Ta kolacja miała być ich pierwszym wspólnym wieczorem od narodzin synka. Ewa spędziła dwie godziny przed lustrem, próbując ukryć cienie pod oczami i dopiąć sukienkę, która rok temu leżała na niej idealnie. Teraz materiał opinał się na biodrach, a zamek dopiął się z trudem. Mimo to czuła ekscytację – Marek zabierał ją na firmową kolację.

W kieszeni płaszcza ściskała kopertę z prezentem kupionym za ostatnie oszczędności. Wsiedli do jego lśniącego Audi. Na zewnątrz szalała jesienna ulewa. Marek milczał, zaciskając dłonie na kierownicy, aż zbielały mu knykcie.
Ewa spróbowała zagaić rozmowę. – Mama mówiła, że Jaś już śpi. Mamy cały wieczór dla siebie – powiedziała z uśmiechem, kładąc rękę na jego udzie. Marek strzepnął jej dłoń, jakby parzyła.
– Możesz się nie wiercić? I zapnij ten płaszcz. Boże, Ewa, czy ty widziałaś się w lustrze? Zamarła.
Uśmiech spełzł z jej twarzy. – O co ci chodzi? Przecież urodziłam miesiąc temu. – Miesiąc?
– prychnął. – Inne kobiety po miesiącu wyglądają jak modelki, a ty wyglądasz jak wieloryb wciśnięty w kondom. Wstyd mi z tobą wchodzić do restauracji. Mój szef będzie tam ze swoją nową narzeczoną.
A ja co? Mam pokazać ciebie z tym brzuchem i tłustymi włosami? Każde słowo było jak uderzenie batem. Ewa poczuła łzy napływające do oczu.
– Marek, proszę cię. Staram się. Nie śpię po nocach, karmię. – Przestań się tłumaczyć!
– krzyknął, gwałtownie hamując. Samochód stanął na środku pustej drogi pośród strug deszczu. – Mam tego dość. Nie będziesz mi psuć wizerunku.
Wysiadaj. Spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Co tutaj? W ulewę?
Do domu jest dziesięć kilometrów. – Wysiadaj, powiedziałem. Droga do domu zajęła jej ponad trzy godziny. Przemarznięta do szpiku kości weszła do cichego salonu.
W ręku trzymała mokrą kopertę – bilet do wolności, o którym Marek nie miał pojęcia. Kiedy w końcu dotarł do domu, zachwiał się w progu i spojrzał na nią z pogardą. – Idę spać do pokoju dziecka. Mam dość patrzenia na twoją wściekłą minę.
– Do mamusi? – zapytała cicho. – A tak przy okazji – rzucił od drzwi. – Zablokowałem ci dostęp do naszego wspólnego konta.
Boże, Ewa, wracaj do domu. Wracaj do rzeczywistości. Następnego dnia Marek ubrał się w garnitur, wylał na siebie pół butelki perfum i pobiegł do samochodu. Tego popołudnia czekała go ważna rozmowa w kancelarii.
Kiedy wszedł do środka, od razu zauważył Ewę. Siedziała przy stoliku, wyglądając lepiej niż kiedykolwiek. Podszedł z bukietem zwiędłych róż kupionych na stacji benzynowej. – Przejdźmy do rzeczy – powiedział, siadając naprzeciwko.
– Dobrze, niech będzie rozwód, ale połowa wygranej należy do mnie. Ewa uśmiechnęła się, sięgnęła do torebki i wyciągnęła pożółkły dokument. Marek spojrzał na papier i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. – Twoja matka zmusiła mnie do podpisania tej intercyzy tydzień przed ślubem – powiedziała spokojnie.
– Majątek nabyty w drodze gier losowych, spadków i darowizn wchodzi do majątku osobistego małżonka. Jego twarz zbielała. – Będziesz go potrzebował, żeby dojeżdżać do pracy – dodała cicho, – bo alimenty, które zasądzi sąd, będą bardzo wysokie. Nachyliła się nad nim i szepnęła:
– A co do mojej wagi… w tym tygodniu zrzuciłam dziewięćdziesiąt kilogramów.
Wstała, wzięła torebkę i ruszyła do wyjścia. – Do usłyszenia – rzuciła przez ramię. Marek został przy stoliku, patrząc na dokument, który właśnie zniszczył jego życie. Stracił wszystko – nie przez pech, ale przez własną pychę i brak szacunku do najbliższej osoby.
A Ewa, wychodząc z kancelarii, po raz pierwszy od miesięcy oddychała pełną piersią.


