Przestaliśmy rozmawiać o tym, co widzieliśmy, ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym, co znalazłam. To zaczęło się niewinnie, od zwykłej rutynowej wizyty w aptece, do której Krzysztof zaglądał co miesiąc po moją receptę. Nie zwracałam na to uwagi, dopóki pewnego listopadowego dnia, szarego i wilgotnego, nie weszłam do środka i nie usłyszałam od pana Marka, farmaceuty, słów, które sprawiły, że świat stanął w miejscu. Powiedział, że nie może być pewien, ale jeśli chcę wiedzieć więcej, powinnam porozmawiać z doktor Kamińską.

Nie poszłam wtedy do apteki, bo coś mnie tknęło, ale poszłam do lekarza bez wiedzy Krzysztofa. To nie było zwykłe zmęczenie po długim tygodniu; to było coś głębszego, coś, co odbierało mi siły, a on każdego ranka podawał mi tabletkę przy ekspresie do kawy, z taką samą spokojną troską, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Pasujecie do siebie jak opiekunka i podopieczna, powiedziała kiedyś moja matka, a ja wtedy tylko się uśmiechnęłam. Dopiero gdy usiadłam w gabinecie lekarskim i usłyszałam diagnozę, zaczęłam składać wszystko w całość.
Wróciłam do domu, ugotowałam zupę, nakryłam do stołu, a wieczorem usiedliśmy razem do kolacji. Patrzyłam na jego ręce, te same, które każdego ranka podawały mi lek, i milczałam. Jest cisza kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia, i cisza kogoś, kto ma zbyt wiele i wybiera, żeby tego nie mówić. Wybrałam tę drugą.
Przez kolejne tygodnie udawałam, że wszystko jest normalnie. Wracałam o normalnych porach, piłam kawę, rozmawiałam o banalnych sprawach, ale każdego dnia czułam, jakbym chodziła po cienkim lodzie. W sobotę pojechałam do ojca, do tego samego mieszkania z kaflami w kuchni i zapachem starych książek, i siedziałam tam, myśląc o tym, że za kilka tygodni wstanę rano i nie będzie żadnej szklanki wody przygotowanej przez kogoś innego, że sięgnę po właściwą tabletkę sama. Wieczorem napisałam do Krzysztofa, krótko i bez emocji, że chcę porozmawiać, że zarezerwowałam stolik w knajpie, w której bywaliśmy, i że proszę, żeby przyszedł przed pracą.
Kiedy usiedliśmy naprzeciwko siebie, sięgnęłam do torby i położyłam na stoliku dwa opakowania leków. Patrzył na nie, a potem na mnie, i przez chwilę jego twarz była pusta. Zostawiłam klucze na blacie przy ekspresie do kawy, wyszłam i pierwszy raz od bardzo dawna usiadłam przy oknie z kawą, sięgając po leki, które należały tylko do mnie.


