„To nic, proszę pana, to tylko nieprzyjemny epizod” – powiedział niemiecki rozmówca polskiemu dziennikarzowi w dniu, gdy Hitler został kanclerzem. Polskie gazety wydrukowały tę uspokajającą frazę,…

„To nic, proszę pana, to tylko nieprzyjemny epizod” – powiedział niemiecki rozmówca polskiemu dziennikarzowi w dniu, gdy Hitler został kanclerzem. Polskie gazety wydrukowały tę uspokajającą frazę,...

Dzień, który w nazistowskiej mitologii miał stać się symbolem przejęcia władzy, dla polskich czytelników początkowo nie różnił się od innych politycznych doniesień z Europy. Największa partia w Reichstagu, NSDAP, właśnie przejęła stery rządu, a redakcje w Krakowie, Warszawie czy Katowicach zastanawiały się, czy to rzeczywiście moment przełomowy, czy tylko kolejna odsłona niestabilnej Republiki Weimarskiej. „Ilustrowany Kurier Codzienny” witał czytelników głośnym, dopisanym w ostatniej chwili tytułem o dymisji rządów w Paryżu i Berlinie, stawiając obok siebie dwie rzekome porażki gabinetów. Tymczasem „Express Ilustrowany” również zestawił obie sprawy, sugerując, że kryzys we Francji i Niemczech to dwa oblicza tego samego zjawiska.

Thumbnail

Polska prasa, choć różniła się tonem, łączyła jedno – próbę oswojenia rzeczywistości, w której konstytucyjne gry prowadziły donikąd. Redakcja „IKC” na dalszych stronach tłumaczyła, że lewica od dawna utraciła zdolność do zgodnego występowania nawet w sprawach najważniejszych, jak obrona demokracji. Prawica, która zdawała się trzymać kurs, także stanęła w połowie drogi, przypominając armię bez energii do natarcia. Zauważano, że niemiecka lewica mogłaby skutecznie przejść do ofensywy, ale zabrakło jej woli.

Tego samego dnia „Express Poranny” przypominał sylwetkę Adolfa Hitlera – malarza, potem rysownika, aż po polityka, którego droga do władzy zdawała się wielu komentatorom logiczną konsekwencją chaosu. Padły słowa o tym, że kto śledził ewolucję Niemiec od półtora roku, musiał dojść do wniosku, że rozwój wypadków przygotował grunt pod rząd prawicowo-centrowy z Hitlerem na czele. Wróżono, że Hitler złagodzi żądania, że nowy gabinet będzie jednym z etapów normalnego procesu społeczno-politycznego, a nie nadzwyczajnym zjawiskiem. Porównywano sytuację do Włoch, gdzie kunktatorstwo i brak odwagi wodza Narodowego Fascizmu doprowadziły do podobnego rozwiązania.

W poczekalniach redakcji rozbrzmiewały uspokajające frazy, jak ta od anonimowego rozmówcy: „To nic, proszę pana, to tylko nieprzyjemny epizod, naród niemiecki powoli zaprawia się do demokracji”. Ale dziennikarze zadawali trudniejsze pytania, a katowicki „Express” za 7 groszy stawiał na sensację: „W Niemczech leje się krew, krwawe bójki i zaburzenia ogarniają cały kraj”. Dojście do władzy skrajnie reakcyjnego rządu miało stać się przyczyną chaosu, choć wielu chciało w tym widzieć jedynie osłabienie Niemiec, a nie zapowiedź końca republiki. „Głos Narodu” nadal uspokajał, że hitlerowcy nie zrobią kroku sprzecznego z interesami wielkiego przemysłu i wielkiej własności rolnej.

Najdziwniejszy fragment tamtej publicystyki dopuszczał wręcz możliwość, że zamiast nowych wyborów Hitler sięgnie po rozwiązania siłowe, a niemiecka prawica poprze go w imię rewizji traktatów. Redaktor naczelny „Kuriera Porannego”, Wincenty Rzymowski, na weekend przygotował tekst o tym, że środowiska konserwatywne, reprezentowane przez von Papena i Hindenburga, wierzą, iż uda im się trzymać Hitlera w szachu. Widziano w nich architektów porządku, a nawet przetarcie szlaku do powrotu Hohenzollernów na tron. Przeszacowano jednak siłę komunistów i socjaldemokratów, którzy mimo deklaracji nie potrafili się zjednoczyć.

Polska prasa, mimo błędów i uproszczeń, nie była całkiem ślepa. Zwracano uwagę, że rewizja granic, o której marzyły niemieckie elity, znajdzie sojuszników także poza Rzeszą. Francja, pogrążona we własnym kryzysie gospodarczym i politycznym, nie była w stanie stanowić tamy dla berlińskich ambicji. Stagnacja nad Sekwaną miała trwać aż do wybuchu kolejnej wojny, a polscy komentatorzy wiązali te wątki w jedno ostrzeżenie: jeśli demokracje nie potrafią się bronić, ich miejsce zajmą ci, którzy nie mają żadnych skrupułów.

Toczyły się spory, czy Hitler to chwilowy epizod, czy początek końca, ale rzeczywistość miała wkrótce zweryfikować wszystkie prognozy. Jeszcze tego samego roku naziści zaczęli rozprawiać się z opozycją, a polskie gazety, które tak spokojnie komentowały nominację, musiały zmierzyć się z doniesieniami o pożarach Reichstagu, pierwszymi obozami i falą terroru. Ci, którzy wierzyli, że to tylko kolejny kryzys rządowy, mylili się bardziej, niż ktokolwiek chciałby przyznać.

Historia pokazała, że dzień przejęcia władzy przez Hitlera nie był ani przypadkowy, ani tymczasowy – był konsekwencją lat kapitulacji, złudzeń i wygodnych kompromisów, które polska prasa najpierw bagatelizowała, potem zaś opisywała już z narastającym niepokojem.