„Waliliśmy we wszystko, co się rusza. W krowy i konie. Strzelaliśmy do tramwaju, we wszystko. Była zabawa na całego.

”
Te słowa niemieckiego pilota Luftwaffe, podsłuchane w brytyjskiej niewoli, mrożą krew w żyłach. II wojna światowa od pierwszych dni września 1939 roku była arcybrutalna. Niemcy mordowali polskich jeńców, ale także brali na cel cywilów. Amerykański korespondent wojenny Julien Bry 7 września 1939 roku był świadkiem przerażającej sceny.
Siedem kobiet kopało ziemniaki w polu, desperacko potrzebując jedzenia. Nagle znikąd pojawiły się dwa niemieckie samoloty i zrzuciły bomby na mały dom zaledwie 200 metrów dalej. Dwie kobiety przebywające w domu zginęły. Kobiety kopiące ziemniaki padły płasko na ziemię, mając nadzieję, że pozostaną niezauważone.
Po oddaleniu się bombowców wróciły do pracy, ale nazistowscy piloci nie byli zadowoleni ze swojej roboty. Po kilku minutach wrócili i zanurkowali, ostrzeliwując pole z karabinów maszynowych. Dwie z siedmiu kobiet zginęły. Pozostałe pięć jakoś uciekło.
Kiedy Bry fotografował ciała, podbiegła mała dziesięcioletnia dziewczynka i stanęła jak sparaliżowana przy jednym z trupów. Kobieta była jej starszą siostrą. Dziecko nigdy wcześniej nie widziało śmierci i nie mogło zrozumieć, dlaczego siostra nie chce z nią rozmawiać. Patrzyło na nich zdezorientowane.
Korespondent objął ją ramieniem i przytulił mocno, próbując pocieszyć. Płakała. On też płakał. Podobnie jak dwaj polscy oficerowie, którzy z nim byli.
Pośród licznych niemieckich zbrodni te wynikające z działań lotnictwa można by zrzucić na błędy, złe określenie celu czy brak celności. Tak miałaby wyglądać tragedia współczesnej wojny, przy której cywile są przypadkowym celem. A jednak w swoim zamkniętym kręgu piloci Luftwaffe nie ukrywali satysfakcji z takich zbrodniczych działań. Nie ukrywali umyślności, mierzenia w ludność cywilną.
Niemiecki podoficer Luftwaffe podsłuchany w brytyjskiej niewoli powiedział do kolegi o bitwie o Anglię: „Rozwalałem wszystko. Autobus na ulicy, pociąg cywilny, strzelałem do każdego rowerzysty”. Wojna z kokpitu samolotu mającego z niskiego pułapu niszczyć cele naziemne przybierała postać, do której nie chcieli się później przyznać ani Niemcy, ani Anglicy, ani Amerykanie. Dlaczego to właśnie piloci myśliwców bombardujących potrafili zachowywać się jak najgorsi zbrodniarze?
Dlaczego tak chętnie zabijali cywilów? Zacznijmy od początku. Widok z lotu ptaka potrzebny jest, by ukazać temat perspektywy zabijania. H.
G. Wells w swojej nieco zapomnianej książce „The War in the Air” już w 1908 roku tworzył apokaliptyczną wizję wojny powietrznej. Niemieckie sterowce bombardują Nowy Jork. Dziwne maszyny przypominające ornitoptery pełnią rolę myśliwców i walczą o dominację w powietrzu.
Już sześć lat później, 6 sierpnia 1914 roku, niemiecki sterowiec zrzucił bomby na belgijskie miasto Liège, zabijając dziewięciu cywilów. Szybko wyszło na jaw, że używanie sterowców jako bombowców jest bardzo niebezpiecznym zajęciem dla załóg. Cepeliny z czasem przystąpiły do nocnych bombardowań na przykład Londynu. Śmierć z powietrza stawała się dla załóg mocno bezosobowa.
