Otto Skorzenny po wojnie zapisał kiedyś słowa, które do dziś brzmią jak gorzka ironia: największym błędem Hitlera była wiara w wojnę ograniczoną w czasie i przestrzeni. Gdy rozpoczynał wojnę z Polską, żeby przywrócić Rzeszy niemieckie miasto Gdańsk, nie przypuszczał, że rozpoczyna drugą wojnę światową. Ale czy to naprawdę był największy błąd Hitlera? Osiemdziesiąt pięć lat po agresji na Polskę warto zadać sobie pytanie, co naprawdę myśleli niemieccy oficerowie i generałowie o ataku na Drugą Rzeczpospolitą.

Jak tłumaczyli się ze swojej postawy? I co ich słowa mówią o kondycji niemieckiego wojska w 1939 roku? Najlepiej zacząć od końca, od tego, jak tłumaczyli się po wojnie, zwłaszcza podczas procesów norymberskich. Jedną z głównych linii obrony była wierność rozkazom i osobistej przysiędze.
Feldmarszałek Gerd von Rundstedt odpowiadał na pytanie, czy oficerowie byli tylko wykonawcami rozkazów: nie widzę nic godnego pogardy w tym, że wykonywaliśmy nasz obowiązek. Strona polityczna oficera nie obchodzi. Wykonuje on swoją wojskową pracę, którą wyznaczyli mu przełożeni. Niemieccy oficerowie mieli być więc po prostu profesjonalistami, którzy wykonują rozkazy.
Tylko czy naprawdę ścieżki Wehrmachtu i polityki nigdy się nie przenikały? Albert Kesselring, o którym było ostatnio głośno, tak wspominał kontekst rozbudowy armii w 1937 roku: nie myśleliśmy o wojnie, byłem przekonany, że w silnym Wehrmachcie leży gwarancja pokoju. Ale jako żołnierz musiałem brać pod uwagę możliwość niekorzystnego rozwoju sytuacji. Istniejące warunki terytorialne, zwłaszcza słabe połączenie Prus Wschodnich z resztą Rzeszy, stanowiły ciągły powód do tarć.
Kesselring nawiązywał oczywiście do granic wytyczonych po pierwszej wojnie światowej traktatem wersalskim. Ale to, co mówił, to były konkretne poglądy polityczne, mówiące o konieczności zasadniczego uregulowania wschodniej granicy Niemiec. Trzeba pamiętać, że ta rewizjonistyczna narracja nie była wymysłem nazizmu. Ona kontynuowała wątki obecne w Republice Weimarskiej od samego początku.
W propagandzie tamtych lat Polska stała się Białym Wilkiem na wschodniej granicy. Dążenie Hitlera do rewizji traktatu wersalskiego nie budziło kontrowersji. Wręcz przeciwnie. Erich von Manstein przyznawał: było dla nas oczywiste, że Hitler z żelazną wolą i fanatyzmem zmierza do rozwiązania ostatnich spornych kwestii terytorialnych narzuconych Niemcom w Wersalu.
Polska była dla nas źródłem goryczy, bo na mocy dyktatu wersalskiego zaanektowała ziemie, do których nie mogła rościć pretensji. I dalej, co ważne: nasze rozważania wojskowe korespondowały z koncepcjami politycznymi. Gdyby Polska nas zaatakowała, a nam udało się odeprzeć atak, wtedy przed Rzeszą pojawiłaby się szansa rewizji granic środkami politycznymi. Innymi słowy, liczono na to, że Polska w końcu da się sprowokować.
I Wilhelm Keitel, i Manstein w swoich wspomnieniach skupiali się mocno na środkach obronnych na granicy z Polską. Przekonywali, że do wiosny 1939 roku naczelne dowództwo nigdy nie pracowało nad planami ataku. Wszystkie przedsięwzięcia miały rzekomo wyłącznie obronny charakter. Od początku lata prowadzono gorączkowe prace nad budową Wału Wschodniego.
