Czwartego września 1939 roku ktoś oddał strzały w okupowanej Częstochowie. Zanim zdążyłem cokolwiek zrozumieć, niemieccy żołnierze wpadli do naszych domów, wywlekli nas na ulicę i zmusili, byśmy…

Czwartego września 1939 roku ktoś oddał strzały w okupowanej Częstochowie. Zanim zdążyłem cokolwiek zrozumieć, niemieccy żołnierze wpadli do naszych domów, wywlekli nas na ulicę i zmusili, byśmy...

Czwartego września 1939 roku, dzień po tym, jak hitlerowcy zajęli Częstochowę bez jednego wystrzału, w mieście rozległy się strzały. Najpierw na dziedzińcu szkoły przemysłowej, potem na ulicy Strażackiej, gdzie niemieccy żołnierze prowadzili kilkuset zatrzymanych cywilów. Zapanowała panika. Kule świstały ze wszystkich stron, a nikt nie wiedział, kto strzela.

Thumbnail

Młodzi, niedoświadczeni rekruci niemieckiego 97. pułku piechoty odpowiedzieli ogniem na oślep, przekonani, że wpadli w zasadzkę snajperów ukrytych w oknach okolicznych domów. Gdy kurz opadł, na ziemi leżało ośmiu zabitych i czternastu rannych niemieckich żołnierzy. Późniejsze dochodzenie wykazało, że najprawdopodobniej padli od własnych kul.

W przeszukanych domach nie znaleziono ani jednej broni, ani jednego cywila, który by strzelał. Nawet nazistowskie szwadrony śmierci przyznały w raportach, że nie sposób ustalić, kto do kogo strzelał i że nie wierzą, by cywile atakowali wojsko. Niemieccy dowódcy nie chcieli jednak słyszeć o przypadkowym ostrzale. Oskarżyli mieszkańców o zorganizowany atak partyzancki i nakazali natychmiastowe represje.

Żołnierze wdarli się do domów w całym mieście. Wyciągali ludzi z łóżek na ulicę, bili ich, grozili i zmuszali do marszu w stronę trzech punktów zbiórki: placu magistrackiego, Nowego Rynku i placu przed katedrą. Tysiące przerażonych cywilów dostało rozkaz leżenia twarzą do ziemi lub stania z podniesionymi rękami. Ktokolwiek się poruszył, ryzykował rozstrzelanie.

Mężczyzn odseparowano od kobiet i dzieci. Przeszukiwano ich bez litości. Wystarczyło, że ktoś miał przy sobie żyletkę czy scyzoryk, żeby zginąć na miejscu. Zabójstwa zaczęły się natychmiast.

Na placu magistrackim ustawiano ludzi w szereg i rozstrzeliwano z bliskiej odległości. Na dziedzińcu ratusza ofiary ginęły strzałem w tył głowy, tuż obok wykopanego okopu przeciwlotniczego. Później wyciągnięto stamtąd czterdzieści osiem ciał. Na Nowym Rynku, przy kościele świętego Zygmunta, żołnierze zmuszali żydowskich cywilów do przeskakiwania rowu, bijąc ich i śmiejąc się przy tym.

Zabijali także w fabryce i przy szpitalu wojskowym. Na placu przed katedrą zgromadzono blisko sto tysięcy mieszkańców. Kobiety i dzieci wypuszczono, ale większość mężczyzn odprowadzono pod strażą. Więzienie na Zawodziu szybko się przepełniło.

Kolejnych więźniów zapędzono do kościoła świętego Zygmunta, a gdy i tam zabrakło miejsca, do katedry. Żołnierze wielokrotnie wchodzili do środka, strzelając nad głowami i grożąc, że zabiją wszystkich. Niektórych rzeczywiście zastrzelono w świątyni. Więźniom nie pozwalano wyjść nawet do toalety, więc kościoły zostały zbezczeszczone, a noc minęła im w strachu i poniżeniu.