Zrzucane ładunki z dużej wysokości prowadziły do nierealności widowiska. A jednak gdzieś pomiędzy tymi dwiema narracjami jest schowana trzecia, bodaj najbardziej osobista i najbardziej brutalna. Już w czasie I wojny światowej pojawiło się po raz pierwszy pojęcie strafingu, z niemieckiego „karania”. Maszyny latające coraz częściej wykorzystywano do ataku na cele naziemne z niskiego pułapu.
Dla pilota było to często niebezpieczne, ale bardzo satysfakcjonujące zadanie. Te trzy modele działania przekładały się na różne doświadczenia zabijania. Pewien aliancki młody członek załogi bombowca z czasów II wojny światowej wspominał, że zrzucanie bomb wymagało naciśnięcia ledwie kilku przełączników, będąc kilometr nad celem. „Chcieliśmy po prostu mieć to już za sobą.
Jeśli mogliśmy przyspieszyć koniec, zrzucając bomby na Niemcy, to nam to odpowiadało. Byliśmy dziećmi”. Amerykański pilot myśliwca wspominał za to: „Zestrzelenie samolotu wroga w powietrzu jest czymś bezosobowym. Walczysz maszynami, ale na ziemi możesz natknąć się na artylerzystów biegnących na swoje pozycje, tak jak mi się to przydarzyło na lotnisku na południe od Chartres we Francji.
Zastanawiasz się dwa razy, zanim ich zlikwidujesz, ale jeśli tego nie zrobisz, to oni za kilka sekund będą strzelać do ciebie”. Dziesiątki lat pieczołowicie dobranej narracji pasującej do pacyfistycznych nastrojów po II wojnie światowej prowadziły do wytworzenia się obrazu pilotów profesjonalistów. Świetnie pokazuje to szczegółowa praca weterana II wojny światowej Williama B. Colgana o tytule „Strafing in World War 2″.
Colgan zgadza się w niej z zasłyszanym hasłem, że strafing to najkrwawsza strzelanina w wojnie powietrznej, ale z pełnym przekonaniem trzyma się jednej głównej narracji. Amerykańscy piloci mieli takie możliwości dzięki sprzętowi i szkoleniu, że wbrew pozorom mogli prowadzić swoje działania bardzo precyzyjnie. Stąd akcje zwalczania armat przeciwlotniczych ukrytych w terenie zabudowanym nie prowadziły albo miały nie prowadzić do strat wśród cywilów. Właściwie w całej tej książce pojawia się tylko jeden dylemat moralny dotyczący ataku na cywilnych pracowników kolei.
„Zawsze był jeden dodatkowy cel do zabicia. Byli to pracownicy kolei wszystkich szczebli. Większość z nich była nieodłącznymi ofiarami niszczenia lokomotyw i pociągów wojskowych. Jednak dowódcy misji podczas bojowych zwiadów również na otwartej przestrzeni zabijali pracowników kolei na stacjach rozrządowych i w warsztatach naprawczych.
Nie jest to przyjemny temat do rozmowy, ale dobrze wiem, jak ważną rolę wszyscy oni odgrywali”. Czy Colgan trafiłby na właściwy trop, gdyby posłuchał innych weteranów, którzy potrafili przyznać, że do celów podchodzili bardzo elastycznie? Bo teoria teorią, ale piloci myśliwców bombardujących i pokrewnych maszyn prowadzących atak z niskiego pułapu byli postawieni w bardzo interesującej sytuacji psychologicznej. Wspomnieliśmy o perspektywie z bombowców działających na wysokim pułapie.
Operowały one nieraz w ogromnych formacjach, gdzie odpowiedzialność za śmierć celów, także tych przypadkowych, była rozmyta. Bombowiec B-17 miał dziesięć osób załogi, a w bombardowaniach brało udział nawet kilkaset maszyn. Wojna stawała się tutaj statystyką. W wojnie w powietrzu piloci zabijali pilotów.