Po co takie nakłady na fortyfikacje, gdyby Hitler faktycznie planował atak? Może to była kolejna psychologiczna zagrywka. Hitler lubił stawiać podwładnych przed faktami dokonanymi. Zakładał, że jeśli doprowadzi do eskalacji na granicy, generałowie w końcu ruszą do ataku w ramach wojny obronnej.
Manstein nie był jedynym, który trzymał się tej koncepcji. Admirał Erich Raeder zeznawał w Norymberdze w maju 1946 roku, że rozbudowa marynarki podyktowana była zagrożeniem ze strony Polski, a nie chęcią konkurowania z Wielką Brytanią. Dzień później podkreślał, że plany ataków na Czechosłowację i Polskę były kwestiami bezpieczeństwa. Zwróćcie uwagę na to słowo: bezpieczeństwo.
I na cały język, którego używali: hańba, dyktat, kontratak. Wszystko to jest nacechowane wartościowaniem. Generał Georg-Hans Reinhardt, oczekując w 1948 roku na proces, pisał o zagrożeniu ze strony Polski i przedstawiał Hitlera jako rozjemcę, który chce w pokojowy sposób rozwiązać problem granic. Wilhelm Keitel zapisał, że w maju 1939 roku wydano dyrektywę o przygotowaniu wariantu białego, z żądaniem, by najpóźniej do 1 września być gotowym do przejścia w stan wojenny i kontrataku na Polskę, gdyby jej postawa okazała się bezkompromisowa.
Użył słowa „kontratak”. Bez ironii. Alfred Jodl zeznawał z kolei, że Hitler chciał tylko rozprawić się z Polską, a kolejne wojny były następstwem konieczności. Nawet Werner von Blomberg, odsunięty z Wehrmachtu w 1938 roku, twierdził, że wojna z Polską była niefortunnym następstwem traktatu wersalskiego i hańby przegranej wojny.
Nawet spiskowcy, którzy w 1944 roku chcieli zabić Hitlera, latem 1939 roku nie kryli entuzjazmu. Erich Hoepner pisał do żony: trzeba wreszcie rozwiązać kwestię polską. Wszystko wskazuje na to, że niezależnie od tego, czy generałowie pochodzili z naczelnego dowództwa, z Luftwaffe, z wojsk lądowych czy z marynarki, panowała absolutna zgoda: kwestia polska była kluczowa dla bezpieczeństwa Niemiec i należało ją rozwiązać. Ważne jest też to, co Niemcy pisali i myśleli o samych Polakach.
Kesselring twierdził, że wojskowi wiedzieli, iż staną naprzeciw silnego, dobrze wyszkolonego i dobrze uzbrojonego przeciwnika. Ale Franz Halder, jeden z twórców mitu czystego Wehrmachtu, już wiosną 1939 roku nie miał złudzeń, że zniszczenie Polski musi nastąpić w rekordowym czasie. Uspokajał podwładnych, że polska armia składa się z najgłupszych żołnierzy. Manstein miał czelność sugerować, że Polacy nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa sytuacji, w jakiej znalazł się ich kraj z powodu nieuzasadnionych roszczeń terytorialnych.
Halder z kolei podkreślał: Polska musi zostać nie tylko powalona, ale jak najszybciej zlikwidowana. Ten język był zbliżony do tego, co głośno mówił sam Hitler. To właśnie 22 sierpnia 1939 roku Hitler spotkał się z wybranymi dowódcami i przedstawił im wizję nadchodzącej wojny. Znamy ją tylko z relacji z drugiej ręki, ale bezsprzecznie oznaczała, że od samego początku zakładał wojnę okrutną.
Miał powiedzieć: wydałem rozkaz i każę rozstrzelać każdego, kto wyrazi choć jedno słowo krytyki. Celem wojny nie jest osiągnięcie linii geograficznej, ale fizyczna eksterminacja wrogów. Manstein tak komentował to wystąpienie: wbrew zarzutom oskarżenia, moim zdaniem w wystąpieniu Hitlera nie było mowy o dążeniu do całkowitej zagłady Polski. Jeśli żądał szybkiego i bezwzględnego zniszczenia wojsk polskich, to należy to rozumieć jako cel każdej dużej operacji zaczepnej.
