Powiedziała to tak cicho, że do dziś mam wrażenie, jakby tylko wyszła do sklepu i miała zaraz wrócić. Uśmiechnąłem się, podałem jej rękę, zaprosiłem do stołu. Pojechałem do nich autobusem miejskim, potem kawałek tramwajem. Wróciłem do domu z tą samą torbą.

Jaki tam biznes, mruknąłem, żeby do pierwszego wystarczyło. Bałem się, choć głupio się do tego przyznać. Którejś soboty podeszła do mnie Halina, sąsiadka z ulicy obok. To ona poszła ze mną do urzędu gminy.
Aż pewnego piątku podszedł do mnie mężczyzna w granatowej kurtce. Wysłuchają, pokiwają głową, a potem wrócą do swoich garnków i swoich rachunków. Pierwszy przyszedł do mnie młody chłopak, Bartek, cichy, pracowity, z rękami do roboty. Jeździłem nim do sklepów w Gdańsku, potem do Sopotu, do małych restauracji, do pensjonatów.
Wodziłem go do weterynarza w Gdańsku. Rano pojechałem do notariusza i podpisałem. Później ludzie pukali do biura i pytali, czy przyjmuje do pracy. Widzisz, Haniu, powiedziałem do pustej kuchni.
Bo nie wszystko stare jest do wyrzucenia. Nie biegał do bramy jak dawniej. Z drewnianej szopy do znanej marki. Ja schowałem egzemplarz do szuflady obok zdjęć Pawła.
Nie pobiegłem do bramy, nie rzuciłem się Pawłowi na szyję. Może gdyby przyjechał 10 lat wcześniej, może pięć, może nawet rok po tym, jak zostawił Bruna, nogi same poniosłyby mnie przez podwórze. Do tej chwili stał przy schodach, stary, chwiejny z głową opuszczoną. Bruno podszedł do Pawła i przycisnął pysk do jego dłoni.
Słowa ładne, wygładzone, gotowe do podania na talerzu. Dziadku, pierwszy raz w życiu ktoś tak do mnie powiedział. Kasia machnęła ręką, jakby mówiła do dziecka. One są miłe, ale nie można żyć przeszłością.
Łyżeczkę mieszał kawę, choć cukru do niej nie wsypał. Potem zaczęła zaglądać do zakładu. stała w płaszczu przy wejściu i mówiła do pracowników: “Dzień dobry. ”
Pani Kasiu, powiedziałem wtedy wchodząc do pakowni, etykiety zostają.
Tylko dzieci wnosiły do domu coś czystego. Natalia i Kacper coraz częściej przychodzili do mnie do kuchni. Potem poszliśmy do ogrodu. Oni nie wrócili do mnie.
Nie do ojca, nie do dziadka, nie do człowieka. On już nie pójdzie do bramy. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do miasta. Paweł myślał, że jadę do zakładu.
Jeśli chcesz zostać blisko, możesz przyjść do zakładu jako pracownik. Kasia pochyliła się do przodu. Nie ma tu przestrzeni do dyskusji o majątku. Zawsze mogą tu przyjeżdżać do mnie, nie do majątku, nie do firmy, do dziadka.
Myślałem, że wyjdzie, ale on tylko przeszedł do okna. Potem odwrócił się do mnie. Dzieci zostaną do obiadu, jeśli chcą.