Proces zabijania był ograniczony do puli wojowników, co można było odczytywać jako honorowe. Tymczasem w trakcie ataku na cele naziemne, na przykład z broni pokładowej, dochodziło do symbolicznej jedności z maszyną, a także wzięcia całej sprawczości na siebie. Przy tym pilot posiadał dominującą, mimo ryzyk, pozycję i bardzo dobry widok na całe widowisko. Amerykański porucznik Jack Pitts pisał w swoim dzienniku nieco bardziej dosadnie: „Czujesz się, jakbyś pilotował karabiny, a nie samolot.
Widzisz, gdzie trafiają pociski, i dokonujesz tylko drobnych korekt”. Niemiecki pilot Me-109 zgodziłby się ze swoim przeciwnikiem. „Podpaliłem zbiorniki w Times Haven. To jest przyjemność, kiedy od razu widzi się sukces.
To nie to samo, co przelot nad Londynem, jak na defiladzie”. Brytyjski pilot Typhoona Richard Ho miał podobne wrażenia. „Widziałem, jak pociski z działek tańczą wzdłuż drogi, niczym szalenie szybki ład pędzący do punktu detonacji. Samochód był wypełniony pasażerami.
Musiało ich być pięciu lub sześciu. Ale żaden nie miał na tyle rozsądku, żeby wyjrzeć przez okno. Moje spojrzenie na nich, żywych, nietkniętych, być może rozmawiających i palących papierosy, było jak klatka z filmu, migocząca niczym sekwencja schodów w odcście z filmu Eisensteina »Pancernik Potiomkin«. Następna klatka, gdy uderzyła cała siła moich pocisków, była pełna krwi i ognia”.
Przyjrzyjmy się typowemu działaniu eskadr myśliwców bombardujących. Colgan w swoich wspomnieniach podzielił misje na dwa typy: mające konkretny cel i te patrole, przy których pilot, cytując, pozostawał sam sobie generałem. Już w czasie I wojny światowej piloci atakujący z niskiego pułapu przyznawali się do tego, jak satysfakcjonujące było dopadnięcie wroga bez żadnej możliwości odpowiedzi. Te relacje mrożą krew w żyłach swoim entuzjazmem.
Paul Neumann zebrał w swojej książce o niemieckich siłach lotniczych takie oto wspomnienie walk z września 1917 roku. „Pewnego ranka pilot przydzielony do piechoty jako zwiad przybył z zaskakującą wiadomością o siłach wroga złożonych ze wszystkich rodzajów wojsk, które zbliżały się do Péronne od południa w długiej kolumnie wzdłuż zachodniego brzegu Sommy. Wydawało się to niebiańską okazją dla pilotów bombardujących okopy. Na dole, na samym moście i na brzegu po obu stronach stoją gęste kolumny ludzi, koni i wozów.
Na nich spada burza pocisków z karabinów maszynowych. Na początku nie widać żadnych rezultatów. Wygląda to prawie tak, jakbyśmy strzelali do jakiegoś nieożywionego celu. A potem ludzie, konie i ciężarówki rozbiegają się w popłochu.
Teraz ich jedyną myślą jest ratowanie się poprzez zejście z drogi i widzimy, jak uciekają w szaleńczym pędzie we wszystkich kierunkach. Jednak największe zamieszanie panuje na samych mostach. Drużyny rozpadają się i skaczą do rzeki. Ludzie, zwierzęta i wszystko inne.
Wygląda to tak, jakby tłum opętały złe duchy. Nasze bomby i granaty ręczne wpadają bezlitośnie w chaos poniżej, a ja widzę, jak więcej niż jedna z nich uderza w sam środek mostu. Jesteśmy zaledwie 200 stóp nad ziemią i widać każdy szczegół. Dwukrotnie karabiny maszynowe ostrzeliwują kolumny poniżej, aż do wyczerpania prawie wszystkich nabojów.
Po powrocie na lotnisko w celu uzupełnienia amunicji ponownie ruszamy do ataku. Ponownie odnosimy taki sam sukces”. Colgan oddał głos też jednemu weteranowi II wojny, który opisał ten charakterystyczny stan, gdy piloci mogli bez żadnej szkody dla siebie oddać się mordowaniu, w tym wypadku wycofującego się wroga. I tu otrzymujemy kolejny element układanki.
