Po śmierci Heleny przyzwyczaiłem się do ciszy. Do samotności jakoś się przyzwyczaiłem, ale do bezczynności nigdy. Zszedłem do piwnicy i urządziłem tam warsztat. Naprawiałem znajomym sterowniki do pieców, wymieniałem stare termostaty, sprawdzałem pompy obiegowe.

Wieczorami, gdy wracałem do domu, schodziłem jeszcze raz do warsztatu, żeby coś popracować. Czasem tylko siedziałem, patrząc na półki z narzędziami, i myślałem, że to wszystko to za mało. Ale przynajmniej nie siedziałem bezczynnie. Pewnego dnia przyszedł do mnie Paweł.
Dawno się nie widzieliśmy, a on zmienił się po stracie pracy. Powiedział, że chce spróbować czegoś nowego. Zszedł ze mną do warsztatu i popatrzył na moje urządzenia. Może dałoby się z tego zrobić system, który sam reguluje ogrzewanie w domach i hotelach?
Tak zaczęliśmy pracować razem. Przez kilka tygodni testowaliśmy różne ustawienia, zmienialiśmy kod, montowaliśmy nowe czujniki. Wieczorami siedzieliśmy w warsztacie do późna, słychać było tylko szum wentylatorów i stukot klawiatury. Z czasem system zaczął działać tak, jak powinien.
Zbierał dane i sam regulował temperaturę, oszczędzając energię. Paweł był zachwycony. Kiedy urządzenie było gotowe, pomogłem mu dotrzeć do pierwszych ludzi. Zadzwoniłem do Błażeja, który prowadził niewielki pensjonat w Rypce Zdroju, potem do Oskara, elektryka z Wieliczki, człowieka dokładnego, choć wiecznie spóźnionego.
Paweł jeździł do nich, montował system, tłumaczył, jak działa. Klienci byli zadowoleni. Czasem któreś urządzenie się psuło i trzeba było je poprawić. Paweł przyjeżdżał wtedy do mnie, a ja spędzałem w warsztacie kolejne wieczory, aż wszystko działało.
Z czasem Paweł zaczął odnosić sukcesy. Udzielał wywiadów, jeździł na konferencje, pozował do zdjęć obok urządzenia. Znalazłem kiedyś w internecie tekst, w którym opowiadał, że po utracie pracy sam opracował nowatorski system sterowania ogrzewaniem dla hoteli. Nie wspominał o mnie ani słowem.
Przeczytałem to kilka razy i odłożyłem telefon. Może miał swoje powody, pomyślałem. Może tak właśnie wygląda biznes. Ale coś mnie gryzło.
Kilka miesięcy później Paweł przyjechał do mnie nowym czarnym samochodem. Wysiadł, uśmiechnął się i powiedział, że mamy okazję, o jakiej nie śmieliśmy marzyć. Jakaś firma chce podpisać umowę na wyłączność. Ale najpierw trzeba się spotkać, porozmawiać, podpisać papiery.
Powiedziałem, że dobrze, że mogę pojechać. On jednak powiedział, że lepiej, żebym został w domu. On sam wszystko załatwi. Zdziwiłem się, ale zgodziłem się.
Potem odprowadziłem go do drzwi. Wieczorem zszedłem do warsztatu. Porządkowałem pudełka z przewodami, ale myśli i tak wracały do tego, co powiedział Paweł. Dlaczego nie chce, żebym jechał?
Dlaczego wszystko załatwia sam? Magda zajrzała do pokoju, żeby się pożegnać. Uśmiechnęła się i powiedziała: do zobaczenia wieczorem. Potem napisała wiadomość, że muszę koniecznie pojechać, że coś jest nie tak.
Dosłownie: „Jedź tam. Coś jest nie tak”. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, wyświetliło się „Brak połączenia”. Następnego dnia rano wsiadłem do autobusu do Krakowa.
Schowałem telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki, poprawiłem mankiet i wszedłem do środka. W środku było elegancko, czuć było kawą i perfumami. Odwróciłem się i podszedłem do małego stolika. Po chwili podszedł do mnie młody kelner, mógł mieć najwyżej dwadzieścia kilka lat.
Zapytał, co podać, a ja zamówiłem kawę. Rozglądałem się po sali. Elżbieta uśmiechała się do Radosława, a Magda patrzyła na stół, jakby czegoś szukała. Nie widziałem Pawła.
Kiedy podano kawę, Radosław podniósł się i podszedł do mnie. Przedstawił się i powiedział, że chodzi o prawa do technologii, którą właśnie prezentuję. Zmarszczyłem brwi. Jaką technologię?
„Urządzenie do regulacji ogrzewania, które pan opracował i które Paweł prezentuje jako swoje”. Serce zabiło mi mocniej. Powiedziałem, że to mój projekt, że razem go tworzyliśmy. Radosław pokiwał głową.
Potem zadał pytanie wprost: „Czy prawa do rozwiązania zostały panu sprzedane? ”. Spojrzałem na niego zdziwiony. „Nie” – powiedziałem.
„W takim razie dzisiejsze podpisanie umowy nie dojdzie do skutku” – odpowiedział spokojnie. „Do czasu wyjaśnienia sprawy nie będzie kontraktu ani rozmowy o inwestycji. Firma ma zakaz sprzedawania czegoś, do czego nie potrafi wykazać praw”. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Magda wstała i podeszła do nas.
Miała w telefonie notatki. Powiedziała, że przez cały czas śledziła pocztę Pawła, że zbierała dowody, że to on próbował sprzedać mój projekt jako swój. „Prawa wróciły do mnie” – wyszeptała. „Sprawdziłam to.
Wróciły do mnie, bo nigdy ich nie sprzedałem”. Kelner przyniósł rachunek, a ja czułem, jakby cały świat nagle ucichł. Wracałem do domu tym samym autobusem. Tym razem nie chowałem telefonu do kieszeni.
Dzwoniłem do Pawła, ale nie odbierał. Wieczorem zszedłem do warsztatu. Usiadłem przy stole, obok stało pudełko z prototypem. I wtedy coś we mnie pękło.
A raczej coś się ułożyło. Postanowiłem, że nie schowam tego do szuflady. Kupiłem sobie nowe zestawy do programowania sterowników, czujniki, narzędzia i stanowiska pomiarowe. Zacząłem prace nad ulepszoną wersją.
Nie dla Pawła. Nie dla firmy. Dla siebie. I dla ludzi, którzy chcieliby z tego korzystać.
Teraz, kiedy schodzę do warsztatu, nie czuję już tej pustki. Słyszę, jak wentylatory grają swoją melodię, a na ekranie migają dane. Kamil, syn sąsiadów, zaczął częściej zaglądać do mojego warsztatu. On też chce się uczyć.
Pokazuję mu, jak działa system, a on słucha uważnie, z tym samym błyskiem w oku, który kiedyś miałem ja. Wiem, że zrobię to lepiej. Wiem, że teraz będzie naprawdę moje.


