Mirek kroił pieczarki do jajecznicy, a z recepcji ciągnął się zapach świeżo mielonej kawy. Wnieśliśmy razem kilka skrzynek do kominka w głównym salonie. Zaprowadziłem ich do pokoi na pierwszym piętrze. Po drodze Sylwia pytała tylko o wifi i czy w pokojach jest ekspres do kawy.

Kiedy postawiłem walizki przy łóżku, wyjęła z torebki banknot dwudziestozłotowy i podała mi go od niechcenia. Wziąłem te dwadzieścia złotych. Skinęła tylko głową i odwróciła się do matki. Rzuciła do mnie przez ramię, że na kolację nie chcą ryby, bo człowiek przyjedzie nad morze i wszędzie mu wciskają ryby.
Kiedy wracałem z tacą do baru, usłyszałem głos Romana, który mówił coś o hydrauliku, co to niedawno przyszedł. Podszedłem do kominka i poprawiłem drewno. Dla nich to była nieruchomość, kolejna rzecz do sprzedania. Sięgnęła do torebki i wyjęła dziesięć złotych.
Przeszedłem przez zaplecze, minąłem magazyn i wszedłem do swojego małego gabinetu za recepcją. Zamknąłem teczkę i wsunąłem ją z powrotem do szuflady. Dobra, oddzwonię – rzucił w końcu i schował komórkę do kieszeni. No tego starszego.
Tomek, no nareszcie jesteś. Dobra, chodźmy już do środka. Poszli do restauracji, a ja zostałem chwilę sam na tarasie. Wróciłem do środka, minąłem recepcję i poszedłem schodami na górę do małego pokoju obok biura.
Cofnąłem obraz do obiadu. Ostatni goście dawno poszli do pokoi. Wstałem i zszedłem na dół do restauracji. Pamiętam, jak jeździliśmy starym Żukiem po używane płytki do Koszalina, bo nowe były za drogie.
To byłoby nawet prostsze do zrozumienia. No powiedziałaby – Renata położyła mi rękę na ramieniu. Potem wróciłem do gabinetu. Dokumenty były gotowe do podpisania.
Potem przyszła Alina z segregatorem pod pachą, a około wpół do jedenastej przed pensjonatem zatrzymało się ciemne Volvo. Renata przyjechała kiedyś tylko na wakacje do pracy i została na szesnaście lat. O wpół do dwunastej Tomek z Sylwią i jej rodzicami zeszli na kolację. Telefon co chwilę brał do ręki, odkładał, znowu brał.
Podszedłem do ich stolika spokojnie. „Tomek, Sylwia, chciałbym was prosić po kolacji na chwilę do małej sali konferencyjnej”. Renata odłożyła powoli notes, a mecenas Wróbel poprawił okulary i powiedział spokojnym głosem: „Pani Sylwio, właściciel już tu jest”. „Panie Bogdanie, naprawdę doszło do okropnego nieporozumienia”.
„Panie Bogdanie, no bez przesady” – ale ja pierwszy raz od początku tego wieczoru wszedłem mu w słowo. To był pomysł mojej żony jeszcze przed chorobą i nagle wróciło do mnie wspomnienie Haliny siedzącej kiedyś przy recepcji z kubkiem herbaty. „No, każdy czasem powie coś głupiego”. Sięgnąłem do kieszeni polarowej bluzy.
Podszedłem do Sylwii i położyłem go przed nią na stole. „No naprawdę, kto nigdy nie powiedział czegoś głupiego przy stole? ” Sylwia odwróciła się do niego gwałtownie. Mecenas Wróbel spokojnie zamknął dokumenty i wsunął je z powrotem do teczki.
„Napisz do mnie! ” „Napisz do mnie sam, bez nikogo obok”. „No”. Justyna niosła deser do stolika przy oknie.
Drzwi wejściowe otworzyły się i do środka wpadł zimny zapach morza. Biegał po plaży w za dużej czapce i zbierał bursztyny do czerwonego wiaderka po lodach. Wróciłem do gabinetu i długo siedziałem przy biurku.
Jeśli dotrwaliście do końca, napiszcie mi jedną rzecz.