Rozbicie wroga na lądzie mimo wszystko bardzo często prowadzi do wzięcia jeńców. Tymczasem piloci nie mają takiej możliwości. Ich jedynym celem jest zabijanie, niszczenie i podbijanie wyniku. „Kiedy dotarliśmy na miejsce, znów nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.
Wieść się rozniosła i dołączyły inne grupy, a samoloty krążyły wszędzie, przylatując tu i tam w szaleńczym pędzie, zabijając, niszcząc. Zauważyłem skrzyżowanie dróg, które było zablokowane przez czołgi i ciężarówki. Zleciałem nisko z napalmem, a kiedy cel zniknął pod nosem, odliczyłem trzy sekundy i wypuściłem ładunek. Napalm spadł dokładnie na środek skrzyżowania.
Trafiając w cel, ponownie opróżniliśmy nasze karabiny. Mieliśmy dwa problemy. Po pierwsze, lufy karabinów ciągle się przegrzewały. Nie chcieliśmy zwalniać i chłodzić broni.
Cele były zbyt kuszące. Po drugie, na niebie było tak wiele samolotów, że dochodziło do niebezpiecznych sytuacji, gdy niemal dochodziło do kolizji”. Pamiętajmy, że działania takich pilotów nie zawsze były całkowicie bezkarne. Misje na tym pułapie oznaczały ogromne zagrożenie nie tylko w wyniku ostrzału nawet z broni ręcznej, ale także poprzez ryzyko uderzenia w ziemię.
Desmond Scott w swoich wspomnieniach „Typhoon Pilot” zapisał: „Szanse na przeżycie misji przez pilota Bomber Command były już dobrze znane, ale w przypadku pilotów samolotów Typhoon wykonujących loty na niskich wysokościach były jeszcze mniejsze. Ministerstwo lotnictwa traktowało nas jak pilotów myśliwców. Ale na przykład w Normandii wiele naszych lotów trwało tylko 10 do 15 minut, a za każdym razem nasze samoloty były na łasce lekkiej artylerii przeciwlotniczej. W przypadku trafienia pilot znajdował się zazwyczaj zbyt nisko, aby wyskoczyć ze spadochronem.
Niestety dowódcy eskadr ponosili takie samo ryzyko jak nowi piloci i niektórzy z nich nie zdążyli nawet poznać imion swoich pilotów”. Ta mieszanka poczucia siły, ale też poczucia zagrożenia tworzyła niebezpieczną kombinację, koktajl, który buzował w żyłach pilotów. Przy tym pamiętajmy jeszcze o drugim typie misji. Colgan podkreślał: „Nasze misje polegały prawie wyłącznie na polowaniu na cele okazjonalne.
Pojazdy, pojazdy opancerzone, półgąsienicowe, samochody sztabowe, motocykle, wszystko inne, no i na pewno oddziały wojskowe”. Właśnie ten typ misji dowolnych, tych zbrojnych patroli, otwierał przed pilotami pewne sadystyczne możliwości. I na pewno zapytacie, jak szybko dochodziło do brutalizacji tych żołnierzy. Posłuchajmy podporucznika Paula z Luftwaffe.
Opowiadał: „Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zrzucić bomby na dworzec w Poznaniu. Osiem z 16 bomb spadło na miasto, prosto na domy. Nie podobało mi się to. Trzeciego dnia było mi już wszystko jedno, a czwartego miałem już z tego przyjemność.
Atakowaliśmy cywilne kolumny na drogach. Latałem w kluczu. Maszyna dowódcy rzucała bomby na drogę, dwóch pozostałych z klucza do rowów, bo tam zawsze były takie rowy. Maszynę podrzucało za każdym razem, a potem wchodziło się w lewy zakręt i grzało się równo ze wszystkich karabinów maszynowych.
