Michał przysiadł na brzegu materaca, dławiąc łzy, i złożył pocałunek na rozpalonym czole córki. Olga powiedziała coś łagodnie, po czym ostrożnie ostudziła gorący płyn i przytknęła brzeg naczynia do woskowych ust pasierbicy. Dziewczynka była chora, ale nie na zwykłą infekcję – to było coś gorszego, coś, co odbierało jej siły z każdym dniem. Olga, macocha Alicji, miała własny plan.

Uśmiechała się czule, ale w jej oczach czaił się chłód. – Wiem, że pewnie mnie wyśmiejesz albo od razu poślesz do diabła – powiedziała do Michała. – Ja działam wedle własnych zasad, a do tego potrzebuję czasu, ciszy i braku waszej obecności. Zostawcie dziecko na pełne dwa tygodnie, a doprowadzę sprawę do końca.
Michał wahał się długo, ale w końcu uległ. Olga również gorąco orędowała za powrotem do warszawskiego komfortu, do kontrolnych badań i konsultacji ze specjalistami, by definitywnie potwierdzić poprawę. Pierwsze dwie doby po powrocie do domu przypominały najpiękniejszy sen. Michał po raz pierwszy od miesięcy pojechał do biura z poczuciem, że znowu może swobodnie oddychać.
Alicja wracała do zdrowia. Jej policzki nabierały koloru, a kroki stawały się pewniejsze. Jednak coś w tej całej sytuacji nie dawało Michałowi spokoju. Kiedyś przypadkiem usłyszał, jak Olga mówi do siebie w kuchni: – To szarlataństwo, to przestępstwo, cofanie się do średniowiecza.
W tamtej chwili dotarła do niego najokrutniejsza prawda. To nie była choroba. To była trucizna. Podawana w małych dawkach, dzień po dniu, przez osobę, której ufał najbardziej.
Wpadli do chaty pani Stanisławy, starszej kobiety, która od lat zajmowała się ziołami i naturalnymi metodami leczenia. To ona pierwsza zauważyła, że coś jest nie tak. Dziewczynka doszła do siebie, ale tylko dzięki jej interwencji. Pani Stanisława nie okazała najmniejszego zaskoczenia, widząc ich na progu.
– Idźcie, dziewczęta, sypnąć ziarna kurom i zajrzyjcie do kurnika po świeże jajka. A ty, gospodarzu, chodź do środka. Mamy sprawę do omówienia. Do gardła Michała podszedł dławiący skurcz mdłości.
Pani Stanisława mówiła spokojnie, ale każde jej słowo było jak cios. – Czasem chora, egoistyczna żądza zawłaszczenia drugiego człowieka na wyłączność popycha ludzi do najbardziej zwyrodniałych czynów. Tamten wieczór w kuchni, gdy oznajmił Oldze, że zabiera córkę na dwutygodniowe wakacje do Włoch, tylko we dwoje, bez niej – to był początek końca. Olga nie mogła tego znieść.
Nie mogła znieść myśli, że Michał i Alicja będą mieli własny świat, do którego ona nie należy. Bez słowa Michał podniósł słoiczek z blatu, schował go głęboko do kieszeni kurtki i chwiejnym krokiem, niczym zamroczony, wyszedł na zewnątrz. Wiedział już wszystko. Wiedział, kto otruwał jego córkę.
Wiedział, kto chciał ją zniszczyć, by mieć go tylko dla siebie. – Siadajcie do stołu, moje skarby – powiedziała pani Stanisława do dziewcząt. Ze swobodą rozłożyła porcelanową zastawę, nalała wszystkim kompotu, po czym z czułym uśmiechem sięgnęła do lodówki po słoik z czerwoną zakrętką. – Wypij do dna, żeby wzmocnić siły po powrocie.
Michał patrzył na ten słoik i poczuł, jak krew stygnie mu w żyłach. To był ten sam słoik, który widział w domu. Ten sam, z którego Olga codziennie nalewała Alicji „zdrowotny napar”. – Alicjo, idź do siebie, zamknij drzwi i nie wychodź – powiedział cicho, ale stanowczo.
Gdy dziewczynka zniknęła, odwrócił się do Olgi. – Przysięgam ci, nie chciałam doprowadzić do jej śmierci – wyjąkała, łkając. – Każda twoja myśl, każda wolna chwila, każdy weekend należały do Alicji. Ja nie istniałam.
Chciałam tylko, żebyś mnie zauważył. Michał ominął wijącą się w histerii kobietę, podszedł do pokoju córki i pchnął drzwi. Weszł do środka i zamknął ją w stalowym uścisku, osłaniając przed całym złem świata. Jeszcze najwyżej dwa miesiące takiego podtruwania i doszłoby do nieodwracalnej niewydolności wielonarządowej – powiedziała później pani Stanisława.
Przygnieciona bezspornym materiałem dowodowym i wynikami ekspertyz, Olga załamała się podczas przesłuchania i przyznała do winy. Alicja początkowo płakała, martwiła się i chciała wysłać jej długi list z własnoręcznymi rysunkami, lecz ojciec łagodnie odwiódł ją od tego zamiaru. – Dziękuję, że byliście ze mną do końca – powiedział Michał do tych, którzy naprawdę się liczyli. Przytulił córkę i obiecał sobie, że już nigdy nie pozwoli, by ktokolwiek stanął między nimi.
Bo czasem miłość potrafi być najniebezpieczniejszą trucizną.


