lada moment coś się wydarzy. O świcie mgła opadła i zobaczyliśmy coś, czego nie da się zapomnieć – setki okrętów na...

W zatoce panowała niemal całkowita cisza. Nie padł ani jeden strzał. Obserwowaliśmy, jak obciążeni sprzętem Amerykanie z trudem brną przez wysokie fale zimnej, słonej wody. Całkowicie bezbronni.

Thumbnail

Byliśmy w pełni świadomi, że ci ludzie na dole idą właśnie prosto na rzeź. A 6 czerwca 1944 roku około 6:30 pierwsi amerykańscy żołnierze postawili stopę na najbardziej znanym piaszczystym skraju niemieckiej twierdzy Europa na odcinku, który nazwali Omaha od największego miasta w stanie Nebraska. Tyle że niemieccy obrońcy raczej powiedzieliby, że służą na odcinku KV H2, ewentualnie w sektorze Baju od największego w okolicy miasta. Paradoks tego filmu kryje się już w samym tytule.

Perspektywa zwycięzców dominuje w narracji o dniu 6 czerwca. Dzisiaj na te walki popatrzymy z drugiej strony, jak niemieccy żołnierze wspominali obronę plaży, która do historii przejdzie jako plaża Omaha. Kim byli? Jakie były ich dalsze losy?

Zacznijmy jak zawsze od samego początku. Rozdział pierwszy. Niemieckie przygotowania. Co może nas dziwić w niemieckiej perspektywie wiosną 44 roku, to fakt, że Niemcy z niecierpliwością czekali na aliancką inwazję.

Tak to alianci mieli inicjatywę, ale Niemców irytowała konieczność utrzymania niemałych sił OB West. Popatrzmy na to. 800 000 ludzi związanych nieistniejącym jeszcze frontem, gdy każda dywizja realnie była potrzebna na froncie wschodnim. Stąd Niemcom, w tym samemu Hitlerowi, marzyła się jak najszybsza rozprawa z alianckim desantem.

W optymistycznym scenariuszu zrzucenie do morza tego drugiego, a właściwie trzeciego frontu miało otworzyć możliwość wyhamowania postępów Armii Czerwonej. Ale w szczególe sprawy na zachodzie nie nastrajały wielkim optymizmem. Skierujmy naszą mapę na niewielki odcinek wybrzeża Normandii wchodzący w skład obszaru, który na mapach sztabowych nazywano KV H, czyli odcinek obrony wybrzeża H2. Wybrzeże tej zatoki w dużej mierze składa się z niewysokich, ale trudnych do pokonania klifów.

Jest jednak pewien kluczowy 8-kilometrowy odcinek między nadmorskimi wioskami Colleville i Vierville, gdzie szeroka plaża oferowała może i dobre możliwości desantu, ale niewielkie wzniesienie nad plażą dobre możliwości obrony. To tam Niemcy przygotowali linię składającą się z kilkunastu punktów oporu. W skrócie WN-ów. Z grubsza licząc na tym odcinku ponumerowano je od WN60 na wschodzie do WN73 na zachodzie.

Były one częścią szerokiego wału atlantyckiego, jednego z ostatnich projektów Erwina Rommla. Ale w maju 44 roku do wykonania planu w 100% sporo jeszcze brakowało. Symbolicznie wskażmy jedną statystykę. Rommel doprowadził do rozmieszczenia w sumie 6,5 miliona min.

Zakładał ich jednak aż 20 milionów. Plan zrealizowano więc w 33%. Te braki sięgały głębiej. Do marca 44 roku za ten rejon przyszłej plaży Omaha odpowiadała 716.

Dywizja Piechoty. We Francji umościła się już w czerwcu 41, a w samej Normandii w lipcu 42 roku i jako dywizja tak zwana statyczna nie miała żadnego doświadczenia bojowego pomimo kilku lat istnienia. Dlatego też 15 marca Rommel nakazał generałowi Kraissowi, dowódcy świeżej 352 Dywizji Piechoty, przejęcie odcinków KV H z tym wyjątkiem, że pozostawiono mu jako wsparcie wydzielony z 716 dywizji 726 pułk grenadierów. Po tym przetasowaniu na odcinku punktów oporu od WN60 do WN73 stacjonowali finalnie żołnierze pięciu kompanii, zarówno 916 pułku grenadierów z 352 dywizji i wspomnianego 726 pułku z 716 dywizji.

352 dywizja była znacznie mocniejsza od 716, ale nadal miała swoje słabe strony. Jednym z bohaterów tego odcinka jest 24-letni porucznik Hans Heinz. Ewakuowany ze Stalingradu. Przydzielony w Normandii do 916 pułku.