Operacji zaczepnej. A nie obronnej. Trzeba przyznać, że Manstein z czasem tracił czujność. Przy opisie samej kampanii już w ogóle nie wspominał o operacji obronnej.
Skąd wzięła się ta jednolitość poglądów w niemieckiej kadrze oficerskiej? Wbrew temu, co twierdzili niektórzy bohaterowie tej historii, Wehrmacht został mocno upolityczniony, wręcz z nazifikowany. Walter von Brauchitsch, następca zwolnionego Blomberga, zapowiadał zbliżenie między wojskiem a partią. Mówił wprost: siły zbrojne i narodowy socjalizm mają ten sam duchowy rdzeń.
Nikt nie prześcignie korpusu oficerskiego w czystości i autentyczności narodowosocjalistycznych poglądów. Latem 1939 roku organizowano w Bad Tölz kursy dla oficerów, w ramach których skupiano się na ideologii partyjnej, kwestiach rasowych i przedstawianiu europejskich przeciwników. W lipcu dziesiąta dywizja piechoty wydała publikację o polskiej armii, opisując Polaków jako optymistycznych, pełnych temperamentu, namiętnych i gościnnych, ale także bardzo głupich i nieobliczalnych. Do tego dodawano, że Polacy mają wysoko rozwinięte nastroje nacjonalistyczne, silny szowinizm przejawiający się pogardą wobec innych grup etnicznych.
W ten sposób przygotowywano żołnierzy do przyjęcia narracji o rzekomych prześladowaniach niemieckiej mniejszości w Polsce. To nie oznacza, że nazizm siał dopiero ziarno. On raczej zbierał owoce znacznie starszych uprzedzeń. Cała polityka zagraniczna Hitlera oparta była na rewizji traktatu wersalskiego.
A jeśli oficerowie czerpali dumę z rozwiązania sprawy Czechosłowacji, dlaczego mieliby nie liczyć na wbicie ostatniego gwoździa do trumny Wersalu? Nie znaczy to jednak, że u generałów nie pojawiały się obawy przed wojną. Heinz Guderian wspominał: nie przystąpiliśmy do wojny beztrosko. Nie było generała, który nie opowiadałby się za pokojem.
Starsi oficerowie i tysiące młodych mężczyzn przeżyło pierwszą wojnę światową. Każdy myślał o matkach i o ciężkich poświęceniach, jakie poniosą niemieccy żołnierze, nawet jeśli wojna zakończy się pomyślnie. Ale czytajmy między zdaniami. Guderian pisał też: gdyby nie pakt z Rosją, nie wiadomo, jaka byłaby reakcja armii na wybuch wojny.
Oficerowie wiedzieli, co oznaczałaby wojna, gdyby nie ograniczyła się do kampanii przeciw Polakom. Nawiązuje tu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Oficerowie zostali o nim poinformowani 22 sierpnia. Oficjalnie komunikowano go jako pakt o nieagresji, ale tajne protokoły przypieczętowały los Drugiej Rzeczypospolitej.
Czy to znaczy, że niemieccy generałowie nie byli przeciwni samej wojnie, ale wojnie, która mogła przerodzić się w większy konflikt z mocarstwami zachodnimi? Wróćmy do Skorzennego: największym błędem Hitlera była wiara w wojnę ograniczoną w czasie i przestrzeni. Kiedy rozpoczynał wojnę z Polską, nie przypuszczał, że rozpoczyna drugą wojnę światową. Keitel pisał, że latem 1939 roku uznał za swój obowiązek nie pozostawić Hitlerowi wątpliwości, że sztab generalny i czołowi generałowie podzielają poważne obawy co do wybuchu wojny.
Uważali oni, że armia nie jest przygotowana do wojny na dwóch frontach, a to widmo uważali za szczególnie złowieszcze. Nie był to jednak jasno wyrażony sprzeciw wobec ataku na Polskę. Przy okazji Keitel przyznał, że żądania Hitlera wobec Polski były rozsądne i umiarkowane. Hitler umiejętnie manewrował uczuciami i logiką oficerów.
