Przed ślubem matka złapała mnie za dłonie i powiedziała coś, co wtedy zbyłam śmiechem. “Przyjrzyj się dobrze nie tylko facetowi, ale i jego starym, żebyś potem nie płakała jak ja. ” Uznałam, że panikuje. Mateusz patrzył na mnie maślanym wzrokiem, a jego rodzice wydawali się najsympatyczniejszymi ludźmi pod słońcem.

Teść, Janusz, postawny, szpakowaty facet, złota rączka. Teściowa, Danuta, wiecznie poprawiająca obrusy. Dopiero po latach zrozumiałam, o co chodziło mojej matce. Nie chodziło o żadne patologie, tylko o toksyczną atmosferę, która wciągała każdego, kto zbliżył się do tej rodziny.
A wszystko kręciło się wokół Janusza. Złego słowa nie można było o nim powiedzieć. Całe życie tyrał jako brygadzista, wszystko umiał naprawić. Miał jednak jedną słabość, która wykańczała całą rodzinę i drenowała portfele: był mistrzem absurdalnego skąpstwa.
Fizycznie cierpiał, jeśli nie skorzystał z okazji, nawet gdy śmierdziała oszustwem. Jego żona mawiała o nim z rezygnacją: “To nie jest chłop, to chodzące nieszczęście. ” Wtedy machałam na to ręką.