Otrzymał dowództwo piątej kompanii, która obsadzała rejon WN66. Innym bohaterem jest 21-letni Hein Severloh, weteran Frontu Wschodniego. Służył w pułku artylerii 352 Dywizji Piechoty, a wraz ze swoim oficerem, którego zadaniem było namierzanie celów dla artylerii ukrytej w głębi lądu, trafił do punktu WN62. Cała 352 dywizja była tworzona na takich zasadach.

Oficerowie i podoficerowie mieli niemałe doświadczenie, ale dowodzili za to żółtodziobami, słabo przeszkolonymi i nieraz pościąganymi z różnych krańców okupowanej Europy. Te jednostki od marca do czerwca przeszły przyspieszone przeszkolenienie. Największy ciężar niemieckiej obrony poszedł w takie punkty jak WN62, które osłaniały wyjścia z plaż, do których wróg na pewno chciałby dostać się w pierwszej kolejności. Severloh wspominał, co dziwne, na całym tym obszarze nie było ciężkiej artylerii przeciwlotniczej.

W 15 bazach stacjonowało około 360 niemieckich żołnierzy wyposażonych łącznie w 65 karabinów maszynowych. Do tego dochodziły nieliczne armaty 50 i 88 mm, moździerze, działka przeciwlotnicze 20 mm, a także takie kuriozum jak tak zwany pancerm przy WN68, czyli stacjonarna wieża z prototypu czołgu VK301. Wiele o stanie obrony mówi fakt, że Niemcy nie tylko kierowali tam jakieś odrzuty produkcyjne, ale też sporo zdobycznej, czasami przestarzałej broni. Na przykład w dwóch punktach na powyższej mapie zaznaczonych numerami 16 i 17 wystawiono polskie CKM-y wzór 1930 bazujące na Browningu M1917.

Do jednego z tych stanowisk skierowano Franza Gockela z 716 dywizji. Ponadto Niemcy zakładali, że do ewentualnego desantu dojdzie w trakcie przypływu, tak aby aliancy żołnierze mieli jak najmniej terenu do pokonania. Stąd każda plaża na wybrzeżu miała mieć cztery pasy przeszkód na różnej głębokości, ale tylko dwa z tych pasów byłyby skuteczne przy niskim stanie wody. Ale to nie koniec.

Poszczególne pozycje obronne tworzyły niezłą linię defensywną, tyle że mającą poważną wadę, bo przełamanie choćby jednego punktu mogło prowadzić do całkowitego załamowania się obrony [muzyka]

Zarówno na samej górze i na samym dole struktur niemieckich nie było też pewności co do tego, gdzie i kiedy dojdzie do lądowania. Pierwsze dni czerwca w niemieckim sztabie przyjmowano ze spokojem, a raporty minimalizowały ryzyko inwazji w związku z nieciekawą morską pogodą. W efekcie Rommel na potrzeby świętowania urodzin żony udał się do Niemiec. Na odcinku KV H2 sprawy miały się jednak nieco bardziej nerwowo.

1 czerwca żołnierze 352 dywizji piechoty pojmali francuskiego partyzanta, który w trakcie przesłuchania wyjawił, że inwazja ma nastąpić lada dzień. Generał Kraiss w efekcie postawił swoją jednostkę w stan gotowości bojowej. Hans Heinz wspominał, że 4 czerwca w trakcie inspekcji pozycji obronnych pewien sierżant miał zapewnić, mamy wystarczającą ilość amunicji, by zatrzymać pierwszą, drugą, trzecią, czwartą, a możliwe, że i piątą falę atakujących Brytyjczyków. Ale jeśli przejdą po naszych pozycjach, wszystko będzie stracone.

Wskazywałoby to na świadomość u tych żołnierzy, że ewentualny desant musi zostać zatrzymany na plaży, inaczej wszystko się posypie. Czego ten nieszczęsny sierżant nie mógł wiedzieć, to tego, że struktura dowodzenia w Normandii była rozszarpana między lokalnych dowódców a samego Adolfa Hitlera, co na dłuższą metę uniemożliwi jakąkolwiek szybką reakcję na atak aliantów. No i nie wiedział też, że te siły kilkuset ludzi w punktach oporu z niewielkimi odwodami i mimo wszystko dość skromnym wsparciem artylerii trafią na celownik wielkiej alianckiej armady. Nie wiedział, że przeciwko ich pozycjom nie zostaną rzuceni brytyjscy, ale amerykańscy żołnierze i że te fale otrzymają przepotężne wsparcie z morza i z powietrza.

Rozdział drugi. Pierwsza fala na odcinku KV H2. 6 czerwca, już tuż po północy, dowódcy jednostek w głębi lądu meldowali o zrzutach alianckich spadochroniarzy. I tu trzeba podkreślić, że walki na tyłach mogły zaskoczyć lokalne dowództwo, ale dały też czas obrońcom na plażach do przygotowania się do desantu.

