Z małą łódką przywiązaną do starego pala, z której łuszczyła się farba, i z narzędziami w szopie poukładanymi dokładnie tak, jak lubił. Wsiadłem do samochodu i wracałem do siebie, do mieszkania, które znałem od lat. Ten dom nad jeziorem nie był dla mnie miejscem do codziennego życia. To było raczej coś w rodzaju azylu, miejsca, do którego się wraca na kilka dni, na weekend, na moment, kiedy człowiek chce odetchnąć.

Będę tam jeździł od czasu do czasu, sprawdzał, czy wszystko w porządku. Zadzwoniłem do niego wieczorem tak po prostu, żeby powiedzieć, że wszystko już załatwione. No to dobrze – odpowiedział i naprawdę brzmiał, jakby się cieszył. Będę tam tylko przyjeżdżał od czasu do czasu.
No taki mały lokal, bistro, nic wielkiego. Droga była znajoma aż do bólu. Te same zakręty, te same odcinki między lasami, gdzie asfalt robił się węższy i jakby starszy. Kiedy skręciłem w znajomą piaszczystą drogę prowadzącą do działki, poczułem to charakterystyczne ściskanie gdzieś pod żebrami.
Podszedłem do schodków. Świeże powietrze weszło do środka i od razu zrobiło się lżej. Wróciłem do środka, zrobiłem kawę i wyszedłem z nią z powrotem na pomost. I wtedy przyszła mi do głowy ta myśl, zupełnie zwyczajna, bez żadnego ciężaru.
Raczej, że zaczynam coś, czego jeszcze do końca nie rozumiem. Do Czesława zadzwoniłem któregoś wieczoru w środku tygodnia. No, Zbyszek – powiedział od razu. Zawsze mówił do mnie Zbyszek.
No i jak? Od czasu do czasu – odpowiedziałem. No tak – mruknął. No i jak jest.
No właśnie – też tak myślałem. A masz kogoś do pomocy? Wstałem, podszedłem do okna i spojrzałem na ciemniejące podwórko. I wtedy przyszło mi do głowy, że nasze życia zaczęły się rozchodzić w zupełnie różnych kierunkach.
Wysiadłem od razu, jakby coś mnie ciągnęło do środka. No widzisz. No na Mazurach ludzie płacą naprawdę dobre pieniądze za wynajem. Fala uderzyła lekko o most i wróciła.
No właśnie. No właśnie – powtórzył. No wiesz – zaczął. Czesław, no co?
No tak, ale przecież nie. Nie bierz tego do siebie. Nie dzwoniliśmy do siebie często, właściwie prawie wcale. Nie jak uprzejmość, tylko jak wstęp do czegoś.
Powiedziałem: od czasu do czasu. No o tobie. Dodała, że może warto czasem pomyśleć do przodu. Dlatego tak pomyślałam – wróciła do głównego wątku – że może ten wynajem to nie jest taki zły pomysł.
Czułem, że zbliżamy się do granicy, której lepiej nie przekraczać. Wysiadłem, zamknąłem samochód i podszedłem do schodków. Przeszedłem się po kuchni, potem zajrzałem do pokoju. Auto zjechało na drogę prowadzącą do działki.
Patrzyłem na to przez kilka sekund, jakbym nie do końca rozumiał, co widzę. Wróciłem do domu, wziąłem laptopa i usiadłem przy stole. Zamknąłem laptopa powoli i wtedy dotarło do mnie w pełni. Stałem jeszcze chwilę przed domem, patrząc, jak tamta para wsiada do samochodu.
Nie mieli pretensji do mnie. Wszedłem powoli do środka, zamknąłem drzwi za sobą i oparłem się na chwilę o ścianę. Wróciłem do stołu, otworzyłem laptopa jeszcze raz. Prosta, oczywista, nie do uniknięcia.
Wróciłem do środka, usiadłem przy stole i przez chwilę patrzyłem na telefon. No bez cześć, bez niczego. No i była tu przed chwilą para. Siedziałem długo przy stole, potem przeniosłem się do fotela przy oknie.
Zadzwoniłem do prawnika, znajomego jeszcze sprzed lat, z którym kiedyś załatwiałem jedną sprawę. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do najbliższego komisariatu. Zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie usiadłem naprzeciwko funkcjonariusza. Wróciłem do domu późnym popołudniem.
I tym razem nie było już nic więcej do dodania. Do tego doszły koszty prawne. Weszliśmy do środka. Odprowadziłem ją do drzwi.
A potem wróciłem do środka. I czy da się naprawdę wrócić do tego, co było wcześniej, kiedy raz ktoś przekroczy te granice?