Widzieliśmy, jak konie fruwały na wszystkie strony. Konie to mi było żal, ale ludzi w ogóle. Atakowaliśmy z 10 metrów, a jak ci idioci zaczynali uciekać, to ciągle miałem ładny cel”. Mówimy tutaj o pierwszych dniach wojny i wedle samej relacji o bardzo szybkim, ledwie kilkudniowym procesie zbrutalizowania młodego Niemca.
Wojna oglądana z tej perspektywy wydawała się, a może nawet była po prostu zabawna. Oczywiście nie zapominajmy o najważniejszym kontekście. To Niemcy byli napastnikami, a Amerykanie i Anglicy każdą misją bojową mniej lub bardziej skracali wojnę. Mimo to z perspektywy dzisiejszego materiału mniej interesuje nas racjonalizacja przemocy, a właśnie to spójne doświadczenie, do którego albo się nie przyznawano, albo przyznawano się tylko w rozmowach potajemnych, nieprzeznaczonych do publikacji, albo długo po wojnie.
Ho wspominał: „Wszystko, co poruszało się po drogach, było dozwolonym celem, ponieważ tylko wojsko miało benzynę. Czasami jednak pojazdy wojskowe mieszały się z uchodźcami podróżującymi wozami konnymi. Widziałem otwarte ciężarówki wypełnione piechotą z nieszkodliwymi wozami zaprzęgniętymi w woły przed i za nimi. Oczywiście zabijaliśmy cywilów, nie mogliśmy tego uniknąć.
Czasami widziało się zbyt wiele podczas nalotu. Jednocześnie dzięki instynktowi łowcy serce podskakiwało z ekscytacji na widok celu poniżej”. Pewien porucznik Luftwaffe ujął to prosto: „Zacząłem odczuwać potrzebę zrzucenia bomb. To nieźle rajcuje”.
A szukanie tej frajdy, tego podskakiwania serca prowadziło w wielkim skrócie do jednego: do wyszukiwania celów za wszelką cenę, do naciągania celów cywilnych pod potrzeby wojskowe. Bez wielkich ceregieli oddajmy na chwilę głos weteranom. Pilot Luftwaffe tak opisywał ataki w czasie bitwy o Anglię: „Są także loty nękające. Wtedy wszystko jedno, czy ostrzelasz wioskę rybacką, czy jakieś małe miasto.
Mieliśmy właściwie zaatakować takie jedne zakłady w Norwich, ale nagle zaczęło padać. Widać może na jakieś 200 metrów. To polecieliśmy prosto. Ostrzelaliśmy miasto.
Waliliśmy we wszystko, co się rusza. W krowy i konie. Strzelaliśmy do tramwaju. We wszystko.
Była zabawa na całego”. Podoficer Fiser latający na Messerschmittcie 109 opisywał: „Mówię ci, ile ja nazabijałem ludzi w Anglii. W naszej eskadrze nazywali mnie zawodowy sadysta. Rozwalałem wszystko.
Autobus na ulicy, pociąg cywilny, strzelałem do każdego rowerzysty”. Wcześniej wspomniany Amerykanin Pitts jest dla nas o tyle ciekawym przypadkiem, bo prowadził dziennik na bieżąco. Po jednej z misji, na której wywalił podobno 2400 nabojów, napisał: „Naprawdę fajnie było na tej misji. Prawdopodobnie zabiłem wielu niemieckich cywilów.
Cóż, pech”. Zwróćmy uwagę, że po obu stronach frontu te misje opisywane są jako coś zabawnego. Do tego powietrzni myśliwi wielokrotnie odczuwając mimo wszystko nietykalność, wyraźnie czuli się lepsi od wroga. Pitts zostawił jeszcze taki oto wpis: „Do tego zostałem wyszkolony.
Jestem lepszy od nich. Mój samolot jest lepszy. Bierzmy się do roboty”. Niemieckie naloty na Polskę, a później alianckie na Niemcy mają ten wspólny mianownik, że piloci coraz mniej mogli obawiać się faktycznej rywalizacji w powietrzu.
