Przed samym lusterkiem w samochodzie szybko poprawiłam fryzurę, bo dłonie zaczynały mi już lekko drżeć ze stresu. Została mi dosłownie chwila do tej kluczowej rozmowy o pracę. A tu jak na złość nie było ani jednej wolnej koperty, ani żadnego miejsca parkingowego pod blokiem czy biurem. Gdy w końcu wypatrzyłam kawałek wolnego asfaltu, z wielką ulgą skręciłam kierownicą i wjechałam na to miejsce.

Gdy tylko uchyliłam drzwi i wysiadłam z auta, usłyszałam za plecami wściekły krzyk: „Ej, kobieto, odjedź stąd natychmiast. To moja miejscówka”. Obróciłam się i zobaczyłam awanturującego się mężczyznę po czterdziestce, który właśnie wysiadł z ogromnego, drogiego suva. Spojrzałam mu prosto w oczy i chłodno odpowiedziałam, że przecież nie ma tam żadnej tabliczki z jego nazwiskiem.
Starałam się za wszelką cenę zachować spokój i nie dać się wciągnąć w te chamskie zaczepki. Zostawiłam go z jego krzykami i od razu ruszyłam szybkim krokiem w stronę wejścia do galerii. Nie miałam zamiaru tracić ani chwili na bezsensowną kłótnię, skoro za moment miałam rozpocząć rozmowę rekrutacyjną. Całe to spięcie trochę podniosło mi ciśnienie, ale wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić.
Tyle czasu poświęciłam na przygotowania do tego dnia, że nie zamierzałam pozwolić jakiemuś bukowi zepsuć tak ważnego momentu. Gdy tylko zniknęłam za drzwiami, mężczyzna sięgnął po telefon i od razu wybrał numer. „Piotrek, sprawdź mi na szybko tę tablicę. Błagam cię” — rzucił nerwowo do słuchawki.
„Co jest? Znowu ktoś ci bezczelnie zajął miejsce? ” — zażartował Piotrek po drugiej stronie. „Nieważne, po prostu to sprawdź i oddzwoń, jak będziesz coś wiedział” — uciął Leszek, bo nie miał ochoty tłumaczyć całej sytuacji.
Dopiero zaczynał się dzień, a ten facet zdążył już popsuć mu humor. Leszka aż nosiło ze złości, że jakaś kobieta bezczelnie zajęła mu miejsce. W końcu uważał te galerie za swoje królestwo, a teren przed kompleksem za niemal prywatny. Przecież nikt nigdy wcześniej tam nie parkował.
Wszyscy w okolicy doskonale wiedzieli, że pan Leszek pojawia się o różnych porach i to konkretne miejsce zawsze powinno na niego czekać. Co do zasady pilnowali tego ochroniarze. Ale jak na złość, akurat tego dnia przy szlabanie i na parkingu nie było nikogo. Leszek uznał, że właśnie od tego zacznie robić porządek.
Gdy ustawiał do pionu kierownika ochrony, wyliczając mu co do złotówki, ile każdego miesiąca wydaje na całą tę bandę leni, zadzwonił Piotrek, jego stary kumpel, jeszcze z czasów liceum. Piotrek miał ten dar, że znał dosłownie każdego i w razie potrzeby potrafił zdobyć informacje albo znaleźć niemal wszystko, z czego Leszek od czasu do czasu chętnie korzystał. Piotrek i tym razem nie zawiódł. Przekazał mu dane właścicielki samochodu, a nawet jej prywatny numer telefonu.
„Owczarek Maryna” — powtórzył pod nosem Leszek, odczytując nazwisko z dokumentów. pomyślał z przekąsem, że nie bez powodu tak ostro ją potraktował podczas tej parkingowej awantury. W tym czasie ja pędziłam co sił w nogach. Dopiero wczoraj w południe zadzwonili do mnie z zaproszeniem na rozmowę o 10:00 rano.