W efekcie na przykład Hein Severloh w środku nocy dotarł do WN62. Wybraliśmy wprawdzie najkrótszą drogę do punktu oporu ner 62. Jednak nie spieszyliśmy się i spokojnie jechaliśmy w ciemności nocy. Byliśmy przekonani, że ataku można się spodziewać dopiero o świcie.

Z daleka od strony zachodu nieustannie dudniły silniki dużych samolotów. Dopiero później dowiedziałem się o desantach amerykańskich spadochroniarzy. Severloh, choć sam służył w pułku artylerii, tak miał na czas bitwy przypisane inne miejsce. Stanowisko karabinu maszynowego MG42, właściwie w samym środku WN62.

Hans Heinz zaś nad ranem został przydzielony do posterunku obserwacyjnego przy Colleville. Wraz ze wschodem słońca na horyzoncie zauważył niepokojące kształty. Heinz po chwili wysłał swojego ordynansa z wiadomością do dowództwa. Przed nami widać tysiące okrętów.

Mamy do czynienia z inwazją. Severloh nie był oficerem, więc inaczej podszedł do tego widoku. Około godziny 5:00 zdążyło już się rozwidnić. Jednak morze i niebo wydawały się ołowiano szare w mętnym świetle płynącym z zachmurzonego nieba.

Mgła na horyzoncie nagle się rozproszyła, odsłaniając widok na najpotężniejszą armadę w historii świata. Wzdłuż całego horyzontu ciągnęła się nieprzerwana linia niezliczonych okrętów wojennych, z których niektóre były wręcz gigantyczne. I te właśnie okręty szybko udowodniły Niemcom, że faktycznie do właściwego desantu dojdzie w Normandii. Ale to o 5:50.

Na pozycje niemieckie zaczęły spadać pociski kalibru 356 mm, a niedługo później na niebie pojawiły się bombowce. Gockel wspominał. Ziemia zatrzęsła się, oczy i uszy wypełniał kurz. Piach zgrzytał nam między zębami.

Nie mieliśmy nadziei na pomoc. Nasze samoloty nie przyleciały, a dział przeciwlotniczych nie posiadaliśmy. Bombowce mogły bez przeszkód zrzucać swój ładunek. Czego Gockel nie wiedział, to że nie tylko Luftwaffe nie przyleciało, ale że także z tyłów wyparowały jednostki, które dowódcy korpusu pospiesznie przekierowali do walki z desantami spadochroniarzy.

W rzeczywistości między WN60 a WN73 w pierwszej linii obrony znalazło się ledwie kilkuset żołnierzy Wermachtu, z czego w poszczególnych punktach obsada składała się z ledwie po około 40 żołnierzy. Za najsilniejszy punkt oporu uznano WN62, tam gdzie stacjonowali Gockel i Severloh. Na zachodzie podobną rolę pełniły zazębiające się umocnienia i pola ostrzału z punktów WN71, 72 i 73. Ostrzał artyleryjski i bombardowanie szarpało nerwy Niemców, a eksplozje po części oczyściły plażę z pułapek.

Gockel wspominał: “Kłąb dymu, ziemi i ognia szedł w naszym kierunku z wyciem, gwizdem i syczeniem, niszcząc wszystko na swojej drodze. Siedzieliśmy mali i bezbrodni przy naszej broni, modląc się i szukając chronienia. Severloh potwierdzał totalny chaos, ale też wpływ na dalszą obronę. Znów huknęło, a wszędzie wokół mnie wytrysły wysokie fontanny Ziemi.

Czuć było spaleniznę, a powietrze smakowało gorzko. Ten ostrzał sprawił, że stałem się wyraźnie agresywny. To bombardowanie skończyło się o 6:27. Ledwie kilka minut później na szerokim odcinku plaży pojawiły się pierwsze barki desantowe oraz nieliczne pływające czołgi, te, którym udało się przetrwać kilka kilometrów morskiej podróży.

Ku pewnemu zaskoczeniu Niemców desant rozpoczął się przy niskim stanie wody, przez co aliancy żołnierze opuszczali pojazdy około 300 m od najbliższej jako takiej osłony, czyli od niskich, kamienistych wałów, które tworzyły się w wyniku narzucania kamyków przez morskie fale. Do właściwych niemieckich pozycji obronnych było jeszcze dalej w sumie 400 m. Severloh, tuż przed 6:30, gdy ucichł ciężki ostrzał z okrętów, w zatoce dostrzegłem dużą, smukłą jednostkę. Nadpływała z północnego wschodu, kierując się prosto na naszą plażę odsłoniętą przez szeroki odpływ.

Od WN62 dzieliło ją zaledwie 600 m. Była to łódź desantowa o płaskim dnie i ostrym dziobie. Widziałem jak po obu jej burtach opadają w dół długie trapy. Oznaczało to, że na tym wczesnym etapie desantu żołnierze w punktach oporu mieli świetny widok na całe widowisko.