Dominacja pozwalała na oddawanie się destrukcji z niskiego pułapu, a tylko artyleria przeciwlotnicza była psującym zabawę elementem całości. Niektórzy wyrażali wręcz dziecinną frustrację. Wspomniany wcześniej niemiecki pilot Paul opisywał to, jak został zestrzelony nad Polską. „Tak się wtedy zirytowałem, kiedy nas zestrzelili.
Zanim przegrzał się też drugi silnik, to nagle zobaczyłem, że mam pod sobą polskie miasto, no to jeszcze zrzuciłem tam bomby. Chciałem zrzucić na miasto wszystkie 32 bomby. Chciałem zrzucać bomby na rynek, bo tam było pełno ludzi. Zamierzałem zrzucać co 20 metrów, tak żeby pokryć 600 metrów.
Ale byłaby frajda, jakby się udało”. Amerykański kapitan Richard Turner wspominał też, że rzecz jasna wroga artyleria przeciwlotnicza należała do osobistych wrogów pilotów. „Kiedy docieramy na miejsce i mamy okazję ostrzelać pozycje przeciwlotnicze szkopów, to już jest sprawa osobista. To jedyna szansa, żeby się zemścić na artylerzystach przeciwlotniczych”.
Mimo to na pewno zauważyliście, że podsłuchane opowieści Niemców są znacznie bardziej brutalne i pełne sadyzmu. Na pewno dlatego, że te źródła bazują na podsłuchanych rozmowach, a nie na oczyszczonych i zracjonalizowanych mimo wszystko wspomnieniach. Tym bardziej musimy jednak docenić szczerość niektórych weteranów. W tych misjach musi oczywiście też szokować ta bliskość śmiertelnego widowiska i destrukcji.
Fragmenty wybuchających celów latały na wysokości samolotu, stanowiąc dla niego pewne zagrożenie. Ale też, jak już mogliście posłuchać, bardzo łatwo było pilotom rozpoznać cele wojskowe i cywilne. Cała obrona Colgana, że piloci mieli pełną kontrolę, oznacza więc, że trudno mówić tutaj o pomyłkach przy namierzaniu celów. Niemcy wspominali przełom 44 i 45 roku jako czasy bardzo niebezpieczne, nawet w niepozornych wsiach i miasteczkach.
Przed ogniem myśliwców uciekały zarówno dzieci, studenci na rowerach, jak i chłopi w polu. Alianccy piloci tę niemal losową brutalność tłumaczyli oczywiście tym, że to Niemcy rozpoczęli jakże krwawą wojnę, i mieli w tym sporo racji. Natomiast okazuje się, że po obu stronach frontu sytuacja psychologiczna pilotów myśliwców bombardujących i innych tego typu maszyn była ostatecznie bardzo podobna. Ta dowolność obierania celów w trakcie lotów nękających prowadziła do kolejnych setek i tysięcy ukrytych śmierci II wojny światowej.
Pod koniec wojny odczuwali to sami Amerykanie, a właściwie amerykańscy jeńcy. Pewien 19-letni Teksańczyk wspominał, jak wraz z kolegami trafił pod ogień P-47. „Nie wiem, dlaczego pilot nagle zdecydował się ostrzelać niewielką grupę amerykańskich jeńców wojennych. Być może był to dla niego nudny dzień”.
Nic dziwnego, że Amerykanie temat psychologii takich aktów przemocy zaczęli badać dopiero w czasie wojny w Wietnamie. To wtedy nowe media, w tym telewizja, potrafiły dotrzeć bezpośrednio do uczestników starć i zdobyć od nich natychmiast kompletnie nieprzefiltrowane opinie. Dzięki niejasnym granicom frontu część ofiar cywilnych wojny natychmiast trafiała na pierwsze strony gazet. Tyle że wojna w Wietnamie z perspektywy Amerykanów wyostrzyła jeszcze bardziej problem określenia tego, co jest dozwolonym celem.