Od dawna szukałam czegoś, co naprawdę dałoby mi satysfakcję, a marketing był moją prawdziwą pasją. Prowadzenie kampanii reklamowych, ustalanie cenników i promocji, planowanie akcji sprzedażowych — w tym wszystkim czułam się jak ryba w wodzie. Samo stanowisko również brzmiało świetnie: kierownik działu marketingu. Do tego naprawdę dobre wynagrodzenie i atrakcyjny pakiet socjalny.
Została mi już tylko jedna rzecz — zrobić dobre wrażenie na dyrektorze i zdobyć tę pracę. Tylko ta cała chamska sytuacja pod galerią pokrzyżowała mi plany. Przyjechałam niemal na ostatnią chwilę, a tu jak na złość ani jednego wolnego miejsca parkingowego. Jakimś cudem wypatrzyłam tę jedną lukę, odetchnęłam z ulgą, zaparkowałam i już miałam ruszać, gdy pojawił się jakiś gbur, który musiał zepsuć mi humor tuż przed rozmową.
No trudno, pomyślałam. Jak to mówią, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Najważniejsze, żeby dobrze wypaść na spotkaniu. Usiadłam w fotelu w poczekalni i po prostu czekałam.
Asystentka powiedziała, że szef jest już w firmie, ale jeszcze nie pojawił się w swoim gabinecie. „No tak, punktualność chyba nie należy do jego mocnych stron” — przemknęło mi przez głowę. W pewnym momencie drzwi do sekretariatu otworzyły się z hukiem i stanął w nich ten sam mężczyzna z parkingu, który wcześniej tak na mnie naskoczył. Chyba również od razu mnie rozpoznał, bo na kilka sekund zamarł w miejscu, po czym wszedł do swojego gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi.
„Panie Leszku! ” — zdążyła tylko wyszeptać sekretarka, zanim zniknął w środku. „Pani jest umówiona na 10:00, prawda? Powinien zaraz panią przyjąć” — powiedziała sekretarka, wzruszając ramionami.
„Zwykle rano pan Leszek był znacznie przyjemniejszy w kontakcie. Chyba coś go dzisiaj ugryzło” — rzuciła ze współczuciem, patrząc mi prosto w oczy. „Może za chwilę mu przejdzie. Normalnie to naprawdę w porządku człowiek.
Nie wiem, co mu się dzisiaj stało. Chociaż w sumie chyba się domyślam. Czasami była żona potrafi mu od samego rana skutecznie popsuć humor. Rozwiedli się już jakieś pięć lat temu, a ona nadal nie daje mu spokoju.
Mają przecież dwójkę wspólnych dzieci, a ona ciągle znajduje jakieś powody, żeby się z nim kłócić. I jak zwykle pan Leszek zawsze wychodzi na tego najgorszego. Wciąż słyszy te same zarzuty, że zostawił rodzinę, że nic go nie obchodzi i że ona ze wszystkim musi radzić sobie sama. A przecież sama nie pracuje i głównie utrzymuje się z jego alimentów.
Oj, przepraszam, z pieniędzy pana Leszka” — poprawiła się szybko dziewczyna. „Siedzi w domu i niby zajmuje się dziećmi, tylko że one są już nastolatkami, do tego mocno rozpieszczonymi i w ogóle się z nią nie dogadują, więc kiedy jej się nudzi, zaczyna go po prostu dręczyć i zawracać mu głowę”. Byłam trochę zaskoczona. Po co ta dziewczyna opowiada obcej osobie prywatne sprawy swojego szefa?
Asystentka już miała ciągnąć dalej ten temat, ale na biurku zadzwonił telefon i szybko podniosła słuchawkę. Z kilku słów od razu zrozumiałam, że rozmowa dotyczy właśnie mnie. Kiedy połączyłam wszystkie fakty i dotarło do mnie, kto miał mnie dzisiaj rekrutować, właściwie spisałam już tę rozmowę na straty. Jednak odezwała się we mnie pewnego rodzaju sportowa ambicja.
