Stałam w kuchni, mieszając rosół, kiedy Robert powiedział, że już tak nie może. Że ma prawie 50 lat i chce jeszcze coś poczuć. Nie krzyknęłam, nie zapłakałam. Powiedziałam tylko: „Rozumiem”. I…

Stałam w kuchni, mieszając rosół, kiedy Robert powiedział, że już tak nie może. Że ma prawie 50 lat i chce jeszcze coś poczuć. Nie krzyknęłam, nie zapłakałam. Powiedziałam tylko: „Rozumiem”. I...

Robert stał w kuchni z rękami w kieszeniach i patrzył, jak Iwona miesza zupę. Pachniało rosołem i koperkiem. Na blacie leżały rachunki, które miała opłacić. Czuł narastającą irytację.

Thumbnail

Ciągle to samo: zakupy, pranie, obowiązki. Miał prawie pięćdziesiąt lat i nie chciał już tak żyć. Chciał jeszcze coś poczuć, żyć normalnie, a nie według listy. Iwona odłożyła łyżkę.

Nie krzyknęła, nie zapytała o inną kobietę, nie rozpłakała się. Spojrzała na niego spokojnie i powiedziała tylko: „Rozumiem”. Robert wyprostował się zaskoczony. Przygotowywał się na płacz, pretensje, wyrzuty.

A ona zdjęła fartuch i dodała: „Torbę masz na górnej półce w przedpokoju. Tę dużą”. Wieczorem spakował kilka koszul, spodnie, swetry i wyszedł. Czuł rozczarowanie, że Iwona nie walczyła.

Uznał, że miała rację – była częścią mieszkania jak kredens czy czajnik. Dorota mieszkała po drugiej stronie Wrocławia, na nowym osiedlu. Jej mieszkanie było jasne, nowoczesne, bez serwetek i figurek. Miała czterdzieści kilka lat, pracowała w dużej firmie i kierowała zespołem.

Robertowi imponowała. Przy niej czuł się młodszy, lżejszy. Pierwszego ranka Dorota powiedziała przy kawie: „Ustalmy to od razu. Nie uznaję układów, że kobieta wszystko robi, a facet siedzi przed telewizorem.

Partnerstwo to partnerstwo. Sprzątanie, zakupy, gotowanie – dzielimy się po połowie”. Robert zgodził się z uśmiechem. Brzmiało rozsądnie.

Przez pierwsze dni było idealnie. Pili razem kawę, chodzili na kolacje, Dorota żartowała i proponowała wino w środku tygodnia. Robert był zachwycony. Właśnie tego chciał – lekkości i spontaniczności.

Pod koniec drugiego tygodnia dostał wiadomość: „Kochany, skoro wracasz autem, zrobisz zakupy? ”. Pod spodem była długa lista: mleko bez laktozy, łosoś, rukola, awokado, oliwki. Robert uśmiechnął się i pojechał do supermarketu.

To nic wielkiego. Potem listy robiły się coraz dłuższe. Dorota wybierała, co będą jeść, jakie ręczniki pasują do łazienki, jaki płyn do naczyń kupić. Robert odbierał paczki, wnosił kartony, robił zakupy.

Na początku go to bawiło. Czuł się jak ktoś, kto dobrze radzi sobie z dorosłym życiem. Ale Dorota zawsze miała powód, żeby nie gotować. Raz bolał ją kręgosłup, innym razem miała trudne zebranie, czasem świeżo zrobione paznokcie.

„Tylko przełóż naczynia do zmywarki i przetrzyj blat. Nic wielkiego” – mówiła. To określenie lubiła szczególnie. Pranie?

Nic wielkiego. Kuchnia? Wystarczy przetrzeć płytę. Po kilku tygodniach Robert poruszał się po mieszkaniu automatycznie: zakupy, gotowanie, talerze, śmieci.

Kiedyś objęła go od tyłu przy zlewie i powiedziała: „No widzisz, prawdziwy nowoczesny facet. Mój były uważał, że talerz sam wraca do szafki”. Robert wyprostował plecy. To działało.

Lubił myśleć o sobie jako o kimś nowoczesnym. W sobotę Dorota oznajmiła, że mieszkanie wymaga sprzątania, ale podzielą się. Robert wziął odkurzacz. Dorota zaczęła układać kosmetyki, a po kilkunastu minutach siedziała na kanapie z telefonem.

„Pod sofą też przejedź dobrze. I przetrzyj półki w sypialni”. Robert odkurzał, mył lustro, wannę, podłogę. Kiedy schylał się nad fugami, zabolały go plecy.

Usiadł na chwilę i pomyślał o Iwonie. Przez tyle lat sobotnie porządki dla niego nie istniały. Wracał do czystego mieszkania, pachnącej łazienki, pełnej lodówki. Nigdy nie zastanawiał się, ile czasu to zajmowało.