Żołnierze obwieszeni karabinami i oporządzeniem zaczęli schodzić po trapach w pełnym spokoju. W uporządkowanych kolumnach schodzili do zimnej wody, która sięgała im do piersi, a nawet do ramion. Niektórzy na moment znikali pod powierzchnią. Półpłynąc, półbrodząc, zaczęli powoli posuwać się w stronę plaży prosto pod nasz punkt oporu.

W zatoce panowała wtedy niemal całkowita cisza. Nie padł ani jeden strzał. Mieliśmy surowy rozkaz. Czekać, aż znajdą się około ą400 m od przedpola i będą brnąć w wodzie zaledwie po kolana.

Pobiegłem do bunkra łączności oddalonego o 20 m powyżej i wrzasnąłem do środka. Zaczyna się. Lądują. Pobiegłem z powrotem do swojego karabinu maszynowego.

Z łodzi schodziło coraz więcej żołnierzy. Gdy tylko poczuli twardy grunt pod nogami, szli przez wodę w dwóch długich rzędach. Każdy trzymał się lewą ręką pasa kolegi przed nim. Wszystko odbywało się tak spokojnie i sprawnie, jakby to były tylko ćwiczenia.

Po nalotach i potężnym ostrzale z okrętów Amerykanie najwyraźniej nie spodziewali się już najmniejszego oporu. Chyba nie zauważyli, że prawie w nic nie trafili. Obok mnie w okopie pojawił się porucznik Frerking. Obserwowaliśmy jak obciążeni sprzętem Amerykanie z trudem brną przez wysokie fale zimnej słonej wody.

Całkowicie bezbronni. Byliśmy w pełni świadomo, że ci ludzie na dole idą właśnie prosto na rześ. W ciągu kolejnych minut dochodziło do aktywacji kolejnych punktów oporu. Na samym zachodzie w punkcie WN73 podoficer Henry Gnaube wspominał, że otworzył ogień, kiedy Amerykanie zbliżyli się na około 400 m.

Początkowo nie brałem ich na celownik pojedynczo. Po prostu zacząłem strzelać omiatając plażę ogniem od lewej do prawej. To powalało pierwszych kilku ludzi w każdym szeregu. Trzeba pamiętać, że MG42 miał taką siłę przebicia, że pociski często przechodziły przez ludzkie ciało na wylot i trafiały w to, co znajdowało się za nim.

W ten sposób wielu z tych żołnierzy dosięgały kule, które przebiły już jednego, a nawet dwóch ludzi stojących przed nimi. Później zacząłem celować bardziej wybiórczo, żeby amunicja starczyła na jak najdłużej. Bruno Plota oglądał to wspólne dla obóz krajów plaży widowisko z bezpiecznej pozycji, z niewielkiego bunkra typu Tobruk. To była niezła jatka, którą tam zgotowaliśmy.

Niezła jatka. Wszyscy staliśmy na swoich wyśmienicie osłoniętych pozycjach. Ci biedacy na dole nie mieli absolutnie żadnego schronienia. Mało któremu z tych, którzy lądowali w pierwszej fali, udało się w ogóle zbliżyć do wału.

Rzecz jasna, do karabinów maszynowych dołączyła też artyleria ukryta około ą4,5 km w głąb lądu, która przy odrobinie szczęścia eliminowała także barki desantowe zbliżające się do brzegu. Franz Gockel prowadził ogień z polskiego CKM-u i był świadkiem, jak pierwsza fala desantu ulega całkowitemu rozbiciu. Żołnierze z pierwszych barek desantowych zostali zmasakrowani, zabici lub ranni w promieniu zaledwie kilku metrów. Łodzie desantowe krążyły bez celu po tafli wody, całkowicie pozbawione kontroli.

Gockel mimo braku doświadczenia wydawał się być gotowy do zabijania wrogów. Jego relacja pozostaje dowodem na to, że niemiecka propaganda dobrze zaostrzała postawę młodych żołnierzy, bo w trakcie koszenia kolejnych Amerykanów miał myśleć o cywilach zabitych w wyniku bombardowań III Rzeszy. Tutaj staliśmy twarzą w twarz z tym samym przeciwnikiem, lecz w przeciwieństwie do bezbronnych cywili mogliśmy się bronić. W ciągu tych pierwszych 30 tragicznych dla Amerykanów minut mogło się wydawać, że desant nie ma szans powodzenia.

Severloh opisał taki oto widok. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak wielu zabitych wyrzuciły wysokie fale i przypływ na plażę w naszym sektorze. Na odcinku plaży o długości około ą300 m i szerokości kilku metrów leżały setki, całe setki martwych ciał amerykańskich żołnierzy miejscami ułożonych jedno na drugim. Ranni poruszali się powoli w przesiągniętej krwią wodzie.