Prezentował się jako zwolennik rozejmu i dyplomacji. A jednak Wehrmacht od dwóch lat przechodził transformację, która sprawiała, że pod presją miał pokazać swoje najgorsze oblicze. Keitel tak opisywał 1 września: nasza armia o świcie przeprowadziła atak na froncie wschodnim. Siły powietrzne zbombardowały w Polsce węzły kolejowe, ośrodki mobilizacji i lotniska.
Nie było formalnego wypowiedzenia wojny. Wbrew naszym radom Hitler zdecydował się tego nie robić. Zostaliśmy oszukani twierdzeniem, że wypowiedzenie wojny przez Wielką Brytanię i Francję 3 września było nieuzasadnioną ingerencją w nasze wschodnie sprawy. Keitel przedstawia więc kadrę oficerską jako oszukaną.
Ale w jaki dokładnie sposób? Tym, co przekonało generałów do poparcia agresji, było zapewnienie, że dzięki paktowi z Rosją Niemcy będą mieć wolną rękę w rozwiązaniu kwestii polskiej. Hitler uspokajał też, że Wielka Brytania i Francja nie zdecydują się na wojnę. Wychodzi na to, że niemieccy generałowie nie mieli oporów przed wojną z Polską, dopóki byłaby ona ograniczona w czasie i nie prowadziła do wojny światowej.
Spójrzmy na wspomnienia Hermanna Balcka: w każdej wojnie agresor jest stroną przegrywającą. Zastanawiał się też, czy to nie angielska polityka zmusiła Hitlera do wojny. Hitler błędnie zinterpretował angielską stabilność jako dekadencję. Nie rozumiał, że Anglia sprzeciwia się dyktaturze nie z powodów idealistycznych, ale dlatego, że dyktatura jest nieprzewidywalna.
Żałowano więc tylko tego, że Hitler wierzył w ograniczoną wojnę, że nie docenił zachodnich potęg, że nie ocenił potencjału Związku Radzieckiego. Ale nikt nie żałował samej koncepcji ataku na Polskę. Psycholog Gustav Gilbert w dziennikach norymberskich pokazuje chaotyczny zakres argumentów obrony. Jodl i Keitel tłumaczyli się nieznajomością gwarancji udzielonych Polsce przez Wielką Brytanię, niewiarą w to, że Francuzi przystąpią do wojny, a także brakiem dalekosiężnych planów agresji.
To miał być dowód, że generałowie nie mogli przewidzieć konsekwencji. Ale nie umknie nam ta sugestia: gdyby tylko blef Hitlera się udał, cała wojna byłaby niepotrzebna. W tym rozumieniu winna była Polska i traktat wersalski. Nic dziwnego, że odpowiednie nastawienie generałów dawało przykład oficerom niższych rang i ostatecznie samym żołnierzom.
Ryba psuła się od głowy. W jednym ze źródeł znalazłem rozmowę trzech niemieckich wysokich oficerów, podsłuchaną latem 1944 roku przez Brytyjczyków w obozie jenieckim. Jednym z nich był admirał Walter Warzecha. Wszyscy wcześniej popierali Hitlera i z nim współpracowali.
Warzecha powiedział wprost: każdy z ówczesnego dowództwa jest w równym stopniu winny. Muszę szczerze powiedzieć, że nie miałem pojęcia, co się dzieje. Do narodowego socjalizmu podchodziłem idealistycznie. Uważałem, że oferował on narodowi niemieckiemu jedyną możliwość.
Jego rozmówcy zgadzali się, że sam wybuch wojny mógł być błędem, ale przecież należało Polskę zniszczyć gospodarczo. Padły nawet słowa, że Polacy sami przyszli do Niemiec z własnej woli, bo już byli w gospodarczej ruinie. Ta wymiana zdań jest kluczowa. Przyzwolenie na rewizję granicy wschodniej i na pogrążenie wschodniego sąsiada było powszechne.