Pokręcił głową i wmówił sobie, że tamto życie było rutyną, od której uciekł. Minęło kilka miesięcy. Robert coraz częściej łapał się na tym, że po pracy wcale nie odpoczywa. W biurze kończył jedno, w domu zaczynał drugie.

Ale patrzył na Dorotę i mówił sobie, że sam tego chciał. Chciał kobiety energicznej, ambitnej, takiej, która nie żyje tylko obiadem i praniem. Dorota taka była. Wracała z pracy pełna historii, gestykulowała, chodziła po salonie.

Robert słuchał i czuł, że uczestniczy w życiu większym niż to, które zostawił. Któregoś czwartku Dorota wpadła do domu podekscytowana. „Dostałam awans! Od przyszłego miesiąca przejmuję cały zespół”.

Robert wyjął prosecco. Usiedli przy stole. Dorota chciała zaprosić kilka osób z pracy na kolację. „Zróbmy coś u nas, bardziej po domowemu” – powiedziała.

Robert zgodził się. Ale Dorota nagle uznała, że ściana za sofą jest nijaka. „Można by ją przemalować”. Potem okazało się, że regał stoi w złym miejscu, lampa jest za chłodna, a stół trzeba przesunąć.

Robert patrzył na nią podejrzliwie. „Miało być kilka osób na kolację, a ty planujesz remont”. Dorota roześmiała się: „Jaki remont? Jeden weekend i będzie po wszystkim”.

W sobotę pojechali do Castoramy. Dorota przez pół godziny porównywała próbki farb. Do wózka trafiły wałki, taśma, folia, nowa lampa i drobiazgi. Przy kasie wyszło ponad tysiąc złotych.

Robert mruknął coś, a Dorota pocałowała go w policzek: „Za to będzie pięknie”. Po powrocie Robert ledwo zdjął kurtkę. „Najpierw trzeba odsunąć regał” – zdecydowała Dorota. Spróbowała i od razu puściła: „Ty masz więcej siły.

Ja będę patrzeć, czy idzie prosto”. Robert przesunął mebel sam. Potem zdjął półki, rozłożył folię, otworzył farbę. Dorota usiadła na sofie i przeglądała zdjęcia.

„Mieliśmy robić razem” – powiedział Robert. „Przecież robię. Pilnuję, żebyśmy nie żałowali koloru”. To, co miało zająć weekend, przeciągnęło się na kilka dni.

W poniedziałek Robert wrócił z pracy i zobaczył paczkę z lampą. „Trzeba ją dziś zawiesić” – powiedziała Dorota. Po kolacji wszedł na drabinę i przez pół godziny ustawiał lampę nad stołem. „Trochę bardziej w prawo.

Nie, za dużo. Teraz chyba dobrze”. „Chyba” oznaczało kolejne dziesięć minut. We wtorek malował drugą warstwę farby.

Dorota siedziała z laptopem: „Muszę odpisać na maile. Po awansie wszyscy czegoś ode mnie chcą”. Robert nic nie powiedział. Usłyszał tylko: „Tu jeszcze prześwituje”.

Westchnął i poprawił. W środę składał stolik, który Dorota zamówiła. Siedziała obok i czytała instrukcję. „Ta śrubka chyba nie tutaj”.

„Jest dokładnie tutaj”. Kiedy stolik był gotowy, okazało się, że nie pasuje do miejsca. „Może jednak przy oknie? ”.

Robert przeniósł go. „Nie, za ciasno”. Stolik wrócił. Potem regał trzeba było przesunąć jeszcze raz.

„Przecież ustawialiśmy go w sobotę”. „Wtedy nie było lampy. Teraz proporcje są inne”. Robert złapał mebel.

„Boże, tylko nie porysuj podłogi” – usłyszał. Miał ochotę powiedzieć, że jeśli tak boi się o podłogę, może sama potrzymać drugą stronę. Ale ugryzł się w język. Wiedział, jak ważny był dla niej awans.

W czwartek wynosił z piwnicy stare krzesła i kartony, odkurzał pył, przykręcał półki. Dorota przeszła obok, masując kark: „Ja już nie mogę ruszać szyją”. „To może się połóż”. „Chyba muszę”.

Zatrzymała się przy półce: „Tylko ta prawa strona jest chyba milimetr niżej”. Robert powoli odłożył śrubokręt i poprawił. W piątek został jeden dzień do przyjęcia. Robert wrócił wcześniej, przekonany, że zrobią wszystko razem.

Dorota pojawiła się chwilę później, blada. „Robert, chyba jestem chora. Głowa mi pęka”. „To może odwołamy jutro”.