Większość z nich czołgała się ku krawędzi plaży, gdzie znajdował się nasyp o wysokości około półtora metra, by znaleźć za nim schronienie. Widziałem zaledwie około ą50 do ą60 żołnierzy, którzy od czasu do czasu na własną rękę biegali i szukali osłony. Intensywność ostrzału prowadziła jednak do pierwszych ubytków w niemieckiej obronie. Lufy karabinów maszynowych przegrzewały się, a żołnierzom przy takiej wyjątkowej dostępności kolejnych celów trudno było utrzymać dyscyplinę strzelania tylko krótkimi seriami.

Polski CKM Gockela za to zaciął się w wyniku zabrudzenia pasa amunicji. Kiedy strzelec próbował doprowadzić sprzęt do użytku, tak jakaś zagubiona kula trafiła w karabin wyłączając go z dalszej walki. Miało się okazać, że to właśnie w taki sposób niczym skała drążona przez krople z kwadransa na kwadrans niemiecka obrona podlegała nieustannej erozji. Już o 7:10 armata ą88 mm z punktu WN61 została nagle uciszona.

5 minut później grenadierzy raportowali o ciężkim ostrzale WN60. Ale co najgorsze brakowało reakcji tyłów na te intensywne walki. Wielu niemieckich generałów zostało faktycznie całkowicie zaskoczonych i nie potrafili okiełznać chaosu. Kluczowe decyzje dla losów całej kampanii, ale też samych obrońców sektora KV H2 podejmowano na tak wysokim szczeblu, że opóźnienie w jakiejkolwiek pomocy dla obrońców sięgało długich godzin.

Amerykańskie fale za to nie ustawały, a jak wspominał Gockel, osłabiała nas każda strata. Kolejni koledzy ginęli lub zostawali ranni. Co jednak najmocniej determinowało perspektywę Niemców na te pierwsze godziny walki, to stopniowo zawężające się pole widzenia, gdyż coraz mniej wiedziano o tym, co dzieje się w innych punktach linii obronnej. Każda zaś przerwa w prowadzeniu ognia, wynikająca czy to z uszkodzeń broni, przegrzania lub, czy z utraty ludzi, pozwalała Amerykanom stopniowo wynajdywać ślepe punkty na plaży.

Z perspektywy poszczególnych obrońców ocena sytuacji między 8:00 a 10:00 rano mogła kompletnie się różnić. Na przykład Severloh tak opisywał swoje zadanie tego dnia. Do czasu nadejścia kolejnej fali strzelałem do wszystkiego, co poruszało się w wodzie i na plaży. Okazjonalnie używałem do tego mojego karabinu K98K, ponieważ mogłem z niego celniej strzelać do pojedynczych żołnierzy, dając jednocześnie karabinowi maszynowemu chwilę na ostygnięcie.

Poszczególne fale składające się każdorazowo z 10 do ą15 łodzi desantowych różnych typów, które docierały przed WN62, dostarczały na plażę zawsze tylko kilkuset ludzi. Kiedy zostali oni skoszeni ogniem KM-u, a pozostali wyeliminowani z karabinu, następowały mniej lub bardziej długie przerwy. Z tego punktu mogło się wydawać, że Amerykanie nie czynią większych postępów. Tymczasem 4 km na zachód obsada punktu WN70 ucichła za to na zawsze i nie pozostawiła żadnych relacji wyeliminowana przez elitarny oddział Rangersów.

Ale co więcej, pierwsi amerykańscy żołnierze w rejonie WN62 pojawili się już o 8:30. Wskazywałoby to na pewne zaburzenia chronologii w relacji Severloha. To odseparowanie perspektyw oraz upływ czasu zaburzało u weteranów faktyczną ocenę całościowej obrony. Swoją drogą pamiętajmy o tym, że relacja Severloha trafiła pod ostrzał historyków i najprawdopodobniej przesadził on bardzo mocno w szacunkach tego, jakie straty bezpośrednio zadał Amerykanom.

Ale opowieści innych weteranów potwierdzają pewien duch relacji Severloha, bo nawet jeśli poszczególne informacje nie zgadzają się w 100%, tak jedno było prawdą. Wbrew istnej rzezi na pewnych odcinkach plaży, właściwie już w dwie godziny po desancie. Coraz większe grupy amerykańskich żołnierzy zbierały się na wzniesieniach i atakowały od tyłu niemieckie pozycje. Rozdział trzeci.

Upadek obrony. Początkowe trudności Amerykanie starali się szybko rozwiązać między innymi poprzez wprowadzenie do akcji bezpośredniego wsparcia artyleryjskiego z morza. To takie niepozorne okręty jak niszczyciel USS Harding dopływały na odległość ledwie kilometra od plaży, aby swoimi armatami 127 mm wprowadzić bardzo celny ogień w kolejne niemieckie punkty oporu. O godzinie 10:00 Niemcom urwał się finalnie kontakt z punktem WN64, pół godziny później z WN65.