Byłam po prostu ciekawa, jak zakończy się ta cała sytuacja. Po kilku minutach w końcu zostałam zaproszona do środka. Weszłam do gabinetu i spokojnie przymknęłam za sobą drzwi. „Dzień dobry” — powiedziałam z uśmiechem, jak gdyby nigdy nic.
Udawałam, że ta cała awantura pod galerią w ogóle nie miała miejsca. Leszek zmierzył mnie wzrokiem, w którym mieszały się złość i ciekawość. „Dzień dobry, chociaż nie jestem pewien, czy dla wszystkich taki jest”. „Czyżby nadal nie mógł pan przeboleć tego jednego miejsca parkingowego?
” — rzuciłam z lekką ironią, siadając swobodnie w głębokim, wygodnym fotelu. „Szkoda mi czasu na bezsensowne dyskusje” — uciął chłodno Leszek, ignorując moją uwagę. „Co może mi pani zaoferować? Dlaczego mielibyśmy zatrudnić właśnie panią na to stanowisko?
Co wyróżnia panią na tle innych kandydatów? ” „Mam za sobą lata konkretnego doświadczenia w handlu i marketingu. Zresztą całe moje portfolio ma pan przed sobą. Jestem w stanie tak rozkręcić promocję tej galerii, że konkurencja w mieście zostanie daleko w tyle.
Klienci będą walczyć o wolne wózki, a najemcy sami zaczną zabiegać o lokale. Ale mogę też zrobić coś zupełnie odwrotnego. Jeśli mnie pan nie zatrudni, po prostu przedstawię wszystkie te pomysły pańskiej bezpośredniej konkurencji”. Leszka po prostu zamurowało.
Był wyraźnie zaskoczony moją pewnością siebie i spokojem, z jakim wypowiadałam te słowa. Zrozumiał, że nie ma do czynienia z przypadkową osobą, tylko z kimś, kto doskonale zna swoją wartość i nie pozwoli sobą pomiatać. Widząc, jakie wrażenie zrobiły na nim moje słowa, postanowiłam pójść za ciosem. „Na początek trzeba zająć się parkingiem.
Połowa placu jest zawalona niepotrzebnymi rzeczami i paletami, przez co zwykli klienci nie mają gdzie zostawić samochodu. Druga sprawa to kadry, a dokładniej porządne szkolenia z zakresu kultury osobistej i kontaktu z klientem” — powiedziałam, patrząc mu wymownie prosto w oczy. „Wystarczyłoby po prostu nie zajmować cudzych miejsc parkingowych” — odparł natychmiast Leszek. „I co z tego?
Skąd miałam wiedzieć, że to pan zawsze tam parkuje? Mam teraz z tego powodu płakać, biczować się, paść na kolana i błagać o wybaczenie? ” — ciągnęłam z ironią. „Naprawdę?
Do czego prowadzi to całe narzekanie dorosłego mężczyzny? Ktoś zajął panu miejsce, więc można było po prostu stanąć dwa metry dalej. Gdzie tu jest problem? ” — zakończyłam spokojnie, obserwując, jak z jego twarzy znika pewność siebie.
Leszek spróbował jednak wrócić do oficjalnego tonu. „Może i ta przemowa brzmi efektownie, ale ja nie od dziś działam w tym biznesie. Widziałem już całe mnóstwo takich specjalistów od wielkich obietnic, którzy obiecywali mi Złote Góry, a potem po dwóch czy trzech miesiącach pracy osiadali na laurach i nie robili dosłownie nic”. Po jego chłodnym tonie od razu zrozumiałam, że z tej pracy raczej nic nie będzie.
Ewidentnie chciał po prostu utrzeć mi nosa za poranną sytuację. W tym momencie nie miałam już nic do stracenia. „Nie do końca rozumiem pańskie podejście, chociaż chyba jednak zaczynam je rozumieć” — powiedziałam, zawieszając głos. „Dla mnie sprawa jest jasna.