Spojrzała na niego jak na wariata: „Nie mogę, wszyscy potwierdzili”. Poszła do sypialni. „Lista jest na kuchennym blacie. Robert, proszę, ja dziś nie mam siły”.

Na blacie leżała kartka zapisana od góry do dołu: mięso, sery, warzywa, wino, składniki na sałatki, deser. Robert przeczytał ją dwa razy. Godzinę później pchał wózek w supermarkecie. Przy kasie zapłacił prawie siedemset złotych.

Wniósł torby do mieszkania w kilku kursach. Na półpiętrze zatrzymał się i pomyślał wyraźnie: skoro Dorota nie ma siły na zakupy, to jutro gotowanie też spadnie na niego. W sobotę wstał wcześnie. Dorota spała.

Dokończył to, co zostało po remoncie, zdjął taśmę malarską, wyniósł folię, umył podłogę, wypolerował szklany stół. Dorota obudziła się przed południem. „Jak się czujesz? ” – zapytał.

„Tak sobie. Głowa mnie ćmi. Tylko przesuń te dwa krzesła bliżej stołu”. Robert spojrzał na nią.

„Jasne”. Dorota wróciła do łóżka. Po chwili usłyszał: „I możesz ciszej z garnkami, bo mi pulsuje w głowie”. Robert zamknął oczy, policzył do trzech i wrócił do kuchni.

Przygotował mięso, sałatki, sery, pastę, sos. Deser okazał się ciastem, które trzeba było upiec i udekorować. Czuł kręgosłup, ramiona, palce. Z sypialni nie dochodził żaden dźwięk.

Nagle drzwi się otworzyły. Dorota weszła wyprostowana, w makijażu, ciemnozielonej sukience i długich kolczykach. „Chyba mi przeszło. Pójdę pod prysznic”.

Zniknęła w łazience. Robert został z mięsem, ciastem i stertą naczyń. Na dwadzieścia minut przed przyjściem gości Dorota wyszła z sypialni. „Jak wyglądam?

”. „Dobrze”. Spojrzała na niego uważniej. Miał starą koszulkę i smugę farby na przedramieniu.

„Ty też się przebierz. Tylko najpierw wystaw przekąski”. Zadzwonił domofon. Dorota uśmiechnęła się i poszła otworzyć.

Mieszkanie wypełniły głosy. „Dorota, ale tu pięknie. Świetny kolor”. Dorota śmiała się: „Trochę odświeżyliśmy mieszkanie.

Wszystko zrobiliśmy sami”. Robert stał przy blacie i układał grzanki. Ktoś gwizdnął. „Nawet ścianę?

”. „Jasne. Cały tydzień się męczyliśmy”. Robert zastygł na sekundę, wziął talerz i wyszedł do salonu.

Przywitał się z gośćmi, usiadł na dwie minuty. Potem Dorota poprosiła o sery, potem o wino, potem o pieczywo, potem o mięso, potem o zebranie talerzy. Siedziała przy stole rozluźniona, opowiadała o pracy, przyjmowała gratulacje. „Dorota, naprawdę wszystko świetnie zorganizowałaś” – powiedziała koleżanka.

„No daj spokój. Wspólnie daliśmy radę”. Robert niósł talerze do kuchni. Zatrzymał się.

„Wspólnie”. To słowo zabrzmiało znajomo. Nagle zobaczył inne mieszkanie, inny stół, Iwonę w kuchni. Przypomniał sobie rodzinne spotkania sprzed lat.

„My robiliśmy remont, my przygotowaliśmy kolację”. Mówił to bez zastanowienia, jakby naprawdę wszystko robili razem. A przecież często nie wiedział, kiedy Iwona zaczynała przygotowania. Nie wiedział, ile razy szła do sklepu, ile godzin spędzała przy kuchence.

On przychodził do gotowego, siadał z gośćmi, a gdy ktoś chwalił jedzenie, przyjmował te słowa naturalnie – tak jak Dorota teraz. Robert stanął przy zlewie z talerzami w dłoniach. Z salonu dochodził śmiech. Ktoś znowu mówił o pięknym mieszkaniu.

Dorota odpowiedziała: „No trochę pracy nas to kosztowało”. Robert spojrzał na swoje ręce i po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, jak wyglądało życie Iwony przez wszystkie te lata. Goście wyszli późno. W mieszkaniu zrobiło się cicho.

Na stole zostały kieliszki, talerzyki, resztki jedzenia. W kuchni piętrzyły się naczynia. Dorota zdjęła kolczyki i poszła do sypialni. „Ale się zmęczyłam.

Naprawdę świetny wieczór. Jutro to ogarniemy. Ja padam”. Zamknęła drzwi.