Amerykanie stosowali chociażby model misji „Znajdź i zniszcz”, który przerzucał niemalże na pojedynczych żołnierzy ciężar oceny, co jest celem dozwolonym, a co nie. Niejasny, a może nawet patologiczny system raportowania strat wroga prowadził krótką drogą do nie tyle nadużyć, a do niekończącej się wręcz listy omyłkowych, ale też i sadystycznych zbrodni. Jeden z amerykańskich doradców w Wietnamie podsumował pewien przypadek ostrzelania i zabicia kilku cywilów przez amerykańskie śmigłowce: „Piloci śmigłowców bojowych byli zbyt gorliwi i nie przestrzegali instrukcji”. Japoński korespondent opisywał scenę, kiedy powracające do bazy amerykańskie śmigłowce ostrzelały chłopów w polu.
„Wydawało się, że strzelali kapryśnie i mimochodem, mimo że nie byli ostrzeliwani z ziemi i nie mogli zidentyfikować tych osób jako członków Wietkongu. Robili to impulsywnie dla zabawy, traktując rolników jak cele, jakby byli w nastroju myśliwskim. Być może powodem tak kapryśnego ostrzału o zachodzie słońca było to, że żołnierze chcieli zużyć wszystkie przydzielone im na ten dzień naboje, zanim wrócą do bazy”. Odpowiedź na pytanie dotyczące przyczyn tej losowej przemocy ze strony żołnierzy starano się ukazywać w różnych kontekstach.
Wskazywano na zemstę, dehumanizację ofiary, ideologię czy po prostu traktowanie zabijania jako pracy. W wypadku pilotów myśliwców, ale także innych przypadków ataku z powietrza na naziemne cele z niskiego pułapu, dochodziła po prostu często bezkarność w używaniu najnowocześniejszej technologii, technologii, z którą kontakt był po prostu zabawny. Jeden z bohaterów dzisiejszego odcinka, porucznik Jack Pitts, później po latach tłumaczył się, zawstydzony nieco swoim dziennikiem wojennym: „Miałem zaledwie 22 lata. To była świetna zabawa.
Większość małych chłopców lubi niszczyć rzeczy. Największą frajdę sprawiało nam nie budowanie wiatraka, ale jego burzenie. Cóż, z małych chłopców staliśmy się dużymi chłopcami, ale nadal lubiliśmy niszczyć rzeczy, zwłaszcza że tego właśnie od nas oczekiwano. Ogromną frajdę sprawiało nam oglądanie wybuchającej lokomotywy lub eksplodującej ciężarówki z amunicją, której części latały w powietrzu”.
W połączeniu z dowolnością obierania celów, bardzo osobistym podejściem do sterowanej maszyny, ale też z poczucia pełnej sprawczości i bliskiego kontaktu z zabijanym, niszczonym przeciwnikiem, dochodziło do procesu tworzenia z pilotów ludzi po prostu traktujących zabijanie nie jako pracę, ale jako zabawę. Do wszystkich innych motywacji możemy dorobić jakąś ponurą teorię, ale bodaj najbardziej przerażającą wizją jest jednak ta, że dla żołnierzy zabijanie nie tylko wrogich żołnierzy, ale też cywilów może być, z pomocą technologii, świetną zabawą. Nic dziwnego, że jest to rzecz, do której nie chcą przyznawać się weterani II wojny światowej ani wojny w Wietnamie. Tylko dzięki wyjątkowym źródłom możemy dziś czytać przecież takie oto zwierzenia niemieckiego oficera: „Brałem udział w dwóch atakach nękających.
Znaczy się chodziło o ostrzeliwanie domów. Wszystko, co nam się napatoczyło, na przykład takie wille na wzgórzu, to były najpiękniejsze cele, albo naloty na wioski. Tam na rynku było jakieś zgromadzenie, kupa ludzi, przemówienia. Tam dopiero dołożyłem seriami.
Ale frajda”.