Od początku nie zamierzał mnie pan zatrudnić i tylko szuka pan jakiegokolwiek powodu, żeby się mnie pozbyć. Niech pan się nie trudzi, bo ja już podjęłam decyzję. Za żadne pieniądze nie chciałabym tu pracować. Mimo że naprawdę zależy mi na dobrej posadzie” — dodałam ostro, po czym wstałam i skierowałam się do wyjścia.
„Ależ dlaczego tak szybko się pani poddaje? ” — odezwał się nagle Leszek. „Wyglądała mi pani na osobę zdecydowanie bardziej zdeterminowaną i nieustępliwą”. „Bo dokładnie taka jestem.
Mam w życiu jasno określone cele i konsekwentnie do nich dążę, ale nie zamierzam pozwalać, żeby ktoś robił ze mnie pośmiewisko. Życzę więc powodzenia w dalszych poszukiwaniach już beze mnie, a sama znajdę firmę, w której ludzi ocenia się za rzeczywiste wyniki, a nie za uczestniczenie w jakichś gierkach”. Wyszłam z gabinetu z wysoko podniesioną głową, a gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, ze środka dobiegł mnie jego głośny, rozbawiony śmiech. „No proszę, skąd się wzięła taka charakterna kobieta?
” — pomyślał rozbawiony. Od dłuższego czasu szukał kogoś odpowiedniego na stanowisko szefa marketingu, ale trafiał na same rozczarowania. Albo znajomi próbowali załatwić swoim krewnym wygodną posadę, albo pojawiali się ludzie bez najmniejszego pojęcia o branży, od których nie dało się wyciągnąć żadnych konkretnych pomysłów. W Marynie od razu dostrzegł profesjonalizm i ogromne doświadczenie.
Zauważył, że nie zabrała ze sobą dokumentów — papierowe CV zostało na jego biurku. Przebiegł po nim wzrokiem. Dziewczyna rzeczywiście miała imponujący dorobek. Coś w jej osobowości przyciągnęło jego uwagę.
Emanowała niezwykłą energią i charyzmą. Leszek wiedział, że przy ich temperamentach codzienna współpraca w jednym biurze byłaby mieszanką wybuchową, ale zależało mu, żeby w jakiś sposób jej pomóc. Nagle go olśniło. Przecież zaledwie tydzień wcześniej rozmawiał z kolegą, właścicielem innej dużej galerii w mieście, który również narzekał, że od miesięcy nie może znaleźć dobrego specjalisty od marketingu.
Od razu wybrał jego numer. „Cześć, Janek. Pamiętam, że szukałeś kogoś naprawdę dobrego do marketingu. Przygotuj sobie coś do pisania i zanotuj numer.
Maryna Owczarek. Mam do niej kontakt”. W tym samym czasie w mojej torebce zadzwonił telefon. Zupełnie niespodziewanie dostałam zaproszenie na kolejną rozmowę rekrutacyjną.
Od razu chętnie z niego skorzystałam. Spotkanie poszło świetnie i w końcu dostałam dokładnie takie stanowisko, o jakim marzyłam. Minęło kilka tygodni. W tym czasie Leszek nieraz przyłapywał się na tym, że myślał o Marynie i bardzo żałował, że pozwolił jej odejść.
Sam nadal nie znalazł nikogo odpowiedniego. Z braku lepszego wyjścia musiał zatrudnić młodą dziewczynę świeżo po studiach, praktycznie bez doświadczenia. Kilka dni wcześniej rozmawiał z Jankiem, właścicielem drugiej galerii, któremu polecił Marynę. Ten nie krył wdzięczności i chyba z dziesięć razy dziękował mu za tak świetnego pracownika.
Opowiadał, że jej świeże pomysły i energia tchnęły nowe życie w cały obiekt. Zachwycony Janek gorąco namawiał go, żeby wpadł na kawę i sam zobaczył efekty tych zmian. Leszek trochę niechętnie patrzył na całą tę sytuację, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Pojechał sprawdzić, co takiego niezwykłego ta dziewczyna zrobiła w konkurencyjnym centrum, że jego właściciel aż tak ją wychwala.