Robert został sam. Tym razem nie zaczął sprzątać. Usiadł na kanapie i patrzył na salon, który wszyscy podziwiali, na ścianę, którą sam malował, na regał, który przesuwał kilka razy. W głowie wciąż słyszał: „Wszystko zrobiliśmy sami”.

Rano obudził się wcześniej niż Dorota. Zebrał śmieci do dwóch worków i wyszedł. Na zewnątrz było chłodno. Wrocław budził się powoli.

Wyrzucił worki i poszedł po chleb. W piekarni stał w kolejce, gdy usłyszał znajomy głos: „Poproszę jeszcze jedną drożdżówkę z serem”. Odwrócił się. Przy ladzie stała Iwona.

Miała krótsze włosy, jasny płaszcz, prostą torebkę. Nie wyglądała na zmęczoną. Była spokojna. Odwróciła się i zaskoczyła: „Robert, cześć”.

„Cześć”. Przez moment milczeli. „Co ty tu robisz? ” – zapytała.

„Mieszkam niedaleko”. „Aha”. Wzięła papierową torbę. „Jak się masz?

”. Robert chciał powiedzieć, że świetnie, ale słowa nie chciały przejść mu przez gardło. „Jakoś leci. A ty?

”. Iwona uśmiechnęła się: „Dobrze. Naprawdę dobrze”. „Wyglądasz inaczej”.

„Lepiej czy gorzej? ”. „Lepiej”. Zaśmiała się cicho.

Stanęli z boku. „Co u ciebie? ” – zapytał. Iwona wzruszyła ramionami: „Dużo się zmieniło.

Zrobiłam remont w mieszkaniu”. Robert przypomniał sobie ścianę, którą od lat planowali odświeżyć. „Sama? ”.

Spojrzała z rozbawieniem: „Wynajęłam ekipę. Zrobili wszystko w kilka dni, bez nerwów”. Iwona poprawiła pasek torebki. „Wiesz, po twoim wyjściu przez pierwsze tygodnie było mi dziwnie”.

Robert spuścił wzrok. „A potem zauważyłam coś prostego. Że mam czas. Mnóstwo czasu.

Nie gotuję codziennie dwóch dań. Nie prasuję koszul. Nie planuję tygodnia pod drugą osobę. Czasem jem kanapkę i jogurt i nic się nie dzieje.

Świat się nie kończy”. Robert próbował odpowiedzieć żartem, ale nie potrafił. „Byłam też kilka dni na Mazurach”. „Sama?

”. „Sama. I bardzo mi się podobało”. „Nie nudziłaś się?

”. „Ani trochę”. Spojrzała mu prosto w oczy: „Kiedyś myślałam, że jestem taka domowa, że lubię gotować i sprzątać. A potem zrozumiałam, że robiłam to, bo ktoś musiał.

Ten cały porządek, obiady, zakupy – to nie robiło się samo. Po prostu ty nie musiałeś o tym myśleć”. To zdanie trafiło w niego dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. Zobaczył przed oczami Dorotę przy stole, jej sukienkę, jej uśmiech.

„Wszystko zrobiliśmy sami”. Iwona spojrzała na zegarek. „Muszę lecieć. Trzymaj się, Robert”.

„Ty też”. Odeszła spokojnie, nie odwróciła się. Robert kupił chleb i wrócił do mieszkania. Dorota już nie spała.

Leżała w łóżku z telefonem. „O, jesteś. Kupiłeś pieczywo? To zrobisz kawę i może jakieś śniadanie.

Głowa mnie boli po wczorajszym”. Przesunęła palcem po ekranie. „A potem trzeba będzie posprzątać salon. Straszny bałagan został”.

Robert spojrzał na nią, potem na swoje dłonie. Na skórze przy paznokciu wciąż miał małą plamkę farby. Poszedł do przedpokoju, otworzył szafę i wyciągnął torbę. Dorota pojawiła się w drzwiach kilka minut później.

„Co ty robisz? ”. Robert zapinał zamek. „Wyjeżdżam”.

„Co? ”. „Wyjeżdżam”. Dorota spojrzała w stronę salonu.

„A kto to wszystko posprząta? ”. Robert zarzucił torbę na ramię. „Przecież mieliśmy dzielić wszystko po równo.

Moją część już zrobiłem”. Wyszedł. Nie wiedział jeszcze, gdzie pojedzie. Do hotelu, do znajomego, może wynajmie coś na kilka dni.

Nie miało to znaczenia. Szedł chodnikiem powoli, z torbą na ramieniu. Miasto żyło swoim rytmem. A Robert po raz pierwszy od wielu miesięcy nie miał w głowie żadnej listy, żadnych zakupów, żadnego obiadu, żadnego sprzątania.

Ta cisza była zaskakująco lekka.