Obcy ludzie wchodzą do środka i wynoszą meble. Potem szła do piwnicy, żeby policzyć słoiki z dżemem. Pomysł na wyjazd do Włoch nosiłem w sobie od dawna. Tadeusz, my już nie mamy 20 lat.

Właśnie dlatego nie powinniśmy czekać następnych 20 lat. Nie odpowiedziała. Do mniejszej walizki spakowała apteczkę, która wyglądała tak, jakbyśmy wybierali się nie do Włoch, tylko na wyprawę ratunkową w góry. Zadzwonię do Marka tylko na chwilę.
Kwiaty same się nie podleją. Dziś wieczorem idziemy do restauracji. W końcu wróciliśmy do sklepu. Barbara wzięła sukienkę, ale przed wejściem do przymierzalni jeszcze się zawahała.
Nie tak, jak uśmiechała się do wnuków albo do gości przy niedzielnym stole. Wieczorem poszliśmy do małej restauracji niedaleko portu. Ciasna kuchnia, stary gramofon i wieczory, kiedy liczyliśmy pieniądze do wypłaty. Barbara śmiała się na fotografii oparta o moje ramię, jakby znowu miała 20 kilka lat.
Tego dnia poszliśmy do małej restauracji schowanej między kamiennymi domami. Wieczorem Barbara nawet nie zapytała, o której wrócimy do hotelu. Chciałem zabrać aparat na wycieczkę do sąsiedniego miasteczka. Zajrzała pod łóżko, do szafy, nawet do łazienki.
Zeszliśmy do recepcji. Jacyś obcy ludzie noszą do środka kartony, deski i worki z materiałami. Jeden wszedł do domu, dwóch chodzi po ogrodzie. Natychmiast zadzwoniłem do Marka.
Mateo z recepcji zadzwonił do kilku miejsc, które wcześniej wskazaliśmy. Poszliśmy do miejscowego biura rzeczy znalezionych. Potem wróciliśmy do kawiarni przy promenadzie. Ciemna marynarka, te same okulary.
Wstałem i podszedłem do niego. Mieliśmy zejść do recepcji. Powiedziała do Alicji. Zadzwoniłem do Marka.
Barbara podeszła do okna. Odwróciła się do mnie. Narzędzia, które kupowałem jeszcze wtedy, gdy Marek chodził do szkoły. Ludzie wchodzą do domu, meble znikają.
Wieczorem zadzwoniliśmy do Marka przez kamerę. Dorota zrobiła krok do przodu. Weszliśmy do środka. Natychmiast podszedłem do pudeł z dokumentami.
Zbigniew zaprowadził nas do sypialni. Dorota otworzyła drzwi do małego pokoju obok sypialni. Powiedziała do Barbary, żebyś miała własny kąt. Potem Marek zaprowadził nas do salonu, zdjął płótno z głównej ściany.
Chciałem, żeby każde słowo do niego dotarło. Powiedziała do Marka i Doroty. Ale dobre intencje nie dają prawa do decydowania za innych. Marek wstał i wyszedł do przedpokoju.
W końcu Barbara wstała i podeszła do Marka. We Włoszech coś do mnie dotarło. Chcę chodzić na kawę, do kina, może czasem do teatru i zamierzam nosić ładne rzeczy, także bez specjalnej okazji. Ja też się do tego przyzwyczaiłem, przyznałem.
Brak koperku do ziemniaków się nie liczy. Wieczorem wszyscy usiedliśmy do kolacji. Odwróciła się do mnie plecami i uniosła włosy.