Gdy tylko dotarł na miejsce, ruszył powoli na spacer po kolejnych piętrach i musiał przyznać, że od jego ostatniej wizyty w tym miejscu wiele się zmieniło. Gołym okiem było widać, że pojawia się tu znacznie więcej ludzi, a to przecież bezpośrednio przekładało się na większe zyski. Nagle poczuł lekkie klepnięcie w ramię. Odwrócił się i zobaczył Janka.
„I jak ci się podoba? Widzisz różnicę? To wszystko zasługa naszej Marysi. Dziewczyna ma niesamowite wyczucie rynku i doskonale wie, jak przyciągnąć klientów.
Jeszcze raz wielkie dzięki za tę rekomendację. Chodź do mnie na górę, napijemy się dobrej kawy. Akurat wczoraj dostarczyli mi świeżo paloną kawę ziarnistą. Nie daj się prosić.
Chodź”. Chwilę później siedzieli już w fotelach w gabinecie Janka, delektując się aromatyczną kawą. Nagle drzwi się uchyliły i w progu stanęła Maryna. Na jego widok na moment zatrzymała się zaskoczona.
„Przepraszam. Wpadnę później, kiedy będzie pan wolny” — rzuciła szybko. „Ależ Marysiu, daj spokój. To mój znajomy Leszek.
Tylko wpadł na chwilę. Wchodź śmiało. Usiądź z nami przy kawie” — zaproponował z uśmiechem Janek. „Dziękuję, ale z chamami kawy nie piję, a już na pewno nie takiej dobrej” — odparła chłodno, odwróciła się na pięcie i po prostu wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.
Janek tylko bezradnie podrapał się po głowie. „Co w nią wstąpiło? Nie miałem pojęcia, że wy się znacie i to w takich okolicznościach”. „Ech, nie przejmuj się.
Nie ma o czym mówić” — machnął ręką Leszek. „No ale trochę głupio mi. Przepraszam cię za nią” — bąknął zakłopotany gospodarz. Pogadali jeszcze chwilę o interesach, po czym Leszek pożegnał się i ruszył w stronę swojego auta.
Zanim jednak odjechał, postanowił zrobić jeszcze jedno małe kółko po piętrach galerii. Po krótkim spacerze w końcu zszedł na podziemny parking. Gdy podchodził do samochodu, niespodziewanie stanęła przed nim Maryna. „Pan Janek przed chwilą mi o wszystkim powiedział.
Nie miałam pojęcia, że to pan polecił mnie do tej pracy” — powiedziała od razu, bez żadnych wstępów. Leszek tylko wzruszył ramionami. „No i co z tego? Chciałem po prostu pomóc.
Sama przecież mówiłaś, że zależy ci na dobrej posadzie”. „I właśnie za to chciałam podziękować. Okazało się, że wcale nie jest pan takim bucem, za jakiego pana wcześniej uważałam” — dodała już znacznie łagodniejszym tonem. Leszek przyglądał się jej uważnie.
Widział, jak wiele kosztuje ją ta rozmowa i jak bardzo stara się naprawić pierwsze wrażenie, bo po prostu czuła, że tak należy. Od razu było widać, że poczucie sprawiedliwości jest dla niej niezwykle ważne. Leszek lekko się uśmiechnął. „No to jak?
Naprawdę jestem aż takim gburem, jak pani sobie wyobrażała? A pani chyba też nie jest taka zła, jak początkowo mi się wydawało. Może na znak zgody pójdziemy jednak na tę kawę? ” „W sumie czemu nie?
” — odpowiedziałam z uśmiechem, czując, jak całe napięcie ze mnie schodzi. „Jeśli w ten sposób mogę się odwdzięczyć za tamte namiary, to chętnie. Naprawdę bardzo zależało mi na tej pracy”. „Pewnie, że się pani odwdzięczy.