Nic dziwnego, że większość zachowanych wspomnień dotyczy punktu WN62, który trzymał się dość długo. Mimo to w momencie, kiedy dochodziło do 5:00 godziny bitwy, niemieccy oficerowie poczuli konsekwencje chaosu na tyłach. Generał Kraiss na godzinę 12:00 planował szeroki kontratak, aby odrzucić Amerykanów z przejętych przez nich wzniesień nad plażą. Była to bardzo optymistyczna wizja w obliczu coraz poważniejszego wsparcia dla wroga w postaci kolejnych pływających czołgów oraz artylerii tukącej nie tylko w punkty oporu, ale też w tyły niemieckiej dywizji, by utrudnić rzucenie wsparcia na pierwszą linię.

Jednocześnie pułk artyleryjski dywizji wystrzelał do tej pory już niemal całą swoją amunicję. Obiecywana ciężarówka z kolejnym zapasem pocisków po prostu nie dotarła. Otrzymała po drodze bezpośrednie trafienie, prawdopodobnie z armaty 356 mm, jednego z aktywnych w tym sektorze amerykańskich pancerników. Z niemieckiej perspektywy przegrywanie tej bitwy było odczuwane poprzez stopniowy proces wygaszania.

Na przykład poprzez nagły brak kontaktu z wysłanym gdzieś gońcem. Severloh wspominał: “Sierżant kilkukrotnie znikał i wracał z nową amunicją do mojego KM-u. Przyniósł mi co najmniej 8000 nabojów. Skąd nie wiedziałem, ale po nieco ponad godzinie zauważyłem, że już go nie ma.

W pewnym momencie po prostu nie wrócił. Minuta po minucie szanse niemieckich obrońców na przeżycie bitwy były coraz mniejsze. Carl Wegner tak opisywał finał walk o punkt WN72, kiedy w bunkrze został tylko on i dwóch podwładnych. Było to tuż przed godziną 13:00.

Z niektórych innych punktów oporu biły kłęby dymu. Inne zaś zdążyły już zamilknąć. Nie mieliśmy żadnej możliwości kontaktu z tymi, którzy wciąż walczyli, ani szans na otrzymanie nowych rozkazów. Nasz telefon polowy był głuchy.

Czuliśmy się całkowicie zostawieni samym sobie. Wciąż ostrzeliwaliśmy Amerykanów na plaży, ale robiliśmy to głównie po to, aby trzymać ich na dystans. Poza tym nie było sensu marnować amunicji na zabitych czy rannych. Wyprułem taśmę do końca i czekałem, aż Willy załaduje kolejną.

Kiedy wsunął początek taśmy do zamka, zauważyłem, że ma ona ledwie 50 nabojów. Zazwyczaj łączyliśmy je tak, by mieć pod ręką zapas 200 sztuk. Kazałem mu przynieść więcej, bo to nie mogło starczyć na długo. Odpowiedział krótko.

Nic więcej już nie ma. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, ale po chwili dotarło do mnie, że brodzimy w stercie pustych skrzynek, porozrywanych taśm i tysięcy łusek. To było wszystko, co zostało z naszych 15 000 nabojów. Obaj wlepili we mnie wzrok.

Do dziś widzę te twarze bezgłośnie pytające i co teraz? Poczułem wściekłość na samego siebie, bo nie miałem pojęcia, co im odpowiedzieć. Wyjrzałem przez szczelinę obserwacyjną. Amerykanie nieubłaganie zajmowali teren, a odgłosy walki świadczyły o tym, że niektórzy są już w wiosce na naszych tyłach.

Postanowiłem, że użyjemy resztki siły ognia MG42, by osłonić naszą ucieczkę. Przeszukując pobojowisko w bunkrze, Helmut znalazł jeszcze dwa granaty. To był prawdziwy dar od losu. Plan był taki.

Oni rzucają granaty. Jeden w lewo, drugi w prawo. Ja z km wpadam do pobliskiego okopu i stamtąd osłaniam ich odwrót. Skuriliśmy się przy wyjściu.

Wziąłem głęboki oddech i skinąłem głową. Oba granaty wyleciały jednocześnie, a zaraz po nich grzmotnęły eksplozje. Wyskoczyłem przez próg. Spięty, gotowy na najgorsze, wypadłem na otwartą przestrzeń.

Na wschodzie sytuacja miała się bardzo podobnie. Co jest wspólne dla relacji tej pierwszej linii żołnierzy, to nieraz to gwałtowne przerwanie bańki, do której nieraz sprowadzał się teren w promieniu kilku metrów z widokiem na ledwie fragment plaży. Tak jakby poza tą bańką nic nie istniało, a jednak sytuacja na całej linii obrony wymagała nagłych decyzji. Severloh tak opisywał nagły koniec obrony.