Niemieckie raporty podawały, że stracono dziewięćdziesiąt dziewięć osób. Kłamstwo wyszło na jaw na początku 1940 roku, gdy zarządzono ekshumację. Śledczy znaleźli dwieście dwadzieścia siedem ciał: stu dziewięćdziesięciu czterech mężczyzn, dwadzieścia pięć kobiet i ośmioro dzieci. Wśród nich było dwustu pięciu Polaków i dwudziestu dwóch Żydów.

Późniejsze badania wykazały, że prawdziwa liczba ofiar była jeszcze wyższa — od około trzystu do nawet pięciuset osób. Represje nie skończyły się tamtego dnia. Piątego września rozstrzelano siedmiu Polaków w pobliżu lotniska. Komendant miasta wprowadził godzinę policyjną od szóstej wieczorem do siódmej rano.

Kto został zauważony na ulicy, ginął na miejscu. Ósmego września w budynku dawnego klasztoru żołnierze znaleźli fragmenty polskich mundurów i dwie brzytwy. Aresztowali dwóch mnichów, starszego ojca jednego z nich, trzech sąsiadów i dwóch robotników. Wszystkich zabrano do koszar, a następnie rozstrzelano w lesie za miastem.

Dziesiątego września przeprowadzono wielką akcję czystek. Setki Polaków i Żydów pobito i przetrzymywano w nieludzkich warunkach. Prawie siedemset osób wywieziono do obozów jenieckich w Niemczech, gdzie wielu dalej maltretowano. Sprawcy tej zbrodni nie uniknęli jednak konsekwencji.

46. dywizja piechoty opuściła Częstochowę i ruszyła dalej przez wojnę. Walczyła we Francji, potem w Jugosławii, aż latem 1941 roku wkroczyła do Związku Radzieckiego, przechodząc przez Ukrainę i Krym. Na początku listopada 1941 roku ci sami żołnierze, którzy dwa lata wcześniej dokonali masakry w Częstochowie, wzięli udział w zdobyciu nadmorskiego miasta Teodozja nad Morzem Czarnym.

Tam przemoc, którą sami wywołali w Polsce, w końcu ich dopadła. Dwudziestego dziewiątego grudnia 1941 roku sowieckie oddziały piechoty morskiej wylądowały na plażach Teodozji i już następnego dnia odbiły miasto. Wycofując się, niemieccy dowódcy zostawili w szpitalach około stu sześćdziesięciu rannych żołnierzy z 46. i 170.

dywizji. Wielu było zbyt ciężko rannych, by ich ewakuować, opiekowało się nimi zaledwie kilku lekarzy i pielęgniarek. Wtedy doszło do jednego z najbardziej brutalnych aktów zemsty na froncie wschodnim. Sowieccy żołnierze weszli do szpitala pijani.

Zastrzelili personel medyczny, a potem rzucili się na rannych. Część ofiar wyrzucono przez okna na skały, innych wywleczono na dwór, gdzie panował mróz. Okaleczano ich i polewano wodą, aż ciała całkowicie zamarzły. Wielu pobito na śmierć, gdzie leżeli.

Gdy 18 stycznia 1942 roku Niemcy odzyskali Teodozję, znaleźli ślady masakry w śniegu i piasku wokół szpitali. Ciała piętrzyły się pod cienką warstwą piasku, wiele w gipsach i z szynami. Zamarznięte zwłoki leżały na plaży z połamanymi kończynami. Na cmentarzu w zrujnowanym budynku odnaleziono ponad sto ułożonych w stos ciał, noszących ślady straszliwych okaleczeń.

Masakrę przeżyło zaledwie dwunastu rannych Niemców, którzy przez kilka dni ukrywali się, zanim ich wytropiono i zabito. Wśród ofiar było wielu żołnierzy 46. dywizji piechoty — tej samej jednostki, która we wrześniu 1939 roku dokonała masowych mordów na cywilach w Częstochowie. W Teodozji krzywda, którą wyrządzili niewinnym ludziom w Polsce, powróciła do nich z identycznym okrucieństwem.

Zemsta nie ominęła żadnego z nich.