A przy okazji podejrzę kilka sposobów na zwiększenie obrotów w mojej galerii” — zażartował Leszek. Ja jednak już całkiem poważnie ujęłam go pod ramię i skierowałam w stronę najbliższej kawiarni, po drodze od razu dzieląc się z nim swoimi przemyśleniami. Z czasem zaczęliśmy widywać się coraz częściej, rozmawiając o otwarciu wspólnego biznesu. Na te spotkania wybieraliśmy luźne miejsca.
Raz klimatyczną knajpkę na rynku, innym razem ławkę w parku, a czasami po prostu zostawaliśmy w biurze Leszka po godzinach. Powoli nasze rozmowy zaczęły wykraczać daleko poza same liczby i plany biznesowe. Leszek coraz częściej łapał się na tym, że po prostu uwielbia spędzać ze mną czas. Pociągał go nie tylko mój profesjonalizm i praktyczne podejście, ale też poczucie humoru, swoboda i to, że z każdej sytuacji potrafiłam znaleźć wyjście.
Zauważył, że zaczyna czekać na każde nasze spotkanie i wręcz szukać powodów, żeby znowu się zobaczyć. Pewnego wieczoru, gdy zasiedzieliśmy się u niego w gabinecie nad dokumentami do nowego projektu, dotarło do niego, że zakochał się bez pamięci. Kiedy z pasją tłumaczyłam mu założenia nowej kampanii, patrzył na mnie, zachwycając się błyskiem w moich oczach i uśmiechem, i wiedział już, że przepadł. Przez kilka tygodni zmagał się z tymi uczuciami, nie mając odwagi powiedzieć mi prawdy.
Bał się, że wszystko skomplikuje i zepsuje relacje z genialną wspólniczką, ale im więcej czasu spędzaliśmy razem, tym trudniej było mu ukrywać to, co czuł. Przełom nastąpił dokładnie w dniu, w którym mieliśmy podpisać umowę spółki u notariusza. Gdy załatwiliśmy już wszystkie formalności, Leszek zaprosił mnie, żebyśmy uczcili ten ważny krok w dobrej restauracji. Przez cały wieczór kilka razy zbierał się na odwagę, żeby mi to powiedzieć, ale za każdym razem coś go powstrzymywało.
Kiedy wyszliśmy z restauracji, zimny deszcz zaczął już mocno uderzać o chodniki. Leszek od razu zaproponował, że odwiezie mnie pod sam blok. Gdy zatrzymaliśmy się pod moją klatką, uznał, że to jego ostatnia szansa i nie może już dłużej zwlekać. „Maryna” — zaczął, odwracając się w moją stronę.
„Muszę ci coś powiedzieć”. Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. „Ja po prostu się w tobie zakochałem” — powiedział w końcu, zdobywając się na szczerość. „Wiem, że to może trochę skomplikować nasze sprawy w firmie, ale nie potrafiłem już dłużej trzymać tego w sobie”.
Na mojej twarzy najpierw pojawiło się lekkie zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. „Leszek” — szepnęłam cicho. „Czułam dokładnie to samo. Tylko tak jak ty bałam się do tego przyznać”.
Nasze spojrzenia się spotkały i po chwili całowaliśmy się już bez pamięci, nie zwracając uwagi na ulewny deszcz bębniący o dach samochodu. Ta cała historia, która przecież zaczęła się od zwykłej kłótni o miejsce parkingowe pod galerią, doprowadziła nie tylko do stworzenia świetnie prosperującej firmy, ale przede wszystkim do pięknego, dojrzałego związku. Oboje z Leszkiem zrozumieliśmy, że razem jesteśmy w stanie pokonać każdą przeszkodę — zarówno w biznesie, jak i w życiu. Dokładnie po roku wzięliśmy ślub, a nasza agencja stała się jednym z liderów w branży marketingowej obsługującej galerie handlowe.
Patrząc na nas dzisiaj, nikt nawet nie pomyślałby, że nasza wielka miłość narodziła się zaledwie od zwykłego sporu o miejsce parkingowe.