Stało się dla mnie jasne, że to tylko kwestia czasu, kiedy będziemy musieli porzucić stanowisko i się wycofać, bo przecież amunicja po prostu musiała się kiedyś skończyć. Widziałem jak zaledwie 250 m na zachód Amerykanie całymi grupami w długich szeregach wspinają się na wzniesienia. Frerking powiedział do mnie: “Zwijamy ten interes. Lufa mojego karabinu maszynowego była już kompletnie starta w środku i tak rozgrzana, że od samego jej wylotu zajęła się sucha trawa.

Wystrzelałem ponad ą12000 pocisków. Wiedziałem, że to koniec, że wszystko stracone. Franz Gockel dodawał od siebie realia tej karkołomnej, chaotycznej ucieczki, gdy nagle obrońcy zdawali sobie sprawę, że cała okolica jest już pełna amerykańskich żołnierzy. Gdy się wycofywaliśmy, starszy sierżant Piech został trafiony ogniem z karabinów.

Razem z dwoma innymi żołnierzami zdołałem dopaść osłony po lewej stronie naszego bunkra. Wciąż mieliśmy karabiny i lekki KM. Kiedy przedzieraliśmy się przez rówącznikowy, kolejny z naszej grupy zginął na miejscu od postrzału w głowę. Piech, choć oberwał ponownie, wciąż był w stanie czołgać się z nami w stronę tyłów.

Chwilę później sam zostałem trafiony. Kula zdruzgotała mi lewą dłoń. Amerykanie byli już z nami w okopie. Byli wszędzie wokół w promieniu jakichś 20 m.

A od tej pory kończy się właściwa historia obrony, a zaczyna się historia dramatycznej ucieczki. W coraz mniejszych grupach żołnierze starali się dostać na tyły, licząc, że napotkają jakąkolwiek drugą linię sił niemieckich. Zamieszanie wokół plaż stanowiło teraz śmiertelne niebezpieczeństwo, ale jednocześnie dawało pewne szanse na przemknięcie. Severloh opisywał tak odskok z punktu WN62.

Ciężkie bombardowanie lotnicze o świcie, a następnie nieustanny ogień artylerii okrętowej wytworzyły na płaskowyrzu tak wiele głębokich i gęsto rozmieszczonych kraterów, że mogłem teraz momentami w pozycji pochylonej biec od jednego do drugiego, nie musząc wychylać się ponad poziom gruntu. Tym samym bomby, które pierwotnie miały mnie trafić, pomogły mi teraz szybko i bezpiecznie pokonać ponad stumetrowy odcinek z bezpośredniej strefy zagrożenia aż za najwyższą krawędź płaskowyżu. Około 400 m dalej położyłem się za bezpieczną osłoną przy wąskiej drodze prowadzącej z Colleville do punktu oporu WN62. Ponieważ nie widziałem tam już żadnych Amerykanów.

Czekałem na mojego porucznika. Nie trwało to długo, gdy spomiędzy lejów wyłonił się Kurt Werneke. Był wstrząśnięty i doniósł bez tchu, że wszyscy inni nie żyją i że jemu jakimś cudem udało się przedrzeć. Porucznik Frerking poległ od strzału w głowę.

Byłem głęboko poruszony. Żadna wiadomość nie byłaby straszniejsza. Na zachodzie Wegner też mógł liczyć właściwie już tylko na powodzenie jego karkołomnego planu. Gdy tylko wypadłem na otwarty teren, wokół zaroiło się od świszczących kul.

Miałem farta. Udało mi się dopaść szczeliny przeciwlotniczej kilka metrów dalej. Wykopaliśmy ją dla ochrony przed nalotami zaledwie dwa dni wcześniej. Ledwo wskoczyłem do środka, a już moi koledzy zwalili się na mnie, szukając ratunku.

Parliśmy przed siebie, mijając po drodze trupy, zarówno naszych, jak i Amerykanów. Przez chwilę miałem wrażenie, jakbyśmy tylko my uszli z tego życiem. Jednak huk toczących się wokół ciężkich walk szybko przypomniał nam, że nie jesteśmy sami. Rzecz jasna samoistnienie tych relacji niemieckich weteranów sugeruje, że udało im się uciec z piekła plaży, którą Amerykanie nazwali plażą Omaha.

Ich losy były jednak nieraz kompletnie inne. Wegner wraz ze swoimi ludźmi szybko wpadł na zbieraninę żołnierzy Wermachtu i czekała go dalsza walka. Willy, który szedł na szpicy, pierwszy ich dostrzegł. Za zakrętem drogi zamajaczyły sylwetki żołnierzy Niemców.

To była ogromna ulga. Wyskoczyliśmy z rowu i popędziliśmy w ich stronę. Nie był to widok budzący dumę, ale my nie wyglądaliśmy wcale lepiej. Niektórzy byli ranni, wszyscy upaprani w błocie i skrajnie wyczerpani.