Drogi do celu mogły być inne, ale w oczach dowódców przegrano przede wszystkim dlatego, że Hitler stracił skuteczność. Ruina Polski i tak była celem, nawet tych bardziej wstrzemięźliwych oficerów. Autor książki „Hitler Strikes Poland” zwracał uwagę, że sprawa szła nawet dalej: plan rozprawy z Polską był jednym z głównych punktów wspólnych między korpusem oficerskim a nazizmem. Na wielu płaszczyznach partia i Wehrmacht mogły się różnić, ale w tym wypadku panowała pełna zgoda, że kwestia polska wymaga jak najszybszego rozwiązania.
Trudno znaleźć cytat, który mógłby rzucić na niemiecką kadrę oficerską pozytywne światło. Część oficerów mogła nie godzić się na zbrodnicze zachowania, na rozstrzeliwania jeńców i cywilów. Mimo to zwycięska kampania, pozostająca bez znaczącej reakcji militarnej na zachodzie, powszechnie została przyjęta z entuzjazmem. Co gorsza, wielu oficerów wchodziło w fazę wyparcia.
Manstein pisał: nowy Wehrmacht z honorem i powodzeniem zdał pierwszy egzamin. Armia mogła prowadzić czysto militarne działania w sposób, który określamy jako rycerski. Kesselring dodawał: osobiście ręczę za to, że wojna była prowadzona przez nas po rycersku, choć w pierwszych dniach stwierdzono masakry popełniane przez stronę nieprzyjacielską. Na tych samych stronach Kesselring opisuje swój wkład w bombardowanie Warszawy.
Nawet kilka lat po wojnie Reinhardt nadal oskarżał Polskę o wywołanie wojny. Przyznawał, że podboje i sposób okupacji były zbrodnicze, ale mówił też: nie zawiódłbym moich żołnierzy. Ich los był także moim losem. Można zrozumieć, że żołnierze wystawieni na propagandę akceptowali przekaz z góry.
Ale to, że niemieccy generałowie w tak zbliżony sposób patrzyli na wojnę z Polską, oznacza, że radykalizacja Wehrmachtu nie dotyczyła wybranych szczebli. Żaden Niemiec, który bronił decyzji ataku w 1939 roku, nie może być traktowany jako przedstawiciel środowiska radykalnego. To było powszechne stanowisko kadry oficerskiej. Potwierdzały to zeznania Johannesa Blaskowitza.
Twierdził on, że wojnę mającą na celu wymazanie strat politycznych i gospodarczych powstałych w wyniku utworzenia polskiego korytarza oraz zmniejszenie zagrożenia dla oddzielonych Prus Wschodnich uważano za święty obowiązek, choć też smutną konieczność. Wszyscy oficerowie podzielali to zdanie i dlatego nie mieli powodu przeciwstawić się Hitlerowi. Hitler osiągał rezultaty, których wszyscy gorąco pragnęli. To nie znaczy, że nie obawiano się konsekwencji eskalacji.
Wewnątrz Wehrmachtu często wracał argument, że armia nie jest gotowa do długotrwałej wojny. 31 października 1939 roku generał Wilhelm von Leeb pisał do von Brauchitscha: na polu politycznym zapewniliśmy sobie bezpieczeństwo w temacie Polski. Jeśli naszym przeciwnikom to nie odpowiada, pozwólmy im zaatakować. Cały naród przepełniony jest głęboką tęsknotą za pokojem.
Ludzie instynktownie czują, że nie da się zniszczyć Francji i Anglii. Podsumowując: zniszczenie Polski jak najbardziej, wojna z zachodem niekoniecznie. W oczach niemieckich oficerów wojna powinna była skończyć się w październiku 1939 roku. To, że wybuchła na taką skalę i miała katastrofalne konsekwencje, nie wzbudzało w nich głębszej refleksji.
Chcieli tej konkretnej, ograniczonej wojny z Polską. Dali się do niej przekonać. Byli na nią gotowi.


