Przez trzy lata mój narzeczony przyjeżdżał do mnie tylko w soboty. Zawsze punktualnie o 18:00, zawsze z tymi samymi słowami: „Kocham cię, Zosiu, ale praca w Warszawie jest tak wymagająca”. Trzy lata, sto pięćdziesiąt sześć sobót, a ja ani razu nie zapytałam, dlaczego właściwie nie może przyjechać w żaden inny dzień. Nazywam się Zofia, mam dwadzieścia dziewięć lat i pracuję w Bibliotece Miejskiej w Krakowie, niedaleko Sukiennic.

Moje życie jest proste, uporządkowane, przewidywalne. Każda sobota wygląda dokładnie tak samo. Wstaję wcześnie, idę na Stary Kleparz po świeże warzywa na pierogi. Pani Jadwiga, która sprzedaje tam od trzydziestu lat, zawsze pyta: „No i jak tam, pani narzeczony?
Przyjdzie dzisiaj? ”. Uśmiecham się i kiwam głową, chociaż coś w środku mnie ściska. Wracam do domu o czternastej, zaczynam gotować o piętnastej.
Nakrywam do stołu białym obrusem, tym od babci. Patrzę na zegarek. Dzwonek do drzwi. Marcin zawsze zostawia telefon na stole, ekranem do dołu.
Pewnego razu, zeszłej jesieni, zapukała do mnie sąsiadka. Za dwadzieścia siedem godzin Marcin znowu zapuka do moich drzwi i wszystko będzie miało sens. Nie wiedziałam wtedy, że za kilka godzin, w środku nocy, w czwartek, usłyszę pukanie, które zmieni wszystko. Obudziło mnie pukanie do drzwi.
Podeszłam, otworzyłam. Prawie wpadł do środka. Był pijany, pomogłam mu dojść do kanapy. Poszłam do kuchni, nastawiłam wodę na kawę.
A potem usłyszałam, jak mówi przez sen – albo może w półśnie – imię, które nie było moim. Rozpłakałam się, pobiegłam do łazienki. Zimne powietrze marcowej nocy wdarło się do mieszkania, gdy stałam przy oknie i układałam w głowie to, co właśnie usłyszałam. On chodził do mnie w soboty i wracał do ciężarnej żony.
Po każdej kolacji wracał do niej, do swoich dzieci, kładł się do łóżka obok niej. Może szeptał jej te same słowa co mnie. Wstałam, powłóczyłam nogami do drzwi, otworzyłam. Ręka trzęsła mi się tak bardzo, że ledwo trafiłam do ust.
Pierwszy łyk ciepłej zupy spłynął do żołądka i nagle coś we mnie pękło. Powiedziałam mu: „Powiedz jej. Pojedź do Warszawy. Nie dzwoń do mnie więcej”.
Zamiast czekać na jego reakcję, poszłam do szafy, wzięłam prostą czarną sukienkę, uczesałam włosy, spojrzałam w lustro. „Jadę do Warszawy” – powiedziałam do swojego odbicia. Na dworcu kupiłam bilet, pociąg do Warszawy. Pierwszy raz pojechałam tam trzy lata temu, kiedy Marcin zaprosił mnie do teatru.
Teraz pchnęłam bramkę na peron i wsiadłam do pociągu, nie wiedząc jeszcze, co zrobię, gdy dotrę na miejsce. Kiedy dotarłam pod jego drzwi, pchnęłam furtkę, poszłam ścieżką. Otworzyła mi kobieta z brzuchem – jego żona. Marcin stał za nią w przedpokoju.
Przyznał się do wszystkiego. Zaprosiła mnie do środka, podała herbatę. Powiedziała, że prawdę dostosowywał do wieku – naszej znajomości. Przed wyjściem powiedziała: „Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz potrzebować”.
W piątek wieczorem siedziałam w domu, czytałam książkę, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszłam do kuchni, nastawiłam wodę na herbatę. To była Kasia, jego żona. Została do dziesiątej.
Rozmawiałyśmy o wszystkim – o nim, o nas, o tym, co dalej. W poniedziałek rano poszłam do pracy. Anna z działu mówiła, że Marcin wyprowadził się do kawalerii. W drodze do domu minęłam Stary Kleparz.
Chciałam pojechać latem do Włoch. Oczywiście pojadę w przyszłym miesiącu do Warszawy, ale tym razem nie ze strachem – z radością. Weszłam do mieszkania, jutro niedziela, pojadę na rowerze nad Zalew Bagry.
Sama.