Podszedł do nas pewien sierżant i zapytał, jak wygląda sytuacja na naszym odcinku. Ostrzegł mnie, bym uważał na żandarmów, bo gotowi oskarżyć mnie o tchórzostwo i dezercję. Mocno mnie to zabolało. Zacząłem się gorączkowo bronić, tłumacząc co przeszliśmy.

Odparł, że postąpiłem słusznie, ale tamci mogą mieć inne zdanie. Ewidentnie nie darzył żandarmów sympatią. Dołączyliśmy do reszty i ruszyliśmy przez las. Kamień spadł mi z serca.

Franz Gockel za to jakimś cudem doczłapał do skraju wsi Colleville i tam trafił na ciężarówkę pełną rannych. Ciężarówka zabrała nas na tyły. W sumie około ą15 ludzi. Mieliśmy ze sobą także wziętego do niewoli Amerykanina.

Na złamanie karku gnaliśmy wzdłuż wybrzeża w stronę San Honorine. Po lewej 2 km dalej mieliśmy morze. Widzieliśmy całą flotę inwazyjną z balonami zaporowymi wiszącymi nad okrętami. Na drogach i łąkach leżało martwe bydło.

Wszędzie pełno było gruzów. W końcu ciężarówka nie mogła już jechać dalej. Tym z nas, którzy byli w stanie iść, kazano radzić sobie samemu i dotrzeć do szpitala w Baju. Po drodze zabrali nas na wozy jacyś rolnicy.

Stracili wszystko, a mimo to nam pomogli. Nie wszystkim jednak udawało się uciec z tych mini kotłów tworzonych przez amerykańską piechotę. Severloh wraz ze swoim kompanem poboczami uciekali na tyły, ale w trakcie tej rejady jakaś zagubiona kula przebiła na wylot pośladki Wernekego i trafiła jeszcze Severloha. Tak poharatani dotarli około ą16:30 do punktu WN63 nieco na północ od Colleville.

W WN63 znajdowało się także kilku amerykańskich jeńców. Severloh został opatrzony, dostał zastrzyk i zasnął. Nie mógł wiedzieć, że w czasie tego odsypiania przedpołudniowej jatki Niemcom nie udały się wszystkie kontrataki na wywalczone przez Amerykanów przyczółki. Severloh należał do nielicznych niedobitków, którym udało się wydostać z samej linii obronnej, ale któremu nie udało się wydostać z miejscowości.

Okazało się, że niewielki oddział WN63 czekał zbyt długo z decyzją o ucieczce. W nocy z 6 na ą7 czerwca w trakcie próby odnalezienia nowej linii frontu dostali się pod ostrzał Amerykanów, ale z pomocą jeńców udało im się wynegocjować własne oddanie się do niewoli. Ogarnęła mnie głęboka rezygnacja, cała walka, osobiste poświęcenie, ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny, strach, ból i to straszne zabijanie. Czy to wszystko miało nagle pójść na marne?

Pomyślałem też o Frerkingu i poczułem jak łzy napływają mi do oczu i płyną ciepłym strumieniem po mojej opuchniętej twarzy. Teraz to już koniec. Zbliżał się ranek, a od lądowania pierwszej fali za chwilę miały minąć 24 godziny. Obie strony wydawały się na tym etapie totalnie wyczerpane, ale też chyba nasycone brutalnością ostatniej doby.

Severloh wspominał: “Podszedł amerykański oficer i powiedział płynną Niemczyzną: Powiem wam jedno. Mielibyśmy pełne prawo was rozstrzelać, bo wyrządziliście nam ogromne szkody. W duchu miałem nadzieję, że nie ma już żadnego świadka moich wczorajszych czynów. U niemieckich jeńców jednym ze sposobów na przetrwanie było także po wojnie ukrycie swojej roli w zapicaniu Amerykanów.

Severlohowi to się udało. W niewoli spędził 3 lata i w 47 roku wrócił do Niemiec. Może w tym wszystkim miał najwięcej szczęścia. Może i obrona KV H2 się nie udała.

Nie powiodły się też żadne próby odzyskania choć części terenu zdobyytego przez Amerykanów. Ale walka na plażach zamieniała się w nie mniej chaotyczne starcia o kolejne zapomniane przez Boga miejscowości, które tylko w wyniku przesuwania się frontu zapisywały się w historii. Bo przecież 352 dywizja nie poniosła jeszcze tego dnia łamiących strat. Te szacuje się na 10%.

Dopiero w ciągu kolejnego krwawego tygodnia do 14 czerwca niemieckie dowództwo uznało, że 352 dywizja nie posiada już żadnej zdolności bojowej. W takich realiach rozpoczynała się nowa lądowa bitwa. Bitwa o Normandię, ale to jak zawsze temat na kompletnie inny odcinek.